poznananka
20.04.06, 20:42
Przepraszam za dosadny tytuł, ale dopiero dziś dorwałam się do Żaby, bo
rodzina jakoś nie chwytała aluzji w kwestii prezentów a w bibliotece dopiero
teraz była dostępna.
No i przeczytałam już całą od deski do deski, bardzo mi się podobała, przy
końcu prawie się popłakałam, ale jeden fragment mną zatrząsł i to porządnie.
Ten mianowicie gdy Borejkowie (starsi plus maluchy) jada sobie do Puszczykowa
na konwalie i fiołki.
A zatrząsł dlatego, że o tego typu ludziach mam jak najgorsze zdanie jako o
bezmyślnych egoistach, którzy zrywają wiosenne kwiaty, kwiaty, które i tak
zwiędną po kilku godzinach, robią to dla źle pojętej przyjemności i chęci
zaspokojenia nie wiem czego, tradycji? Zbieractwa, pazerności?
I nie troszczą się kompletnie o innych, którzy już nie zobaczą w tym miejscu
kwitnących konwalii czy fiołków, bo wpadła "stonka" i zniszczyła.
Może w przyszłym roku zobaczą, jeśli będą mieli tyle szczęścia by być tam
pierwsi, a może nie, bo znowu jacyś Borejkowie im zerwą, a co nie zerwą to
zadepczą, a może już tak zadeptali i pozrywali, że w przyszłym roku wyrośnie
niewiele, a przecież najlepszy efekt jest wtedy kiedy tego kwitnie (i
pachnie!!!!) dużo w jednym miejscu.
Więc w głowie mi się nie mieści, że tak lubiani przeze mnie Borejkowie mogą
być tak bezmyślni.
Po drugie - pomijając zwykły aspekt zdroworozsądkowy, to dziko rosnące
konwalie są pod ochroną, więc Borejkowie po prostu łamią prawo.
Czyżby pani MM nie miała o tym pojęcia?
Anka