Dodaj do ulubionych

Jak przerabiamy Opium w rosole...

30.11.07, 18:38
Może Was to zainteresuje :)
A więc jak przerabiamy OwR


Najpierw oczywiście - czas i miejsce akcji, gł. bohaterowie, gł. wątki...potem
tematyka utworu...problematyka...

szczegółowo omawialiśmy życie bohaterów w komunistycznej ówczas Polsce -
wyszło nam tego od podpunktu a do h... potem tłumaczyliśmy tytuł - to była
praca domowa...
Doszliśmy do wniosku, że jeżeli rosół przyprawi się miłością i ciepłem
rodzinnym, to to będzie taki opium, narkotyk, który uzależnia... Chodzi
oczywiście o życie i o kontrasty między tymi rodzinami...rosół u Lisieckich
smakował zupełnie inaczej niż u Borejków czy Lewandowskich... Nawet zupa
ziemniaczana "Florida" u Maćka i Piotrka była lepsza niż zupa w domu Lisicekich...


Potem mieliśmy dość ciekawe zadanie... musieliśmy wczuć się w postać Maćka i
napisać co sądził o Matyldzie na początku znajomości i na końcu, pisząc to
potocznym językiem, jak gdyby zwracał się do Piotra.

Potem to samo tylko z Kreską - najpierw pisaliśmy co mówił o niej po całym
zajściu w operze...a potem to co na samym końcu, gdy byli już parą.

Ostatnio opisywaliśmy cztery rodziny... Lewandowskich, Borejków, Jedwabińskich
i Lisieckich... Opisywaliśmy ich sytuację życiową, zalety, wady, tradycje...

przepiszę nasz wniosek :
Aurelia uczęszczała "na obiadki" do Borejków i Lewandowskich, gdyż w jej domu
nie było tradycji i więzi rodzinnych. Genowefa szukała u tych rodzin miłości,
zrozumienia i odrobiny rodzinnej atmosfery.
O szczęściu rodziny nie decyduje jej sytuacja materialna, lecz wzajemna
miłość, poczucie więzi, wartości duchowe. W utworze przedstawiono różna
rodziny. Dwie z nich - Lewandowskich i Borejków, możemy uważać za wzorzec,
natomiast Lisieccy i Jedwabińscy - antywzorzec.

(strasznie się to rodzina, rodzinnie, rodzinnej powtarza, ale trudno...tak
zapisaliśmy wszyscy do zeszytu... To w sumie były osobne zdania....)

Na zadanie domowe mamy napisać (w takiej samej formie, jak te przedtem)
relację Matyldy o Kresce i na odwrót...


Obserwuj wątek
    • zieleniack Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 30.11.07, 21:46
      "Za moich czasów" MM jako lektura istniała jedynie w lekturach
      nadobowiązkowych, KK i Klamczucha.
      Aha, i tak gwoli scislosci (i z przymruzeniem oka, zeby nie bylo, ze
      jestem zlosliwa;)) ot, jako ciekawostka), lektur sie nie przerabia
      (bo przerabiac to zmieniac strukture czegos), a omawia;) Jak
      widzę "przerabia", to mi sie przypomina moja polonistka, która
      mówiła, że przerabiać to można mak przekręcając przez maszynkę (a to
      z kolei kojarzy mi sie z 'Szósta klepka' xDDD) ;))) Ale wiem,
      wszyscy tak mowia;) Pozdrawiam!:)
          • sowca Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 30.11.07, 23:46
            Yyyyy... nie chcę tu nikogo urazić, ani uczniów, ani polonistek...
            ale omawianie OwR w szkole przyprawia mnie o dreszcz zgrozy! Moze
            dlatego, że w moim czasach szkolnych nie potrafiłam czytać książek
            pod kątem "omawiania"... wlasciwie analizowanie powieści na lekcjach
            nic mi nie dawało, nie poszerzało mojej wiedzy, nie dowiadywałam się
            niczego, czego bym nie wiedziała, a jedynie sprawiało, ze na dzieło
            potrafiłam patrzec jedynie z czystą nienawiścia :P No i czesto
            miałam wrazenie, ze robi się ze mnie idiotkę - zeby zapisywac w
            zeszycie, że Borejkowie są wzorcem, a Jedwabinscy - antywzorcem?;/
            zaiste, w zyciu bym na to nie wpadła :D
      • klaudziol111 Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 01.12.07, 17:40
        hmmm.....teraz to nie wiem czy te słowa krytyki mam wziąść sobie do siebie, czy
        powinnam płakać nad moją nauczycielką ;P
        Wg. mnie nie jest to najlepsza polonistka jaką miałam... Kiedyś miałam bardzo
        fajnego i dobrze uczącego polonistę :)
        z tym przerabaniem... myślę że to już się tak przyjęło, że niewiele osób się
        tego czepia ;P
        punkty od a do h powtarzają się trochę. Owszem podam je. Nie nyło mnie jak oni
        to pisali (hihi) byłam wtedy pod wpływem antybiotyku jeszcze ;P

        Polski wcale nie jest taki fajny... sczególnie z niektórymi nauczycielami ;P;P
        W tamtym roku tak go lubiłam...
    • ginestra Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 30.11.07, 23:49
      A mi się fajnie czytało to co napisała Klaudziol. Dawno nie chodziłam do szkoły
      i spodobał mi się ten wgląd w to jak teraz dyskutuje się na lekcjach o
      książkach, co się pisze w wypracowaniach. Zauważcie, że uczniowie mają teraz
      inne trochę zadania, niż te, które pamiętam ja. Na przykład piszą tym potocznym
      językiem wczuwając się w daną postać (Maciek do Piotrka o Kresce na początku
      znajomości i później). I ten nacisk na więzi rodzinne też mi się bardzo podoba -
      jest to chyba potrzebne w obecnej dobie.
      Sama widzę, że nie jest z tym łatwo, że czasem się ta bliskość w domu i więź
      jakoś rozłazi (np. moja z córkami, nie zawsze umiem sobie z tym radzić, choć
      próbuję). Zwłaszcza trudno o taką regularność spędzania razem czasu, jedzenia
      posiłków, o te rytuały, przewidywalność, spokój itp. No, ale jak wspomniałam,
      staramy się. (Moje ognisko domowe, że tak powiem jest jednak trochę inne, bo
      mieszkam tylko z córkami. W pozytywnym sensie, z podziwem, a bez zawiści,
      zazdroszczę rodzinom, które czasem odwiedzam, a w których jest pełna rodzina i
      domowe ciepło, akceptacja, więź, każdy może być sobą, lubią ze sobą spędzać czas
      itp. - no, ale to taka dygresja).

      Chodziło mi o to, że podoba mi się ta notatka z lekcji, którą przepisała
      Klaudziol i to, że mówią o tych rodzinnych ideałach. Różnie pewnie jest w domach
      uczniów, ale niech mają jakiś dobry obraz, że ta więź jest ważna i bardzo
      umacnia człowieka wewnętrznie, na całe życie, jeśli ktoś jej doświadczył. Czytam
      teraz taką książkę (po angielsku, niestety nie wyszła chyba po polsku) Gerdy
      Weismann-Klein pt. "Nudny domowy wieczór" (A Boring Evening at Home). Książka
      jest wspomnieniowa, autorka w innej swojej książce (All But My Life) wspominała
      czasy wojny, pobyt w obozach itp., niesamowita to w ogóle kobieta, no i zarówno
      w tej pierwszej, wojennej, jak i w tej drugiej (Nudny domowy wieczór) pisze, że
      praktycznie wspomnienie "nudnych domowych wieczorów" w domu rodzinnym uratowało
      jej dosłownie życie. W chwilach skrajnych zwłaszcza, a każdego dnia praktycznie,
      snuła w myślach taki obraz-wspomnienie zwykłego domowego wieczoru, zwykłego dnia
      w swojej rodzinie, tak jak ją zapamiętała, gdzie był tata, mama i brat, mieli
      kota itp. I tej wizji się rozpaczliwie trzymała: że wojna się skończy, że będą
      znów spędzali tak razem czas, że będzie znów dom. I to ją trzymało przy życiu.
      Opisuje też to, że czuła różnicę: osoby, które nigdy nie zaznały takiego
      "nudnego wieczoru" nie miały skąd wziąć tej nadziei, nie miały siły na jakieś
      poczucie czego w ogóle chcą, gdzie się kończą i gdzie zaczynają, nie miały
      oparcia w sobie samych, co było konieczne do przetrwania itp.
      I w ogóle dużo by mówić.

      Tak więc podoba mi się, że omawia się Opium w rosole, że nawet tak się to
      rozkłada na czynniki pierwsze, od strony różnych postaci itp.

      A co do słowa "przerabiać", to ja nie wiem, ale mnie ono nie razi. Staram się go
      nie używać w tym sensie, ale pamiętam, że przez całe lata mojej edukacji
      szkolnej było ono praktycznie jedynym używanym słowem w kontekście omawiania
      lektur, niemalże usankcjonowanym. Ciekawe co na to Miodek, czy może to jest taki
      już "usus" językowy? (Oczywiście lepiej jest mówić "omawiać" książkę, to na pewno).
      Pozdrawiam
      • onion68 Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 01.12.07, 10:02
        > Sama widzę, że nie jest z tym łatwo, że czasem się ta bliskość w domu i więź
        > jakoś rozłazi (np. moja z córkami, nie zawsze umiem sobie z tym radzić, choć
        > próbuję).

        Nie martw się, Ginestro. Wydaje mi się, z własnych doświadczeń i z rozmów z
        koleżankami, że każdy rodzic staje czasem przed tym problemem. Chyba to jest po
        prostu element dorastania naszych dzieci, ich usamodzielniania się, także
        mentalnego, szukania własnej drogi. U mnie jest tak (na razie głównie w
        stosunkach z córką), że są okresy takiej w sumie przyjaźni między nami, i takie,
        kiedy mi się wydaje, że diabeł w nią wstąpił ;-) Czasami i we mnie wstępuje.

        > Zwłaszcza trudno o taką regularność spędzania razem czasu, jedzenia
        > posiłków, o te rytuały, przewidywalność, spokój itp.

        Trudno z tym, fakt. Ale wydaje mi się, że wspólne posiłki wtedy mają wartość i
        jest naprawdę fajnie, kiedy spontanicznie do nich dochodzi, np. akurat wszyscy w
        jednym czasie mają czas lub ochotę. Jeżeli ma to być wymuszone (oto rodzinny
        obiadek sobie zjemy, jak będzie miło), zaczynasz starać się na tę godzinę
        przygotować, potem wszystkich nieco na siłę odrywać od ich zajęć (przecież obiad
        stygnie), to zdenerwowanie i zamęt, który powstaje, raczej powoduje skutek
        odwrotny od zamierzonego. To już sobie lepiej spokojnie samej zjeść
        (podczytując), a oni niech sobie odgrzewają ;-) Też własne doświadczenie przeze
        mnie przemawia ;-) Jakoś nie mam talentu do utrzymywania wojskowego drylu, a i w
        jego wartość powątpiewam.
    • uccello Lektury 01.12.07, 00:59
      klaudziol111 napisała:
      > Na zadanie domowe mamy napisać (w takiej samej formie, jak te
      przedtem)
      > relację Matyldy o Kresce i na odwrót...

      To bardzo fajne zadanie stylistyczne, raz -że gimnazjalista ma
      napisać tekst, jak najbardziej potoczną, mówioną polszczyzną, dwa
      zróżnicować charaktery bohaterów w tych monologach. Podpatrzeć
      powiedzonka i frazę właściwą dla postaci.
      Zastanowić się, na czym skupi się w opisie Kreski Matylda i na
      odwrót.
      Ciekawa jestem, jak to napiszesz Klaudziolu.

      A co do lektur - dobrze że tę listę się zmienia, i wprowadza
      wartościowe współczesne kawałki. No właśnie - czy współczesne-
      poślizg jest moim zdaniem zbyt duży i ta przepaść między tym, co
      młodzież czyta dla przyjemności ,a tym co z zacięciem
      hm...proktologa, proponuje szkoła jest duża. Zbyt duża. Ujmujac w
      ramy czasowe -jakieś 10-15 lat.

      Mam wrażenie, że wciągnięcie książki na listę lektur jest dla autora
      wielkim wyróżnieniem, a dla książki jakąś formą eutanazji.
      Jak świat światem, młodzież nie lubi tego co nakazane.
      Kiedyś dzieci będą ziewać przy Pratchettcie, pisać w męce ( i w
      punktach) plan rozwoju wydarzeń i wymieniać "elementy humorystyczne
      dzieła".
      • kwiirynia Re: Lektury 01.12.07, 08:57
        U mnie w szkole nigdy "nie przerabiało" się książek MM. I może i dobrze, bo sama
        nie lubię rozkładu książki na czynniki pierwsze.
        A to o czym pisze Klaudziol111 jest mi kompletnie nie znane, bo my napiszemy
        punkty od a do h. Napiszemy charakterystykę, jakieś opowiadanie odtwórcze, ale
        bez żadnych dodatkowych utrudnień, ułożymy krzyżówkę i napiszemy sprawdzian z
        lektury...
      • onion68 Re: Lektury 01.12.07, 09:45
        > Kiedyś dzieci będą ziewać przy Pratchettcie, pisać w męce ( i w
        > punktach) plan rozwoju wydarzeń i wymieniać "elementy humorystyczne
        > dzieła".

        :-D
        Dobre :-)
    • onion68 Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 01.12.07, 09:51
      Mój syn pisał rozprawkę nt. nauczycieli w "Opium", ich stosunku do zawodu, do
      uczniów.
      Poza tym oczywiście długo i namiętnie musiałam tłumaczyć, dlaczego to był taki
      problem, że Ida (?) zgubiła kartki, ideę reglamentacji zakupów i jej przyczyny
      (jak to? nie można było kupić, ile się chciało? i grymas niedowierzania).
      No i moje dziecię (niestety, niestety) nie łapie dowcipu zawartego w
      Stendhal-Stągiewka :-(
      • toja737 Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 01.12.07, 10:43
        Urok Opium polega na niedomówieniach, na zachowaniu milczenia w
        pewnych sytuacjach, ciszy. Proszę bardzo, oto przykłady: Maciek
        cieszy się, że jest w domu sam i może w spokoju i ciszy kontemplować
        zapach cytryny. Kreska po nieudanym wieczorze w Operze postanawia
        nie odzywać się do Maćka. Albo to: "powiesz mi jakie to sprawy? -
        Przecież sama dobrze wiesz...". A Genowefie nikt nie odpowiada na
        pytania o dodatkowe nakrycie u Borejków. Lelujka też woli pewne
        sprawy przemilczeć. Z "niechęci do zwierzeń" bierze też początek
        konflikt z Jedwabińską. A u Lewandowskich? Awantura przez to, że
        Genowefa powiedziała za dużo.
        I o tym można by z dzieciakami porozmawiać na lekcji polskiego, a
        nie walić temat "kto co o kim myślał i w drugą stronę". O właśnie, a
        co taki Maciek może mówić do starszego (dużo) brata, o dziewczynie,
        którą sam uważa za chodzący ideał, a podświadomie czuje, że brat by
        jej nie zaakceptował? A co może sobie myśleć Kreska o Matyldzie,
        kiedy sama widzi, że nie ma ani jej złotych włosów ani drogich,
        zagranicznych ubrań. Może się tylko biedactwo pocieszać, że jest
        bardziej od gwiazdy oczytana, ale też ostrożnie, bo zaraz się okaże,
        że nie jest ukochaną (przeze mnie chociażby), szlachetną Kreską... A
        Matylda? Obejrzała sobie Kreseczkę, oceniła i też nie wyobrażam
        sobie, żeby chciało jej się jeszcze o niej jakoś specjalnie
        rozmawiać.
        A ja, gdy słyszę takie historie ze szkoły, mam ochotę powiedzieć
        nauczycielom tak, jak swego czasu powiedziała Chylińska... No ale
        nie powiem ;)
        • alitzja Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 01.12.07, 13:23
          Ja sobie tak czytam i czytam Wasze - głównie - narzekania na sposób
          omawiania (czy też przerabiania;)) "Opium..." przez klasę Klaudiola
          i zadaję sobie jedno pytanie: "Jak, Waszym zdaniem, należałoby
          omówić tę lekturę z gimnazjalistami?". Toja737 napisała, żeby
          rozmawiać o niedomówieniach. Hm, szczerze mówiąc, nie bardzo
          wyobrażam sobie taką lekcję np. z moją rozgadaną i generalnie mało
          zainteresowaną czymkolwiek klasą.
          Sama jestem polonistką w gimnazjum i szczególnie dlatego interesuje
          mnie, na co Wy zwróciłybyście uwagę młodym ludziom w "Opium..." w
          taki sposób, aby ich nie zanudzić i nie zarżnąć całkowicie uroku tej
          książki.
          • klaudziol111 Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 01.12.07, 18:01
            obiecane punkty od a-->h
            a) problemy z zaopatrzeniem - kartki na żywność, puste półki w sklepach, kolejki
            b) szarość, brzydota, siermiężność świata
            c)problemy mieszkaniowe - sutereny, kilka rodzin "gnieżdżących" się pod jednym
            dachem; wygląd mieszkań - małe, ciasne, biedne
            d) ubiory - w sklepach były ubrania identyczne, ceniono szyte własnej roboty ;P
            e) wyjazdy za granicę w celach zarobkowych i politycznych
            f) zwolnienia z pracy - praca u prywaciarzy
            g) zróżnicowanie społeczne, bogactwo dla wybranych
            h)dary z zagranicy

            nawet się nie powtarza ;P

            Co do sposobu OMAWIANIA =] lektury to nie jest on najlepszy...ale jaki byłby
            lepszy....

            Oglnie w mojej klasie lektura się podobała. Po "Krzyżakach" zresztą nie mieliśmy
            wygórowanych oczekiwań :)
            A co do Krzyżaków - przeczytałam całych i wg. mnie nie byli jakoś niesamowicie
            okropni, a gimnazjaliści po prostu lubią ponarzekać :)
            Mi się podobały także dlatego, że to powieść historyczna...a historia to mój
            ukochany przedmiot... :)
              • klaudziol111 odp. do toja737 02.12.07, 21:28
                toja737 napisała:

                > Dzięki Klaudziol za punkciki. Jeszcze jedno pytanko. Czy polonistka
                > przybliżyła Wam sytuację w kraju w latach 70/80? Nie tylko w
                > kontekście tej lektury?


                Jeżeli chodzi Ci o nieobecność Ignacego w domu to tak... Wiem że książki były
                cenzurowane i MM nie mogła pisać dosłownie.
                A całość tej sytuacji no to punkty...
                • mamalilki Re: odp. do toja737 02.12.07, 21:38
                  Nie jest zle. Ja bym miala w szkole ze 2-3 lekcje i jedna prace domowa.
                  1. Charakterystyka postaci (prawdopodobnie Macka ze wzgledu na bogaty opis
                  zewnetrzny postaci)
                  2. Charakterystyka miejsca (prawdopodobnie mieszkanie Kreski, albo i nawet cale
                  Jezyce jakby pani zaszalala)
                  3. Przemiana wewnetrzna glownej bohaterki (wlasciwie nie wiem z czego w co, ale
                  to by na pewno bylo wypracowanie, w ktorym obowiazkowo musialyby sie pojawic
                  "odniesienia literackie" (np Kreska, podobnie jak Ania z Zielonego Wzgorza zyje
                  po trochu w swiecie fantazji, albo cos rownie absurdalnego).
                  4. Spisanie akcji w punktach na tablicy. Obowiazkowo rownowaznikami zdan:
                  - Lekcja matematyki w domu Macka
                  - wizyta w operze
                  - Ufarbowanie sukienki przez Kreske...
                  i tak dalej...
                  5. Praca domowa: ktory z bohaterow wydaje Ci sie najblizszy i dlaczego (na
                  przykladzie Kreski lub Macka).

                  Tak by to wygladalo 25 lat temu w szk. pdst w Warszawie.
                  • alitzja Re: odp. do toja737 02.12.07, 22:08
                    Ach! A ja naprawdę BARDZO bym chciała poczytać, jak Waszym zdaniem
                    fajnie i ciekawie omówić tę książkę. Zdaję sobie sprawę z tego, że
                    lektura = śmierć książki i najlepiej by było, gdyby OwR nigdy się
                    nie znalazło na liście lektur, ale skoro już jest... Ponawiam
                    pytanie, jak nie zarżnąć książki???
                  • supervixen Re: odp. do toja737 04.12.07, 00:44
                    Hehe, u mnie na podstawówkowym polskim równoważniki zdań też były
                    obowiązkowe:D Polonistka namiętnie zadawała nam pisanie planów
                    ramowych bądź też szczegółowych (to rozróżnienie było niezmiernie
                    ważne;))

                    Na szczęście w szkole nie omawiałam Jeżycjady, choć KK był na liście
                    lektur obowiązkowych. Za to omawianie Ani z Zielonego Wzgórza było
                    dla mnie prawdziwą traumą. To była chyba piąta klasa podstawówki,
                    wszystkie części Ani miałam już wtedy wielokrotnie przeczytane, no
                    i... nic. To była moja ukochana książka, a nawet nie mogłam
                    swobodnie o niej podyskutować. Napisać plan, charakterystykę i tyle.
                    Pamiętam, że jeden kolega odważył się wygłosić pogląd, że Ania to
                    nudziara gadająca non stop przez dwie strony i jak to w ogóle można
                    czytać, ale nawet to nie zostało pociągnięte.

                    I pamiętam, że było mi strasznie przykro - że tak czekałam na
                    omawianie Ani, a takie to było zrobione po łebkach...
          • sowca Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 01.12.07, 21:45
            Będę brutalnie szczera: moim zdaniem po prostu "Opium..." nie
            powinno się omawiać w szkole. I tyle :)Ale może to dlatego, że
            dopiero pol roku temu opuściłam szkolne mury i wciąż nie mogę bez
            dreszczu mysleć o wałkowaniu lektur :D
            Klaudziol, zarzuty nie są absolutnie do Ciebie! Przecież to nie
            Twoja wina, że omawianie lektur wygląda tak, jak wygląda...a chyba i
            tak sobie dobrze radzisz :> moze dasz sie namowic na to wklejenie
            wypracowania?:> a skoro podobali Ci się "Krzyżacy" to czytałaś juz
            moze sienkiewiczowską trylogię? Jest jeszcze lepsza!
            • klaudziol111 Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 02.12.07, 17:04
              sowca napisała:
              a skoro podobali Ci się "Krzyżacy" to czytałaś juz
              > moze sienkiewiczowską trylogię? Jest jeszcze lepsza!


              Jeszcze nie czytałam ,ale myślę że przyjdzie na to czas... niedługo przerabaiamy
              Pana Wołodyjowskiego...tzn. w tem roku szkolnym..nie pamiętam dokładnie kiedy :)
              Swoją drogą to te moje lektury są dziwne...Pan Wołodyjowski w I gim. i Opium w
              rosole jako lektura obowiązkowa ;/
              Dziwne ;P
              • anul8 Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 04.12.07, 16:41
                rez jestem z gimnazjum i szczerze mówiąc fajnie by było jakby
                lektury były takie jak np. Opium w rosole;)
                ja nie mam Pana Wołołodyjowskiego i trylogiim ale oczywiście jest
                Pan Tadzio (jak to mówi moja pani od polskiego) nie wiem jak to
                strawię, ale spróbuje... skoro przeczytałam Dziady to i to dam rade;)
                • mama_kotula Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 20.12.07, 09:05
                  anul8 napisała:

                  > ale oczywiście jest
                  > Pan Tadzio (jak to mówi moja pani od polskiego) nie wiem jak to
                  > strawię, ale spróbuje... skoro przeczytałam Dziady to i to dam rade;)

                  Ech... napiszę może herezję ;-) ale imho "Pan Tadeusz" w porównaniu do "Dziadów"
                  - jeżeli chodzi o przyjemność czytania - to droga przez mękę ;)))
                  "Dziady" przełknęłam jednym tchem, a "Pana Tadeusza" nie przeczytałam nawet w
                  ramach przygotowania do konkursu o wieszczu... ;)
        • moleslaw Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 18.12.07, 19:48
          W mojej szkole,polonistka miała głupią metodę sprawdzania tego czy
          przeczytaliśmy daną książkę.Zadawała takie oto pytania:W jakim stroju była
          bohaterka w takiej scenie?Gdzie bohater i z kim rozmawiał o tym? W efekcie
          czytaliśmy książki i zapisywaliśmy kompletnie nieistotne rzeczy ,by uczuć się
          ich potem na pamięć.
          Ta sama nauczycielka obrzydziła mi kompletnie szlachtę ,był to jej ukochany
          temat jak to pili ,jedli i załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne tam gdzie
          stali.Gdyby powiedziała to raz,ale ona to powtarzała na prawie każdej lekcji.
          • verdana Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 18.12.07, 21:17
            Po pierwsze - ile lat ma polonistka? Pamiętam, że wówczas wcale nie były cenione
            "szyte w domu" stroje, przeciwnie. Najbardziej cenione były te "upolowane" w
            sklepie, a to, ze wszyscy mieli identyczne nikogo nie raziło. Różnice "bogactwa"
            i "ubóstwa" tez nie były znowu takie rażące, są niewątpliwie przez MM nieco
            przerysowane, ze względu na podkreślane często ubóstwo Borejków (a ich ubóstwo
            nie da się ukryć, było niezależne od ustroju, w każdym ustroju jedna osoba
            utrzymująca sześć ma kłopoty...).
            I nie podobają mi się "prawdy do wierzenia podane" , która rodzina jest wzorcem,
            a która antywzorcem. Owszem, to dobre jako punkt do przemyślenia, ale nie do
            "zapisania w zeszycie".
            Dobre byłyby może porównania "wtedy" a "dziś" - np. szare, ciasne mieszkania,
            ale możliwość ich zdobycia, wyjazdy wtedy, a wyjazdy dzisiaj, zróżnicowanie w
            OwR, a dzisiejsza bieda i bogactwo. Punkt, który mieliśmy na forum, czyli
            wyszukiwanie niedomówień. Czy wolno bez wiedzy rodziców zaopiekować się cudzym
            dzieckiem? Co to jest "dobra rodzina"? To skłania do refleksji, a nie tylko
            zapamiętania punktów.
        • mika_p Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 02.08.20, 23:46
          > ale na czym polega dowcip Stendhal-Stągiewka?

          Na tym, że Maciuś, młodym intelektualistą będący, usłyszawszy imię "Matylda" wyrwał się ze skojarzeniem literackim, a piękność nic nie załapała i przedstawiła się nazwiskiem.
          Tu nie ma nic skomplikowanego, wystarczy wiedzieć, że Stendhal był pisarzem i z kontekstu wiadomo, o co chodzi.
    • ayo2137 Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 24.07.20, 22:38
      Witajcie w starym wątku!
      Otwieram nitkę niedomówień i tego, co zostało zakamuflowane przez cenzurę.
      Nieobecny Ignacy i rodzice Kreski, enigmatyczna rozmowa Dmuchawca z Gabrysią o idealistach, a może coś jeszcze? Tej lektury akurat nie miałam przyjemności omawiać w szkole, tylko raz w podstawówce był fragment o Aurelii.
      • marutax Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 25.07.20, 08:44
        Tego akurat jest dużo, a prawdopodobnie i tak nie wszystko wychwytujemy. Z oczywistych - Piotr został zwolniony z Cegielskiego i pracuje jako kierowca prywaciarza, bo jako inżynier nie ma szans. Przychodzą paczki z takimi cudami jak gumka. Zachowanie ubierających się w jeden kolor uczniów zostaje odczytane jako niebezpieczne. Dmuchawiec został zwolniony w dziwnych okolicznościach - w "BBB" okazuje się, że był to chyba donos.
        Także Sławek jest zagrożony wywaleniem:
        "Bo nie masz mieszkania - rzekł ponuro pan Lewandowski. - Bo nie masz pieniędzy. Bo zaraz stracisz pracę. A jeszcze dlatego ze nie wiem komu by się chciało zakładać teraz rodzinę.
        - A tyś się żenił w lepszych czasach? - zapytał Sławek ze wzburzeniem."
        Biorąc pod uwagę słowa Sławka o czasach można się domyślić, że jego sytuacja wynika z "chwili dziejowej".
        Sytuacja ojca Lelujki jest podobna, jak rodziców Kreski.
        I pewnie inne się znajdą.
          • marutax Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 31.07.20, 16:30
            verdana napisała:

            > Bo tam jest zakamuflowane ubieranie się na czarno

            Nie, najpierw jest na czarno, ale "poza ekranem". Dopiero po reakcji dyrekcji uczniowie postanawiają w dniach, kiedy mają lekcje z pierogiem ubierać się w wybrany kolor - na niebiesko, na fioletowo...
            "- W sobotę ubraliśmy się na czarno - wyjaśnił okularnik, który jest starostą do tej pory dość
            inercyjnym, a obecnie najwyraźniej zaczynał poważniej traktować swoją funkcję. Szkoda, że nie tak
            jak by sobie Ewa życzyła. - Pieróg... to jest pan dyrektor, dala wszystkim naganę, a my jesteśmy temu
            przeciwni. Uważamy, ze mamy prawo ubierać się tak, jak chcemy. Nikt tu nie wymagał, żebyśmy się
            ubierali w jakiś określony sposób, panowała zupełna dowolność. W regulaminie ani w Kodeksie
            ucznia też nie ma mowy o tym, że nie wolno się ubierać na czarno i na niebiesko. Dziś dyrektor ma z
            nami historię, i to jest nasz protest. W czwartek będziemy ubrani na fioletowo."
            • guineapigs Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 31.07.20, 18:42
              Ja troche na temat, a troche nie na temet.
              Na temat: otoz fiolet i niebieski to tez kolory zaloby, tyle ze fiolet w Tajlandii, a niebieski w Meksyku. Zatem mlodziez dosyc sprytnie to zalatwila, wykazujac sie rownoczesnie wiedza o innych kulturach niz europejska.
              Nie na temat: ten Pierog to inteligentna bestia. Skonczyl i fizyke, i historie, skoro obu przedmiotow uczy w LO. To nie podstawowka, gdzie mozna uczniom podyktowac prawa Newtona i kilka prostych wzorow na ruchy (jednostajny, jedn.przysp ->jedn. opozniony etc) albo przyczyny i skutki Bitwy pod Grunwaldem etc - i tyle. W LO juz uczniowie zaczynaja dociekac glebiej, zadaja pytania czesto wykraczajace poza zakres podrecznika, odnosza sie do najnowszych badan/doswiadczen o ktorych czytaja w naukowych czy popularno-naukowych wydawnictwach - taki dajmy na to Hajduk z fizyki, a taka dajmy na to Gaba z historii, szczegolnie starozytnej.
              • piotr7777 Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 01.08.20, 07:05
                Wiemy już (i to zostało już dawno wyjaśnione), że Pieróg jest tylko fizykiem a jego obecność na historii była czymś nietypowym.
                Natomiast mam wrażenie, że - ale to już bardziej w kontekście Brulionu - że MM zrobiła z niego nie tylko tępego zamordystę i służbistę, ale i kiepskiego nauczyciela.
                W czym rzecz. Otóż po pierwsze Pieróg ma satysfakcję ze stawiania dwójek i wręcz się tym chwali, podczas gdy dobry nauczyciel uważałby to za swoją porażkę.
                Dalej - nie wierzę w to, że nie wydrukowano podręcznika, więc na razie zadania będą dyktowane do zeszytu. W PRL akurat problemu z podręcznikami nie było a już na pewno nie z przedmiotami ścisłymi (gdzie nie było wielu zmian). Nawet jeśli faktycznie pojawiło się zapotrzebowanie na nowy podręcznik to Pieróg mógł tymczasowo na nim pracować, w końcu nie stracił z dnia na dzień rekomendacji MEN (podręcznik, nie Pieróg).
                • tt-tka Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 01.08.20, 11:46
                  Tym bardziej, ze Pierow wcześniejszy, szostoklepkowy wyraźnie cieszy sie, gdy jego uczniom dobrze idzie jego przedmiot. Nie tylko hajdukiem i Pawelkiem, ale i Gaba, gdy ta odpowiedziala dobrze - potrafil sie nawet usmiechnac do niej tak sympatycznie, ze Gaba nabrala otuchy i wiary w to, ze fizyki można sie nauczyć :)
                • guineapigs Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 02.08.20, 18:01
                  Piotr7777 napisal o Pierogu:
                  'Pieróg ma satysfakcję ze stawiania dwójek i wręcz się tym chwali, podczas gdy dobry nauczyciel uważałby to za swoją porażkę. '

                  Chyba nie znamy glebiej kariery zawodowej Pieroga, jak trafil do szkoly I czy to bylo jego marzeniem z dziecinstwa. Moze, studiujac fizyke, raczej widzial sie w jakims instytucie naukowym czy na katedrze politechniki? I ten brak spelnienia marzen i zal do losu okazywal bez skrepowania, co powodowalo ten skutek, ze ani on uczniow nie lubil, ani - sprzezenie zwrotne - oni jego. Wiec, jako strona silniejsza, mscil sie stawianiem dwoj i to mu dawalo satysfakcje. Mysle, ze jakby jego marzeniem mlodzienczym bylo niesc kaganek oswiaty to bylby zupelnie innym Pierogiem. Wlasnie takim, dla ktorego oblewanie 3/4 klasy z fizyki byloby katastrofa zawodowa.
                  A zreszta Dmuchawiec Przeswiety tez mlodziezy nie lubil, co zreszta przyznal jasno i wyraznie, a jednak mlodziez go lubila i byl dobrym pedagogiem. Przynajmniej tak jest to wkladane czytelnikom do lbow przez MM.
                  Ale to wkladanie do lbow tez nie jest takie jednoznaczne. Patrz: casus Ewy Jedwabinskiej oraz tych nieszczesnych anonimowych ankiet.
                  Zdaje sie, ze tam bylo wyjasnione, dlaczego mlodziez lubila Dmuchawca i ta sympatia nie byla taka bezinteresowna. Otoz nie stawial dwoj albo sporadycznie, oraz pozwalal uczniom zabierac dzienniki lekcyjne z pokoju nauczycielskiego - a to skutkowalo przerabianiem ocen gdzies pokatnie. Moze ja juz jestem po prostu stara albo ni9e ufam mlodziezy, ale jakos trudno mi sobie wyobrazic niestawianie dwoj z jezyka polskiego. Wszyscy uczniowie czytali lektury od deski do deski, wszyscy uczniowie na czas odrabiali zadania domowe, wszyscy uczniowie co najmniej poprawnie (czyli w tamtych czasach na troje) pisali wypracowania domowe i prace klasowe/kartkowki? Nie wierze. Wiec albo Dmuchawiec byl zbyt lagodny i sie przypochlebial, albo traktowal uczniow jak idiotow, od ktorych nie mozna wymagac nawet minimum bo to ich przerasta (i w zasadzie jest to postawa ponizajaca uczniow), albo MM opisuje utopie.
                  Czy tam, w tym calym Liceum im. Zeromskiego, byl wspomniany jakis normalny nauczyciel, ktory stawial dwoje za brak przygotowania i piatki za dobre przygotowanie? Czyli taki, jakim powinien byc?
                  Oczywiscie abstrachuje od takich sytuacji, ze nauczyciel wie, ze sytuacja domowa ucznia jest trudna lub wrecz tragiczna i uczen nie ma szans przygotowac sie na tip-top - wiec nauczyciel nie ma sumienia stawiac mu dwojki za dwojka skoro uczen zyje w rodzinie patologicznej, musi zarabiac na siebie i rodzenstwo i walczyc z matka alkoholiczka i ojcem notorycznym kryminalista. Nauczyciel wie, ze taki uczen musi wspiac sie na palce by siegnac po to, co dla innych lezy pod nosem - jak to celnie okreslila Ania w serialu 'Daleko od Szosy'.
                  Noale, nikt nie twierdzi, ze praca nauczyciela to male piwko przed sniadaniem: podyktowac, zadac i sprawdzic, i fajrant. Ale jak jednak ktos tak mowi, to albo klamie, alo nie ma pojecia o pracy pedagoga.
                • marzenna114 Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 03.08.20, 15:14
                  piotr7777 napisał:
                  > Dalej - nie wierzę w to, że nie wydrukowano podręcznika, więc na razie zadania
                  > będą dyktowane do zeszytu. W PRL akurat problemu z podręcznikami nie było a już
                  > na pewno nie z przedmiotami ścisłymi (gdzie nie było wielu zmian). Nawet jeśli
                  > faktycznie pojawiło się zapotrzebowanie na nowy podręcznik to Pieróg mógł tymc
                  > zasowo na nim pracować, w końcu nie stracił z dnia na dzień rekomendacji MEN (p
                  > odręcznik, nie Pieróg).
                  Owszem możesz w to nie wierzyć, ale po zmianie programu (reformie) był problem z podręcznikami. Ja byłam chyba drugim rocznikiem reformy. Czasem podręcznik dostawałam w połowie roku (bo wtedy drukowano). Rocznik przede mną miał gorzej, bo nie mieli prawie żadnych podręczników - bo nie wydrukowano. A z fizyki owszem mogłeś używać starego podręcznika z tym, że potrzebne były chyba 3 różne (z różnych klas), bo zmieniła się podstawa programowa i w pierwszej klasie LO np. potrzebne były podręczniki z klas wyższych LO - bo z każdego podręcznika potrzebny był inny dział. Więc nawet jak odkupiłeś od kogoś stare, to i tak potrzebny był cały komplet, bo trzeba było skakać po działach.
                  • zaisa Re: Jak przerabiamy Opium w rosole... 08.08.20, 01:45
                    Zgadza się, różnie to z podręcznikami bywało. W klasie maturalnej biologia pojawiła się tak późno, że nauczycielka westchnęła i powiedziała, żeby nowy podręcznik kupili tylko ci, którzy mają zamiar zdawać biologię.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka