Ewa Jedwabińska całkiem serio

08.09.08, 21:08
pytanie lakoniczne:
odnajdujecie w sobie ewę jedwabińską, uświadamiacie sobie ten fakt i co dalej..
wiem, że dużo było na ten temat, ale mnie to dręczy i gryzie
    • jamniczysko Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 08.09.08, 23:00
      Hmmm...

      Czy Twoja teza jest taka, że każda/y z nas nosi w sobie pierwiastek
      Ewy Jedwabińskiej?

      Ja na pewno noszę. Jestem pedagogiem, który czasem drze ryj na
      własne dziecko. I wtedy od razu mi brzęczy: "Ja chcę iść po
      Pieeeska!"
      • verdana Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 00:04
        Akurat Ewy Jedwabińskiej w sobie nie odnajduję, ani nie jestm
        porzadna, ani do jedzenia nie przywiązuje qagi, a choc jestem wredna
        (fakt, niestety), to zawsze zabranie dziecku ulubionej zabawik
        uwazalam za znacznie wieksze okrucieństwo niz lanie.
        • dakota77 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 00:07
          W pelni zgadzam sie do co zabawki.
          A Ewy w sobie za nic nie odnajduje.
    • sir.vimes TAk, czasem , rzadko ale tak 09.09.08, 01:26
      ale ja z eugeniuszami nie trzymam, mogę dowolnie neurotyczna być i sama się
      pogrążam, nikt dodatkowo mnie nie pogrąży.

      a jeszcze głębiej - od Ewy się tym mocno różnię , że lubię dramat, nie muszę być
      "porządna". W ogóle nie muszę być dobra.

      Ale Ewę dobrze rozumiem - nawet w tej pozornie debilnej kwestii z jedzeniem
      szynki. Ale to z zupełnie innej beczki - bo do jedzenia nikogo nie zmuszam.


      • jamniczysko Re: TAk, czasem , rzadko ale tak 09.09.08, 07:56
        O korzeniach Ewy (zapewne zimnych i zgniłych) nie wiemy nic. A ja
        bym bardzo chętnie widziała w którymś z następnych tomów wątek
        Aurelii, badającej historię swojej rodziny od strony matki, i
        kiwającej głową ze współczuciem, jaka to mamusia była biedna. Bardzo
        biedna. Biedna mamusia.
      • biljana Re: TAk, czasem , rzadko ale tak 09.09.08, 12:22
        Ewa była neurotyczką. Niestety jakieś tam pokłady neurotyzmu (mniejsze lub
        większe) obserwuje u siebie... tak znam te zachowania...
    • marajka Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 11:40
      Nie ma we mnie, ani kawałeczka Ewy. Jestem bałaganiarą, studiuję
      kierunki humanistyczne, nie lubię nowoczesnego, minimalistycznego
      wystroju wnętrz. Dziecka nie mam, ale nie wyobrażam sobie
      traktowania go z takim chłodem i zabierania zabawek. Też miałam
      takiego pieska, brudny nieraz był okropnie, mama go po cichu prała i
      po kłopocie.
    • anutek115 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 12:43
      A ja chyba nie. Aż się zdziwiłam trochę, jak się nad tym zastanowiłam, bo Ewa
      była i wycofana, i obsesyjnie pragnęła akceptacji, i chyba nieśmiała i zamknięta
      w sobie była... czyli niby jak ja. No i neurotyczna, też niby bywam. Ale jakoś
      .... inaczej. Od pedantyzmu jest mi baaaardzo daleko. Nienawidzę ascetycznych,
      nowoczesnych wnętrz, już nawet czasopism z serii "Twój dom" oglądać nie mogę,
      tak tam się ostatnio rozpycha ten metal, szkło i szlachetny minimalizm ;-). Mam
      w głębokiej pogardzie i jeszcze głębszej obojętności wszelkie psychologiczne
      metody wychowawcze, zarówno w odniesieniu do własnych dzieci, jak i do własnych
      uczniów. Jeśli chodzi o uczniów, to wychowuję ich metodą "pomyśl o swojej
      wychowawczyni z liceum i nie rób nic, co ona by zrobiła" ;-))). Jeśli chodzi o
      dzieci, to działam trochę podobnie. Nigdy bym dziecku nie wyrzuciła jego
      ukochanej zabawki, no i w ogóle, moje dzieci są noszone na rękach, przytulane i
      - z punktu widzenia takiej Ewy - pewnie bardzo zepsute ;-). Nie wiem, co ją
      skłoniło do wyjścia za mąż i posiadania dziecka (w ogóle niewiele o niej
      wiadomo), ale mam podejrzenie, że nie to, co mnie...
      Nie, jakoś niewiele tej Ewy we mnie....
      • ding_yun Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 13:37
        A ja odnajduję w sobie coś z Ewy.Zwłaszcza w przypadku kłopotów
        osobistych, robię się właśnia taka sztywna. Do tego zaczynam jeszcze
        wszystko pedantycznie porządkować, układać (minimalistyczne wnętrza
        lubię zresztą zawsze) w nadziei, ze to pomoze mi uporządkować pewne
        sprawy (nie pomaga). Dla odmiany jeśli dobrze się dzieje zaczynam
        wprost tryskać dziecięcym entuzjazmem.
        • jamniczysko Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 14:09
          Dziecięcy entuzjazm jest Ewie obcy. :( Ona jest typem skończenie
          depresyjnym. Chyba nawet gdzieś jest napisane, że mała Aurelia
          postrzega mamusię jako osobę nieumiejącą się cieszyć.
          • verdana Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 14:58
            zawsze się zastanawiałam, czy Ewa nie jest DDA.
            • jamniczysko Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 18:22
              Na pewno jest.
              Tą odmianą, która w szkolnych czasach przyjmowała postać "dziecka -
              bohatera".
              • filifionka-listopadowa Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 18:43
                Nigdy nie potrafiłam odkryć dlaczego Ewa jest taka jaka jest. Co się za tym
                kryje, co ją ukształtowało?
                Myślę ,ze teoria z DDA jest niezwykle trafna.
                • dakota77 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 18:46
                  Tak, to by pasowalo. Np. to jej dazenie do perfekcji, jako wieczna proba
                  udowodnienia, ze jest cos warta.
                • tennesee Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 18:50
                  Pamiętacie wspomnienie Ewy z lekcji z Dmuchawcem? ten moment, kiedy
                  ona niby dostawała piątkę, ale czuła, że nie ma to żadnej wartości.
                  Kiedy dawała z siebie tyle ile była w stanie, a takze to, czego, jak
                  sądziła, od niej oczekiwano i nic- bariera, ściana, wykluczenie.
                  Wydaje mi się, że często odczuwam coś takiego w relacjach
                  społecznych- daję z siebie tyle ile potrafię i nic- nie czuje
                  interakcji, docenienia, trochę tak, jakby mnie nie było i nie wiem
                  wtedy co zrobić, bo gram zgodnie z regułami, a w zasadzie zgodnie z
                  tym, jak je odczytuję, a efektu ni ma.

                  A może tu moje jedynactwo, a nie jedwabińskosc, wychodzi?
                  • dakota77 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 19:06
                    Hm, ja tez jestem jedynaczka, ale nie wydaje mi sie, zeby tu tkwil problem.
                    • jamniczysko Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 19:15
                      Ja jestem jedynaczką i DDA, więc zgadzam się z Verdaną. Ciągła
                      potrzeba udowadniania, że jestem dobra, perfekcyjna, najlepsza.
                      Czerpanie sił do życia z pozytywnych ocen z zewnątrz, bo w środku
                      pusto. No, i to zawodowe brnięcie w pomagactwo... :)
                      • anutek115 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 20:18
                        A ja jestem DDA, ale nie jedynaczka, dlatego ta chęć Ewy, by ją lubiano i
                        chwalona wydała mi się znajoma. Chęc udowadniania, że jest się idealną musi
                        pokrywać kolosalną niepewność siebie (znaną mi wręcz za dobrze). Bardzo
                        przekonująca koncepcja, Verdano. Byłabym ciekawa, jak to widzi pani MM, dlaczego
                        jej Ewa taka... samotna i smutna wyszła?
                        • onion68 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 20:32
                          Zadziwiająco wiele osób przyznaje się do głodu akceptacji... ja też. A czy nie
                          stwierdziła MM ustami Gaby, że wszyscy jesteśmy dużymi, smutnymi dziećmi? Tylko
                          różne drogi obieramy.
                          Z cech Ewy, to jeszcze lubię maskujące ciuchy (zwłaszcza jeśli chodzi o barwy,
                          chociaż ostatnio odchodzę od tego). Natomiast moje dzieci nigdy nie musiały być
                          ciągle czyste i jak spod igły lub wystawy. Nie znoszę też zimnych,
                          minimalistycznie urządzonych wnętrz, na myśl o szkle (poza oknami) lub stali
                          otrząsam się. Lubię ciepłe, lekko abnegackie w duchu wnętrza (ale bez przesady).
                          • dakota77 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 20:34
                            Ja bardzo lubie minimalistyczne wnetrza, o ile nie wygladaja jak laboratorium:-)
                            • idomeneo Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 10.09.08, 00:29
                              ja też lubię i abstrakcyjne "mazy" też :)
                      • ginestra Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 20:33
                        Ja również zgadzam się z Verdaną i Jamniczyskiem co do Ewy jako DDA (lub DDD -
                        dorosłego dziecka z rodziny dysfunkcyjnej, choć to praktycznie dokładnie to samo
                        w sensie objawów u takiej osoby. Różnicą jest tylko ewentualny brak uzależnienia
                        u któregoś z rodziców, ale w rodzinie występuje jakieś "nie radzenie sobie"
                        przez rodziców ze sobą, z życiem, czasem depresja matki czy ojca albo nawet
                        przewlekła choroba w rodzinie i dlatego dzieci wychowują się same, przybierają
                        różne role i muszą mierzyć się z rzeczami o wiele za dużymi na ich siły;
                        nierzadko muszą być "rodzicami własnych rodziców"). A więc co do Ewy to to jest
                        bardzo trafne.
                        Przede wszystkim charakterystyczna i chwytająca za serce jest jej ogromna
                        samotność i to bycie zmuszoną, żeby radzić sobie samej w życiu - tak jak
                        potrafi, ale tak, jakby była sama na świecie, zdana tylko na siebie.
                        Nie dziwi też, że w wychowaniu dziecka szukała oparcia w podręcznikach, bo nie
                        mogła przecież intuicyjnie czerpać z pokładów ciepła, akceptacji, miłości do
                        dziecka, które miałaby w sobie - bo po prostu tych pokładów nie dostała.
                        Związała się też z chłodnym mężczyzną, który jej nie wspierał i nie pomagał w
                        przezwyciężeniu tych trudności, które wniosła do związku. Ta samotność Ewy i to
                        jej bycie we mgle, niemożność znalezienia oparcia w samej sobie czy w kimkolwiek
                        jest przeraźliwa i budzi moje współczucie. To jest takie "radzenie sobie na
                        smutno", jak ja to nazywam.

                        Może gdyby to działo się parę lat później, to Ewa natrafiłaby na dobre książki,
                        publikacje, czy ludzi, którzy naprowadziliby ją na trop jej problemu i mogłaby
                        go wówczas zrozumieć i pokonać. Szkoda bardzo, że Borejkowie czy Dmuchawiec nie
                        zaprzyjaźnili się z Ewą, bo ciepło i mądrość życiowa, na przykład ze strony
                        dojrzałej, zintegrowanej wewnętrznie osoby, akceptacja i wsparcie, też by mogły
                        jej bardzo pomóc.

                        Co do odnajdywania Ewy w sobie to tak, ja odnajduję coś podobnego w sobie, może
                        bardziej parę lat temu niż teraz, a jest to właśnie takie osamotnienie wśród
                        spraw, które przerastają, dostosowywanie się do zadań "bo trzeba", "bo muszę",
                        "bo jak inaczej" i wdziewanie takiej zbroi dzielności, żeby sobie radzić, gdy w
                        środku człowiek czuje się słaby i nie na swoim miejscu.

                        Myślę, że szkoda bardzo, że temat Ewy nie został pociągnięty w Jeżycjadzie
                        (podoba mi się wersja Aurelii szukającej rodzinnych śladów matki i ucząca się ją
                        rozumieć). No i że nie było dane Ewie za życia wyprostować ścieżek, odnaleźć
                        siebie i stworzyć dobrą relację z córką, a także szkoda, że ona i Eugeniusz nie
                        przepracowali obopólnego lęku przed bliskością i innych swoich problemów. No,
                        ale tak też w życiu bywa. Macie rację, biedna Ewa.
                        • anutek115 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 20:48
                          ginestra napisała:

                          > Może gdyby to działo się parę lat później, to Ewa natrafiłaby na dobre książki,
                          > publikacje, czy ludzi, którzy naprowadziliby ją na trop jej problemu i mogłaby
                          > go wówczas zrozumieć i pokonać.

                          Ludzi, Ginestro, ludzi. Ona z książkami miała za duży problem. Może i teraz są
                          lepsze, ale jednak też trzeba w nich umieć szukać, a nie brac wszystkiego, jak
                          leci, starać się stosować w zyciu, bez żadnych "dogięć" do indywidualnej
                          sytuacji (jak mi się wydaje, tak własnie robiła). A poza tym żadna ze mnie
                          spejalistka od relacji międzyludzkich, ale musze napisać, że mi pomogli ludzie.
                          Li i jedynie. Chcący i niechcący, starając się lub przez przypadek, ale tylko
                          ludzie, nie książki.

                          Szkoda bardzo, że Borejkowie czy Dmuchawiec nie
                          > zaprzyjaźnili się z Ewą, bo ciepło i mądrość życiowa, na przykład ze strony
                          > dojrzałej, zintegrowanej wewnętrznie osoby, akceptacja i wsparcie, też by mogły
                          > jej bardzo pomóc.

                          I tu niestety znów okazuje się, jak bardzo... mało mądrzy? tchórzliwi?
                          egoistyczni? są de facto Borejkowie i Dmuchawiec. Jasne, niby nigdzie nie jest
                          powiedziane, że musimy się zaprzyjaźniac ze wszystkimi, którzy wymagają pomocy,
                          ale... co oni jej zaoferowali? Trochę protekcjonalnych gestów i takichż słów...
                          nie za wiele współczucia, niezbyt wiele (o ile w ogóle) ciepła. Ech...
                        • ginestra Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 21:00
                          Pisałam równocześnie z Anutkiem i Onion.
                          Poruszyło mnie to, co mówicie.

                          Chciałabym jeszcze dodać, że na podstawie moich obserwacji życiowych oraz z
                          lektur widzę coś takiego, że bardzo wiele osób mimo przyjścia na świat w
                          rodzinie, w której jest problem, na przykład, alkoholowy, mimo wszystko
                          otrzymało sporo ciepła, miłości i poczucia wartości. Wszystkie takie osoby mają
                          jednak specyficzne problemy, które mogą w dorosłym życiu (zwłaszcza w związkach)
                          dać o sobie znać, ale które można starać się przezwyciężyć - jednakże u jednych
                          osób te problemy są cięższe, a u innych lżejsze. Wpływa na to wiele czynników, a
                          przede wszystkim to jakie było ich najwcześniejsze dzieciństwo oraz jaki był
                          stopień destabilizacji rodziny w momencie ich przyjścia na świat. Także to, czy
                          mieli starsze rodzeństwo i czy to rodzeństwo było wsparciem. Czy mama, mimo
                          problemu alkoholowego w domu była w miarę wspierająca dla dziecka i dobra. Tak
                          więc jedne osoby DDA wyrastają na ludzi takich jak Ewa Jedwabińska (o mocno
                          zaburzonej osobowości, bardzo "zamrożonych" lub szukających ślepo "problemowego"
                          partnera), a inne nie. Znam takie rodziny, w których widać jak na dłoni jaki był
                          stan problemu alkoholowego i w ogóle zła w rodzinie w momencie, gdy rodziły się
                          kolejne dzieci. Na przykład jest pięcioro dzieci, z czego dwoje najstarszych ma
                          w miarę dobre związki i zdrowe poczucie wartości, trzecie ma związek problemowy,
                          czwarte też ma problemowy, z tym, że w większym stopniu niż trzecie, a piąte w
                          większym stopniu niż czwarte. Mam też taką koleżankę DDA, która jest najmłodsza
                          z dużej liczby rodzeństwa i ona ma najmniej problemowy związek i najmniej
                          skomplikowaną biografię z nich wszystkich, bo była jakoś chroniona przez starsze
                          rodzeństwo, a przy tym ojciec (uzależniony) zmarł gdy była mała, więc znała go
                          krótko, a potem już w rodzinie było dużo stabilniej.

                          Tak więc niesamowite ile rzeczy wpływa. Ważne są też inne osoby oddziałujące na
                          dziecko - czy to z rodziny, czy ze szkoły, czy sąsiedzi. My też możemy być taką
                          osobą, która pomaga obcemu dla nas dziecku, z którym zetknął nas los, uwierzyć w
                          siebie. Ogromnie podoba mi się na przykład działalność fundacji Wiosna z
                          Krakowa, która poprzez pomoc w lekcjach pomaga dzieciom z problemowych rodzin
                          uwierzyć w siebie i odwrócić zły los.

                          Jeśli chodzi o DDA to jest bardzo dobra strona internetowa (gdyby ktoś chciał
                          zobaczyć):
                          www.dda.pl/
                          Jeszcze wspomnę, że uważam (za Alice Miller i innymi psychologami), że
                          najważniejsze są JEDNAK pierwsze dni, miesiące i pierwsze 2-3 lata życia
                          dziecka. Jeśli były one w miarę spokojne i jeśli WTEDY dziecko otrzymało sporo
                          miłości i bezpieczeństwa i odczuło, że jest mile widziane na świecie,
                          doświadczyło, że jego potrzeby są spełniane, że gdy płacze, to pomoc przychodzi
                          itp., że wolno mu wyrażać różne uczucia i są one przez dorosłych
                          "odzwierciedlane" i akceptowane, to wówczas wygrało los na loterii i wygrało
                          swoje życie. Nawet jak potem przyjdzie mu doświadczać życia w domu alkoholowym
                          albo wojny albo jeszcze czegoś, to jest ogromna szansa, że w swoim czasie
                          podźwignie się z tego, odbuduje siebie. Najtrudniej jest z osobami, dla których
                          te pierwsze dni, miesiące i lata życia były złe. Ale wierzę, że i te osoby mogą
                          się dźwignąć, gdy spotkają dobrych ludzi i pomoc w dalszym życiu, że jest dla
                          nich, jak najbardziej, nadzieja.
                          • ginestra Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 21:22
                            Anutku, teraz też pisałam równolegle z Tobą. Okazuje się, że też miałam to na
                            myśli, co Ty: że człowiek człowiekowi może wiele pomóc.

                            Co do książek, to bym jednak broniła ich, bo wydaje mi się, że jednak dużą
                            pomocą są te, które ukazały się później niż mogła mieć do nich dostęp Ewa, czyli
                            te wszystkie, które mają w tytule: DDA, współuzależnienie itp. Takich książek
                            chyba wtedy nie było, także artykułów w pismach, nie było też poradni (a może
                            były, tylko bardzo niewiele), które świadczyłyby pomoc DDA czy ludziom z
                            problemem współuzależnienia. Była na pewno mniejsza świadomość społeczna. Wydaje
                            mi się, że ci ludzie, którzy zostali w bardzo dużym stopniu spustoszeni przez
                            trudne dzieciństwo mogą potrzebować pomocy fachowej, bo być może oni innych
                            ludzi, nawet chętnych do przyjaźni, będą odtrącać. Tu byłby potrzebny ktoś, kto
                            by tak porozmawiał, że pokazałby jej, że są ludzie, o identycznej niemal
                            biografii - tacy jak ona. I że to nie żaden wstyd i to nie jej wina. I że można
                            znaleźć pomoc.

                            Spotkałam osobę, która chodziła na zajęcia o współuzależnieniu i opowiedziała
                            mi, że 15 lat wcześniej, kiedy jej mama (uzależniona) w jakiś sposób wyszła z
                            nałogu (może drogą terapii AA?), to ktoś tę córkę namawiał, żeby szukała pomocy
                            psychologicznej dla siebie. Ona nie rozumiała tego i mówiła mi, że dziwiła się i
                            temu komuś odpowiedziała: "dlaczego ja? przecież to mama ma problem, jeśli już,
                            nie ja". Ten rozmówca nie potrafił jej przekazać czym jest współuzależnienie, i
                            że ona naprawdę powinna iść po pomoc, tylko mówił to intuicyjnie, bez konkretnej
                            wiedzy, bez podania lektur chociażby. Okazało się, że po tę pomoc poszła, ale
                            dopiero 15 lat później, kiedy sama była żoną alkoholika i czegoś się dowiadywała
                            stopniowo o złożoności problemu. Chcę powiedzieć, że czasem problem jest tak
                            duży, że to dziecko będzie (jak ta kobieta) szukało partnera na podobieństwo
                            uzależnionego rodzica (alkoholika, pracoholika czy innego, dla którego będzie
                            ważne "coś" bardziej niż ono), i że samo, nawet mając przyjaciół i dobrych ludzi
                            wokół, będzie ślepo w to szło, jak ćma do ognia. I tylko świadomość problemu i
                            wdrożenie kroków pomocowych może odwrócić to przyciąganie.
                            Jest to bardzo, bardzo złożony temat. Tak wiec, ja osobiście wierzę w publikacje
                            i książki i poszerzanie świadomości i grupy edukacyjne itp. jako w coś
                            niezbędnego w dużych problemach.
                            Pozdrawiam!
                            • onion68 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 21:26
                              Racja, Ginestro, lecz nie zapominajmy też, że Ewa była klasycznym przypadkiem
                              dostrzegania źdźbła w oku bliźniego, a niedostrzegania belki we własnym.
                              Pamiętasz: "kiedy to despotyczna, uczuciowo zimna matka...".
                              Słyszałam o podobnych przypadkach w życiu, np. pani kurator, która masakruje
                              psychicznie własne dzieci...
                              • ginestra Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 21:42
                                Tak, ten "zimny wychów" u Ewy i nie dostrzeganie problemu u siebie robi duże
                                wrażenie. Chciałoby się do niej dotrzeć, jakoś jej to pokazać, wytłumaczyć. I aż
                                chce się człowiekowi zapytać "Gdzie jest Eugeniusz i dlaczego nie reaguje?" :(

                                O dzieciach to naprawdę duży temat. :(
                                Pozdrawiam!
                              • dakota77 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 22:45
                                A pedagog, ktory nie potrafi wychowac dziecka, to juz zjawisko na poprzadku
                                dziennym.
                            • ginestra Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 21:39
                              Jeszcze ostatnie, co chciałabym dodać, bo może to źle zabrzmiało, że tak
                              straszne wydaje się to przyciąganie do osoby uzależnionej. Chciałabym
                              powiedzieć, że ta osoba uzależniona najczęściej jest przecież równocześnie
                              dobrym i wrażliwym człowiekiem - i tak z mocą uważam. Dużo osób wychodzących z
                              nałogu daje świadectwa i przewija się w nich taki motyw: "dzięki temu, że
                              doświadczyłam czym jest uzależnienie/ współuzależnienie i teraz wychodzę z tego,
                              ja i moja rodzina staliśmy się lepszymi ludźmi". Wychodzenie z nałogu/
                              współuzależnienia jest tak naprawdę odkrywaniem siebie oraz odkrywaniem więzi z
                              ludźmi, ze światem, odkrywaniem swoich talentów, a także nauką/ uświadomieniem
                              sobie empatii i innych dobrych rzeczy, które w człowieku były już wczesniej.
                              Tylko to wchodzenie "na ślepo", bez świadomości, w problemowy związek
                              obiektywnie daje dużo zła i krzywdy, niestety, także dla dzieci. A więc nie jest
                              to czymś dobrym. Dlatego ważna jest wiedza, bo wtedy można pomóc i sobie i
                              partnerowi i nie okraść dzieci z dzieciństwa i z różnych rzeczy, których
                              potrzebują do życia jak powietrza. Czasem mówi się, że ktoś dopiero pójdzie po
                              pomoc, gdy sam sięgnie dna. Jest to w jakimś sensie słuszne, ale jeśli otoczenie
                              wie coś o problemie, o jego dynamice i wie co robić, to decyzja o szukaniu
                              pomocy przez daną osobę (uzależnioną lub współuzależnioną) może zapaść dużo
                              wcześniej.

                              (Na spotkaniach osób współuzależnionych m.in. omawia się tzw. konfrontację,
                              którą trzeba przeprowadzić w specyficzny sposób, przy spełnionych różnych
                              warunkach, z udziałem wielu członków rodziny, którzy wiedzą co robić i co mówić.
                              I ta konfrontacja czasem daje efekt w postaci decyzji uzależnionego o podjęciu
                              leczenia. Owszem, czasem nie, ale może utorować do tej decyzji drogę, może tak
                              czy owak wiele dać. Sama rodzina, jeśli pójdzie po pomoc dla siebie, to pomaga w
                              ten sposób uzależnionemu. Metodyka pomocy to dorobek wielu lat wielu ludzi, a
                              więc można zaufać tym treściom). Wtedy losy rodziny można odwrócić.
                            • ananke666 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 23:25
                              Mnie jedno nie pasuje do DDA, mianowicie osoba autora. Czy MM stworzyłaby taką postać, nie dając jej wcale zrozumienia u idealnego pedagoga ani u świętych Borejków? Chyba nie. Jeśli Dmuchawca przedstawić jako wzorowego wychowawcę (miewa rysy ten spiżowy pomnik, miewa, niemniej w zamyśle miał był wzorowy), to musiał on wiedzieć cokolwiek o dysfunkcyjnej rodzinie swojej wychowanki i MM nie ograniczyłaby go tylko do "zawsze mi było Ewy żal" i stawianych bez przekonania piątek. Musiałoby być coś więcej, może i niewiele, ale coś, trochę wsparcia, trochę ciepła. Podobnie w gumowej kuchni. A tu nic. Nie bardzo chce mi się wierzyć, żeby MM tworzyła postać DDA, do którego nikt nie wyciąga ręki, chociaż w koło sami święci.
                              Podobnie Aurelia Smętna Firana musiałaby coś wiedzieć - linia matka-córka, ojciec-matka (ojcu się wyrwie, dziecko podsłucha), ojciec-babka, babka-wnuczka, a my razem z nią. A tu nic.
                              Chociaż Ewa może faktycznie mieć cechy DDA, to wcale nie musi nim być i moim zdaniem raczej nie jest, chyba, że MM swoim zwyczajem znów przyczepi jakąś przyfastrygowaną historię.
                              Raczej obstawiałabym rodzinę dysfunkcyjną, ale inaczej. Chłodną, zdystansowaną matkę z wygórowanymi wymaganiami, taką, która dziecka w zasadzie nie chciała, bo figurę psuje i na cerę szkodzi, ale jak już jest, to niech najlepsze będzie, ładne, grzeczne, opanowane i piątkowe. Ojca, który z poza swoim zawodem świata nie widzi, ożenił się, bo tak wypadało, a żona i córka służą do robienia dobrego wrażenia. Takie jakieś klimaty, wydaje mi się, że dobrze tłumaczące lęki przed bliskością i potrzebę sterylności i uporządkowania przestrzeni. Są przecież tacy ludzie i nie trzeba być do tego DDA.

                              Reasumując: Ewa zdradza do DDA niejakie podobieństwo, ale konstrukcyjnie mi wcale nie pasuje.
                              • jamniczysko Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 10.09.08, 08:33
                                Czyli, jak pisała Ginestra, nie DDA, tylko DDD. Mechanizmy te same.

                                (Mój ojciec przez pięćdziesiąt lat prawie nie trzeźwiał, ale w
                                grupie terapeutycznej byłam razem z ludźmi, których ojcowie w ogóle
                                nie pili alkoholu, ale np. nie uczestniczyli w życiu rodziny.)
                                • ananke666 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 10.09.08, 09:43
                                  Tu się zgodzę, rodzina wredna, ale trzeźwa. Dla mnie jest różnica.
                                  • filifionka-listopadowa Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 11.09.08, 13:06
                                    Tylko ,że ten alkoholizm wcale nie musiał być jawny i żaden z członków rodziny
                                    nie leżał pod sklepem. Cichy, dyskretny w inteligenckiej rodzinie, bez krzyków,
                                    tylko absolutny zimny terror aż do monentu gdy mała Ewa zaprowadzała troskliwie
                                    pijanego rodzica do łóżka. A rano wstawała wcześniej i robiła mu śniadanie.
                                    M.M zapewne tworząc postać Ewy niezdawana sobie sprawy z istnienia czegoś
                                    takiego jak DDA, może skleiła ja z kilku znanych jej osób, nie wynikając w nich,
                                    tylko osadzając. Tak jak Borejkowie zrobili z Ewą. Okrutnie wobec wspaniałych
                                    deklaracji Autorki na ich temat.
                              • pani.filifionka Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 05.12.09, 16:55
                                Wydaje mi się, że MM raczej skopiowała świadomie lub nie jakąś znaną jej osobę
                                lub kilka. Ewa jest IMHO postacią bardzo dobrze skonstruowaną. Szczególnie
                                dlatego, że nie zmienia się diametralnie pod wpływem "zbawiennego" oddziaływania
                                Borejków, lecz pozostaje sobą, chociaż pewnej metamorfozie ulega. Gdyby stała
                                się kopią mamusi Kopiec Arlety, byłoby to strasznie niewiarygodne. Poza tym
                                ciekawa rzecz - wydaje mi się, że MM bardzo nie lubi postaci, które moim zdaniem
                                najlepiej jej wyszły. Kołacze mi się gdzieś, że z niechęcią wypowiadała się i o
                                Ewie i o Bebe, które mnie osobiście wydają się dużo bardziej prawdziwe i ciekawe
                                niż oswojony Tygrys, "stare malutkie" dzieci czy tryskające wiecznym optymizmem
                                bohaterki.
                  • kochanica-francuza Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 30.09.08, 21:31
                    Mogła sobie mieć stado piątek, ale nie była "borejkowa".

                    I nie dość, że miała przez to znacznie cięższe życie niż "borejkowi", to jeszcze
                    ją WYKLUCZANO, zamiast próbować zaakceptować i pomóc.

                    To najgorsze draństwo u Musierowicz.

                    Nie jestem DDA, ale odnajduję trochę.
                    • taria Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 17:50
                      kochanica-francuza napisała:

                      > Mogła sobie mieć stado piątek, ale nie była "borejkowa".
                      > I nie dość, że miała przez to znacznie cięższe życie
                      > niż "borejkowi", to jeszcze ją WYKLUCZANO, zamiast próbować
                      > zaakceptować i pomóc.
                      >

                      Porównałam sobie dwa opisy czasów licealnych Ewy M.:

                      Dmuchawiec:

                      Pamiętał. Była wcieleniem ambicji i pedanterii. Miała zawsze same
                      piątki, u niego też, chociaż stawiał jej te oceny bez przekonania.
                      Zawsze też czuł, że ona go nie lubi.


                      Ewa:

                      Był złośliwy, dokuczliwy, niesprawiedliwy i się czepiał. Nigdy jej
                      nie doceniał. Otaczał się zawsze gromadą pupilków i pupilek i nigdy
                      wśród nich nie było miejsca dla niej. Zawsze wyczuwała jakąś
                      dezaprobatę w jego wzroku chociaż tak pilnie się uczyła. Stawiał jej
                      piątkę i jednym spojrzeniem odbierał ocenie jakąkolwiek wartość. A
                      potem, zachwycony, żartował z jakąś leniwą i niedbałą uczennicą.
                      Nie lubiła go nigdy.


                      Nie jestem pedagogiem, więc wyjaśnijcie mi, proszę, dlaczego
                      Dmuchawiec stawia Ewie piątki, najwyższą ocenę w ówczesnym systemie.
                      Robi to "bez przekonania", a Ewa wyczuwa, że "odbiera tej ocenie
                      jakąkolwiek wartość".
                      Wyjaśnienia widzę dwa: albo dziewczyna nie zasługuje na taką ocenę
                      jej osiągnięć szkolnych, a piątki dostaje na wyrost i dla świętego
                      spokoju, albo piątka "z przekonaniem" należy się wyłącznie osobom
                      sympatycznym, które lubią nauczyciela i prowadzony przez niego
                      przedmiot.

                      Miałam w liceum dość podobną sytuację, co Ewa - zdecydowanie nie
                      lubiłam jęz. niemieckiego i średnio przepadałam za prowadzącą go
                      nauczycielką, co ona chyba też wyczuwała. Przygotowywałam się jednak
                      na jej zajęcia pilnie, bo uważałam za ujmę na honorze przynoszenie
                      do domu kiepskich ocen. Trzeba przyznać uczciwie, że i moje
                      nastawienie i brak zdolności lingwistycznych sprawiały, że niemiecki
                      nie był moją mocną stroną. W efekcie na świadectwie maturalnym mam
                      piątki "z góry na dół", szóstkę z ukochanej matmy i cztery z niemca.
                      Kumpele pytały mnie, czy nie mam żalu do kobiety, że "złośliwie
                      popsuła mi świadectwo", skoro miała możliwość postawienia mi piątki
                      na wyrost, za to, że się starałam itp.
                      Ja jednak mam do niej wiele szacunku za to, że starała się być
                      uczciwa wobec siebie i innych, a z czwórki byłam dumna bardziej niż
                      z reszty ocen, bo miałam świadomość, że pracowałam na nią cztery
                      lata.
                      • nessie-jp Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 21:17
                        > Wyjaśnienia widzę dwa: albo dziewczyna nie zasługuje na taką ocenę
                        > jej osiągnięć szkolnych, a piątki dostaje na wyrost i dla świętego
                        > spokoju, albo piątka "z przekonaniem" należy się wyłącznie osobom
                        > sympatycznym

                        Wydaje mi się, że to jednak inaczej wyglądało
                        • mamalilki Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 22:21
                          Jako nauczyciel historii znam takie przypadki. Takie ciasno uczesane ambitne
                          uczennice, które za wszelką cenę muszą mieć piątke i tylko to się liczy. I wkują
                          to wszystko co jest w książce, jak zapytam o przyczyny czy skutki to mi wyklepią
                          w punktach dokładnie to co wkuły. Na pytanie: a co Ty o tym myślisz? Czy można
                          było wygrać tę wojnę? Uniknąć konfliktu? rozwiązać inaczej? Czy myślisz że
                          istotny był charakter wodza, króla? Czy Twoim zdaniem rację mieli jedni czy
                          drudzy? Na takie pytania takie panienki głupieją. Bo TEGO NIE BYŁO W
                          PODRECZNIKU. I oczywiście nie mają obowiązku mieć swojego zdania w sprawie
                          prowadzenia kampanii wrześniowej czy Powstania Warszawskiego. Też im stawiałam
                          piątki BEZ PRZEKONANIA. A potem zdarzało mi się poswiecać czas uczniowi, ktory
                          mylil daty czy nazwiska ale ogarnial poroblem i samodzielnie wysnuwal wnioski.
                          • mamalilki Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 22:26
                            Errata: nie tylko panienki sie tak zachowują. Grzeczni nudni chłopcy też. O ile
                            wieksza mialam przyjemnosc z ucznia, który był kibicem, więc historie piłki
                            nożnej miał w małym palcu u lewej nogi a z czasem udało mi się zachęcić go do
                            zainteresowania sie historią sportu w ogóle. Ile pożytecznych rzeczy udało mi
                            się mu wcisnąć po drodze, mimo że nie miał w planach uczyć się historii :-)
                          • nessie-jp Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 22:53
                            > Takie ciasno uczesane ambitne
                            > uczennice, które za wszelką cenę muszą
                            > mieć piątke i tylko to się liczy.

                            No tak, ale właściwe pytanie brzmi: DLACZEGO to dla tych 'ciasno uczesanych'
                            dzieci takie ważne, żeby zasłużyć na tę piątkę? Co się za tym kryje?

                            Dmuchawiec sobie tego pytania nie zadał, inni nauczyciele też pewnie nie. I tak,
                            razem z pogardą dla nudnych kujonek, skreślają dzieci, które nie umieją czy też
                            nie mają odwagi wychynąć poza sztywne konwenanse.
                            • mamalilki Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 23:07
                              nessie-jp napisała:

                              > > Takie ciasno uczesane ambitne
                              > > uczennice, które za wszelką cenę muszą
                              > > mieć piątke i tylko to się liczy.
                              >
                              > No tak, ale właściwe pytanie brzmi: DLACZEGO to dla tych 'ciasno uczesanych'
                              > dzieci takie ważne, żeby zasłużyć na tę piątkę? Co się za tym kryje?
                              >
                              > Dmuchawiec sobie tego pytania nie zadał, inni nauczyciele też pewnie nie. I tak
                              > ,
                              > razem z pogardą dla nudnych kujonek, skreślają dzieci, które nie umieją czy też
                              > nie mają odwagi wychynąć poza sztywne konwenanse.
                              >

                              To nie tak. Ja nie skreslam i nie pogardzam. Ale rzeczywiscie staram sie z nich
                              wykrzesac wiecej. Po to robie z uczniami dyskusje, w ktorej kazdy ma zabrac
                              glos, sądy nad jakimś wydarzeniem (są obroncy, oskarzyciele, swiadkowie - kazdy
                              losuje jakąś rolę), po to im przynosze artykuly z gazet w ktorych dwoch
                              profesorow ma zupelnie rozne zdania na jakis temat - wlasnie po to zeby sie
                              uczyli samodzielnego myslenia. Czesto staram sie gadac z takimi uczniami. Ale są
                              tacy, którzy mimo wszystkich wysiłków pozostaną impregnowani. I pewnie mają
                              swoje powody. Nie pogardzam nimi ale terapii nie zapewnie. Nigdy nie rozumiem
                              dlaczego ktos woli byc zamknietym w skorupie nieszczesliwym oportunistą niz
                              wolnym czlowiekiem. Zwlaszcza u nauczyciela, u ktorego ta druga postawa bardziej
                              procentuje.
                              • mamalilki Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 23:12
                                A tak na marginesie to w SK Dmuchawiec chyba bardziej jednak ceni pracowitą i
                                staranną Celestynę niż leniwa i niedbałą Dankę? Inna rzecz ze Celestyna miala
                                swoje zdanie, chociaz nie umiala powiedziec Dmuchawcowi ze to jest jego psi
                                obowiazek pomoc uczennicy a nie jej. Tylko sobie pomyslala :-)
                                • nessie-jp Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 23:23
                                  Tak naprawdę to w SK Dmuchawiec cenił tych swoich spryciuli-oportunistów z klasy
                                  trzeciej, którzy mu się podlizywali i umieli go sobie ustawić... :)

                                  Tak naprawdę Dmuchawiec to taki nauczyciel, który nie bardzo wie, o co mu chodzi
                                  i czego chciałby uczyć. W końcu jakieś tam kryteria oceniania go obowiązywały i
                                  jeśli uczeń wyczerpał wszystkie znamiona piątkowości :) to nauczyciel miał psi
                                  obowiązek mu tę piątkę postawić, kwaśne miny zachowując dla siebie. Jeśli
                                  natomiast uczeń nie był przygotowany na piątkę (m. in. nie umiał uzasadnić tezy
                                  postawionej w eseju, nie umiał albo nie chciał odpowiadać na pytanie "A co ty
                                  byś zrobiła, gdybyś była w sytuacji Jagny z Chłopów") to nauczyciel nie powinien
                                  stawiać oceny bardzo dobrej, tylko zastosować właściwe kryteria oceniania.

                                  Ja odnoszę wrażenie, że Dmuchawiec mieszał ocenę z polskiego z oceną z
                                  zachowania. A to jednak dwie różne rzeczy. Owszem, sprytny uczeń łatwo wyczuje,
                                  jak zadowolić takiego 'dyskusyjnego' profesora. Ale są uczniowie pozbawieni
                                  takiego sprytu, którzy najzwyczajniej, rzetelnie opanowują materiał. Taką
                                  uczennicą była m. in. Cesia, którą Dmuchawiec upokorzył publicznie i zezwał od
                                  tchórzy...
                                  • turzyca Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 08.12.09, 01:17
                                    Tylko czy w tamtym systemie ktokolwiek zadawal takie pytania? Czy myslenie
                                    wlasne ucznia w ogole bylo cenione? Czy zadaniem szkoly nie bylo uformowanie
                                    mozliwie niemyslacych, a wiec poslusznych?
                                    Moja mama mowi, ze istnial dla niej patentowy sposob na dostanie piatki. Musiala
                                    tylko wziac stary zeszyt swojej starszej o kilka lat ciotki, ktorej nauczyciel
                                    dyktowal cale strony na poszczegolne tematy. Przepisanie takiego tekstu bylo
                                    gwarancja oceny bdb. Myslenie wlasne prowadzilo na manowce.
                                    • czarna9610 Re: Mam wrażenie że Ewa 27.12.09, 22:10
                                      może też być dzieckiem DDA. DDA mimo że nie piją są fatalnymi rodzicami.
                                      Oczywiście nie wszyscy, ale część z nich uważa że ich dzieci mają bardzo dobrze
                                      w życiu, bo nic nie muszą robić i mają za zadanie tylko się uczyć i co by nie
                                      zrobiły na ogół nie dorównują swoim rodzicom. I mimo, że twierdzą że kochają
                                      swoje dzieci, to jednak nie potrafią tego okazać.

                              • nessie-jp Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 23:14
                                > Nigdy nie rozumiem
                                > dlaczego ktos woli byc zamknietym
                                > w skorupie nieszczesliwym oportunistą niz
                                > wolnym czlowiekiem.

                                Auć. A toś po borejkowskiemu pojechała. Przecież nikt nie WOLI być
                                nieszczęśliwym człowiekiem, zamkniętym w skorupie! Ale wiara w to, że jak ktoś
                                się za siebie weźmie, to mu się wszystkie nerwice i zahamowania cudownie
                                wyleczą, niestety nie ma pokrycia w faktach.

                                Tak właśnie wydają się myśleć Borejkowie
                                • mamalilki Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 23:22
                                  To jest tak:
                                  na 2 - wie
                                  na 3 - wie i rozumie
                                  na 4 - wie, rozumie i stosuje w sytuacjach typowych
                                  na 5 - wie, rozumie i stosuje w sytuacjach nietypowych
                                  na 6 - jest jeszcze wiele ponad tym wszystkim
                                  Oczywiscie to tylko taki roboczy schemat. Jak uczeń zna wszystkie daty, fakty,
                                  przyczyny i skutki to nie postawie mu zlej oceny jesli odpowie: zgadzam sie z
                                  pania ze Powstania mozna bylo uniknac i przytoczy mi moja wlasna argumentacje
                                  ktorą zanotowal w zeszycie. Ale wiem, ze nigdy sie nad tym sam nie zastanowil.

                                  A co do Nessie, mysle ze masz racje. Moze tak mysle dlatego ze sama bylam
                                  wystraszona oportunistka i sama to zmieniłam. Pewnie dlatego mi się zdaje że to
                                  kwestia woli.
                          • taria Re: Bo Dmuchawiec ją WYKLUCZAŁ 31.01.09, 23:14
                            > I oczywiście nie mają obowiązku mieć swojego zdania w sprawie
                            > prowadzenia kampanii wrześniowej czy Powstania Warszawskiego. Też
                            > im stawiałam piątki BEZ PRZEKONANIA.

                            Powtarzam:nie jestem nauczycielem i na samą sytuację mogę patrzeć
                            jedynie z punktu widzenia laika. Ale czy nie jest tak, że kryteria
                            oceny na piątkę wypowiedzi ustnej czy sprawdzianu z historii czy
                            języka polskiego zakładają umiejętność krytycznej analizy materiału
                            żródłowego, przynajmniej w pewnym stopniu i wyrażania własnych
                            opinii?
                            Więc jeśli uczeń liceum "nie ma obowiązku mieć swojego zdania", to
                            chyba jest tak, że i Ty nie masz obowiązku postawienia mu oceny
                            bardzo dobrej, tylko dlatego, że wykuł na blachę to, co jest w
                            podręczniku...
                            I poinformowanie klasy, że osoba nie potrafiąca przynajmniej w
                            minimalnym stopniu obronić własnej opinii o bohaterze czy wydarzeniu
                            historycznym może liczyć u Ciebie na max. czwórkę jest chyba
                            uczciwym postawieniem sprawy, prawda?

                            (Mam nadzieję, że nie odbierzesz tego jako atak, czepianie się, czy
                            podważanie kompetencji, po prostu sama lubię wiedzieć, czego w danej
                            sytuacji ode mnie się oczekuje, nawet jeśli te oczekiwania odbieram
                            jako idiotyczne lub niemożliwe do spełnienia)

                            Tak samo mam wrażenie, że złośliwy, dokuczliwy, niesprawiedliwy
                            i czepiający się
                            Dmuchawiec w zbyt małym stopniu akcentował, że
                            wymaga od Ewy samodzielnego myślenia i wyrażania opinii. A może
                            właśnie akcentował, tylko Ewa zupełnie nie rozumiała, o co mu chodzi?
                            To były te czasy, gdy w szkole obowiązywała jedyna słuszna wykładnia
                            prawdy historycznej, interpretacja utworu literackiego itp.
              • croyance Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 11.10.08, 14:14
                Niekoniecznie. Moja mama jest jak kopia Ewy - teraz juz mniej, ale
                byla - a nie jest DDA.
    • slotna Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 09.09.08, 22:44
      Odnajduje potrzebe bezgranicznej akceptacji, histerycznie reaguje na najdelikatniejsza nawet, najbardziej konstruktywna krytyke - nawet jesli tego nie okazuje (a okazuje li i jedynie bliskim, i wspolczuje im po czesci), to przezywam jak diabli i fizycznie mnie to boli.

      Zupelnie innymi metodami za to daze do tej akceptacji, bynajmniej nie przez ciezka prace (az chce sie zakrzynac "niestety!"), no i nie zamykam sie w sobie przesadnie :) A wynika to, jakzeby inaczej, z dziecinstwa, nie alkoholiczna wprawdzie, ale dysfunkcyjna rodzina, oj tak.

      --
      Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
      • bunny.tsukino To ja się przyznam 10.09.08, 10:37
        Pamiętacie sytuacje z zoo?? Jak mała Aurelia z mamą miały iść do zoo i same
        wiecie jak to się skończyło...
        Ja zrobiłam tak samo- tylko że zamiast zoo miał być park, powód zimnej
        wścieklizny but włożony z impetem przez dziecię do kałuży -myśl będzie chory,
        zrobił mi to na złość, nienawidzę go.., nic mi się nie udaję, nawet głupi wypad
        do parku, nie mam przyjaciół nikt mnie nie kocha i ja też nie umiem nikogo kochać...


        później na spokojnie, to się strasznie przeraziłam ..siebie..
        niby leki opanowują nerwicę i depresję, ale nie uczą akceptacji i miłości
        • ding_yun Re: To ja się przyznam 10.09.08, 16:13
          bunny.tsukino napisała:

          > Pamiętacie sytuacje z zoo?? Jak mała Aurelia z mamą miały iść do
          zoo i same
          > wiecie jak to się skończyło...
          > Ja zrobiłam tak samo- tylko że zamiast zoo miał być park, powód
          zimnej
          > wścieklizny but włożony z impetem przez dziecię do kałuży -myśl
          będzie chory,
          > zrobił mi to na złość, nienawidzę go.., nic mi się nie udaję,
          nawet głupi wypad
          > do parku, nie mam przyjaciół nikt mnie nie kocha i ja też nie
          umiem nikogo koch
          > ać...
          >
          >
          > później na spokojnie, to się strasznie przeraziłam ..siebie..
          > niby leki opanowują nerwicę i depresję, ale nie uczą akceptacji i
          miłości
          >
          >

          Myślę, że takie momenty bezsilnej wściekłości i przerażenia samym
          sobą zdarzają się każdemu, bez względu na stopień podobieństwa do
          Ewy. Pamiętam jak byłam mała, miałam może z 6 lat i moi rodzice
          pokłócili się rano przed wyjściem do pracy. Tata wyszedł trzaskając
          drzwiami a ja pobiegłam do mamy, żeby ją pocieszyć. Krzyknęła wtedy
          na mnie, żebym ją zostawiła w spokoju i poszła sobie - myślę, że
          przydarzyło jej się właśnie coś podobnego, nie umiała sobie poradzić
          ze swoimi kłopotami i chwilowo skupiło się to na mnie. Tego samego
          dnia przyszła po mnie do szkoły i przeprosiła mnie za to co zrobiła,
          zupełnie jakbym była dorosłą osobą, poszłyśmy razem na długi spacer
          i już wszystko było dobrze, dzieci szybko wybaczają. Dopiero po
          latach moja mama powiedziała mi, jak bardzo przeraziła się wtedy
          własnej reakcji - ja tą historię właściwie słabo już pamiętałam.
          Także Bunny - to naprawdę każdemu może się zdarzyć. Nie wiem czy ten
          post wypadł krzepiąco, ale taki miał być w założeniu :)
        • kochanica-francuza Re: To ja się przyznam 30.09.08, 21:33

          > później na spokojnie, to się strasznie przeraziłam ..siebie..
          > niby leki opanowują nerwicę i depresję, ale nie uczą akceptacji i miłości

          Tego to powinni uczyć terapeuci. Ale jakżeby mogli, skoro sami pacjentów
          traktują jak ludzi drugiej kategorii.
    • mmaupa Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 10.09.08, 11:11
      Z Ewa laczy mnie tylko upodobanie do minimalistycznych wnetrz i abstrakcyjnych
      obrazow. Niestety piekny stol ze szkla i stali nie wyglada godnie pod stertami
      papierow, spinek do wlosow, kabli i kubkow po herbacie - moj tryb zycia
      zdecydowanie zle wspolgra z wyrafinowanym minimalizmem.
      • dakota77 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 10.09.08, 13:43
        Skad to znam:-). Ma dwa stoly ze szkla i stali, co prawda nie mij wybor, bo w
        wynajetym mieszkaniu, i zwykle tez sa oblozone papierami i kubkami;-)
        • verdana Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 10.09.08, 14:05
          Jeden z najpiekniejszych dni mego zycia? Dziecko stłuklo sloikiem
          majonezu szklany stolik.
    • kalina81 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 10.09.08, 20:00
      Ja widzę w Ewie (mało to prawdopodobne, bo w czasach powstawania książki nie
      słyszano o tej chorobie, ale jakoś mi pasuje) osobę z zaburzeniami łaknienia.
      Zawsze elegancka, zawsze dążąca do perfekcyjnego opanowania emocji. Anorektyczki
      dążą do perfekcji ciała i ducha, pedantyczne, świetne w nauce, pragnące mieć
      pełną kontrolę nad własnym życiem, wciąż z siebie niezadowolone, wciąż widzące
      pogardę w stosunku do siebie w oczach innych ludzi. Jej-Ewy obsesyjne próby
      karmienia dziecka, zdobywanie najlepszej jakości jedzenia, anorektyczki
      uwielbiają karmić rodzinę, gotować dla nich, znają doskonale wszelkie dane na
      temat każdego produktu spożywczego. Są to osoby, które krzyczą całą sobą o
      uwagę, ciepło, pomoc, ale zewnętrznie nie są w stanie wykonać kroku w stronę
      drugiego człowieka. Dążą do perfekcji i mają nadzieję budzić podziw po jej
      osiągnięciu, ale zaburzony sposób postrzegania istoty perfekcji sprawia, że z
      tym podziwem się nie spotykają, prowadzi to do narzucania sobie jeszcze bardziej
      restrykcyjnych nakazów. Przede wszystkim osoby nielubiące i nieakceptujące
      siebie. Ja autentycznie widzę w Ewie objawy tego zaburzenia.
      • ginestra Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 11.09.08, 16:06
        Hipoteza z anoreksją i mnie wydaje się prawdopodobna, zwłaszcza tak, jak to
        opisałaś, Kalino - bardzo trafnie i spójnie, rzeczywiście pasuje to wszystko do
        Ewy. Ja tego nie zauważyłam.

        Tak czy owak anoreksja wyrasta na podłożu problemów z rodziny pierwotnej, a więc
        wszystkie nasze myśli krążą wokół tego, że u Ewy w dzieciństwie nie było różowo.
        Anoreksja to takie powolne samobójstwo, komunikat: "nie chcę żyć", a dyktuje to
        nieświadomość. Taka osoba ze wszystkim zmaga się w samotności - tak jak Ewa.
        Rzeczywiście dramatyczne. Mam nadzieję, że postać Ewy jest wymyślona, a nie tyle
        wzorowana na żywej osobie, która nie otrzymała pomocy i miała podobne losy do
        Ewy. Ale przecież w rzeczywistości jest więcej takich osób. Dobrze, że i
        świadomość problemu jest coraz większa.
        • anutek115 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 11.09.08, 19:33
          Bardzo rozsądna koncepcja, Kalino, nie zauważyłam podobieństwa, a znam dwie
          anorektyczki... i ona takie właśnie są. Nawet śmierć Ewy tu pasuje, mam takie
          wrażenie (wymyśliłam sobie, bo pasowało mi do postaci, czy faktycznie tak było,
          ktos pamięta?), że ona ciągle chudła (rak żołądka? krtani? rak krtani bardzo
          często zdarza się osobom, które tłumia uczucia i nie mówią o tym, co je boli,
          takim właśnie stłumionym i porządnym), aż w końcu po prostu zniknęła. Tym
          niemniej, tak jak pisała Ginestra, anorektyczki się nie biorą znikąd i
          najczęściej anoreksja=bycie DDD.
          Za to muszę stanąć w obronie Dmuchawca, którego w zasadzie raczej nie bronię.
          Jeśli w domu Ewy istniał problem alkoholowy, on mógł o tym nie wiedzieć (i to
          nie tylko dlatego, że wcale nie był wybitnym pedagogiem - a nie był i o swoich
          wychowankach niewiele w ogóle wiedział, patrz: sytuacja z Cesią i czytanymi
          "Chorobami wieku dziecięcego"). Jeśli ktoś nie jest dzieckiem alkoholika
          walającego się po rynsztokach (ja na przykład nie jestem) NIKT o tym nie wie.
          Rodzina jest ułożona, porządna, miła na oko... dziecko musiałoby się poskarżyć,
          a nigdy tego nie robi, albo musiałoby mieć np. siniaki po pobiciu, a w takich
          rodzinach nie ma. A jeszcze w latach 70-tych, gdy o problemie nie mówiono tyle,
          co teraz, zaś przekonanie o "niewywlekaniu brudów" trzymało się dzielnie... Nie.
          Myślę, że Dmuchawiec nie wiedział. Że mu się nie chciało dociekać, dlaczegóż to
          "zawsze było mu żal Ewy" to insza inszość.
          • ananke666 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 12.09.08, 00:20
            Anutku, Filifionko, obie macie rację, oczywiście, tylko że ja patrzę z troszkę innej perspektywy, nie tak całkiem realnej jak Wy. W życiu prawdziwym takie sytuacje naturalnie się zdarzają. Tylko ja jeszcze biorę pod uwagę osobę samej MM, która konstruując postać musiała o niej wiedzieć to, co my tu sobie dorabiamy. Ciężko mi wyjaśnić to nie plącząc za bardzo. Prosto z mostu - nie pasuje mi, żeby MM zrobiła postać Ewy-DDA nie uzasadniając pewnych cech jej osobowości właśnie rodziną i nie dając jej od świętych postaci jakiegoś ciepła, zrozumienia, cienia katharsis, jakiejkolwiek próby pomocy. Powstałby przekaz: "jeśli jesteś DDA, radź sobie sama, nikogo to nie obejdzie, może z wyjątkiem własnego dziecka, które najpierw wymierzy ci kopniaka ucieczką z domu i wyparciem się nazwiska", a cel, któremu przyświeca OwR stanowczo temu zaprzecza, ba, wyklucza go. Przecież Geniusia-Aurelia jest z dysfunkcyjnej rodziny, wiemy, dlaczego jest taka, jaka jest i co z tego wynikło. Ona to ciepło dostała w dużej dawce. Nikt w niej nie widzi bachora, któremu się w d... poprzewracało. Ewę dostajemy jako produkt gotowy, bez żadnego wytłumaczenia, podłoża ani usprawiedliwienia. Czuję, że gmatwam, więc - hipoteza DDA jest ciekawa i uzasadniona, tylko że wątpię, żeby MM też na nią wpadła.
            • dakota77 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 12.09.08, 05:43
              To, ze MM milaby wpasc na taka hipoteze jest raczej nierealne. Pewnie jak ktos
              tu juz napisal, zlepila rozne cechy znanych jej osob i stworzyla Ewe, nie
              zastanawiajac sie co ja tak uksztaltowalo.
            • anutek115 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 12.09.08, 08:50
              ananke666 napisała:
              Czuję, że gm
              > atwam, więc - hipoteza DDA jest ciekawa i uzasadniona, tylko że wątpię, żeby MM
              > też na nią wpadła.
              Nie, wcale się nie gmatwasz :-), i tak patrząc na sprawę, masz oczywiście
              rację. My tu w ogóle dogrzebujemy się koncepcji, które, jak mniemam, MM w głowie
              nie postały - a to Gabę na terapię małżeńską posyłamy, a to Laura się za mało
              buntuje ;-). Ale aktycznie, DDA do koncepcji powieści nie pasuje, i Ewa
              faktycznie stworzona jest pewnie na wzór paru sklejonych "dysfunkcyjnych"
              postaci znanych pewnie pani MM... bez dociekania, czemu były dysfunkcyjne. Na
              początku "Opium..." jest w dedykacji podziękowanie za historyjkę - pewnie
              właśnie historyjkę o autentycznym dziecku, które "pod pseudonimem" chadzało na
              obiadki. Trzeba było dziecku dorobić jakiś powód tego chodzenia - i powstała
              Ewa. Jako zimne tło dla złaknionego uczucia dzieciątka. Trochę szkoda...
    • minerwamcg Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 11.09.08, 19:15
      Ja nie odnajduję. Odnajduję za to mamusię Kopiec Arlety :) Jestem
      gruba, wesoła i mam połamane paznokcie :)))
      No, przesadzam, tych połamanych paznokci nie, piłuję na krótko, a
      poza tym mi się nie łamią. Mocne takie.
      Kapuśniak z kartoflami ugotować umiem, pranie jakieś ciągle wisi,
      chociaż nie w kuchni, tylko w łazience. Jedna bieda, że chwilowo nie
      mam dzieci, które mogłyby wrzeszczeć i nazywać się Krystal, Paskal i
      Arleta. Nawiasem mówiąc te imionka to po moim trupie :))) Dzieci
      natomiast mogą być.
      • ananke666 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 11.09.08, 23:48
        Wychodzi na to, że jestem jeszcze podobniejsza :p bo i suszarka na pranie stoi w kuchni (w łazience miejsca nie przewidziano), paznokcie mam krótkie ze względu na mikrą córkę, dziecko jak widać mam, a kapuśniak z kartoflami umiem ugotować pyszny :D jakby ktoś chciał, służę przepisem ;)
        • ananke666 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 11.09.08, 23:53
          No dobra, gruba nie jestem, ale akurat w pierwszym dniu damskiej farbiarni, mam wrażenie, że zatrzymałam hektolitry wody i czuję się jak słonica :p też tak miewacie? Albo PMS? Dziś miałam szaloną chęć pieprz... to jest, przepraszam, rzucić... właśnie przyrządzanym schabem ze śliwkami w ścianę, albowiem nitka mi przy owiązywaniu pękła. Obwiązać trzeba, bo inaczej schab się sfajda. Nie rzuciłam, na szczęście, bo jak się potem okazało, schab wyszedł palce lizać, ale wizja była tak kusząca...
        • mmaupa Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 12.09.08, 00:23
          Poprosze przepis! Zawsze mi kapusniak wychodzi za rzadki, to jedyna zupa do
          ktorej nie mam szczescia.
          • ananke666 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 12.09.08, 02:18
            Jutro napiszę :) W przypływie szaleństwa stworzyłam wpis na blogu i ledwo widzę na oko.
            • ananke666 KAPUŚNIAK 12.09.08, 11:40
              Uprzedzam, że jest to dość kaloryczna potrawa. Ale ja ją i tak uwielbiam.
              Skład:
              mięsko z gnatem (zwykle robię na wieprzowinie, wołowina obok mojego domu praktycznie nie występuje)
              włoszczyzna (duża porcja, marchewka, pietruszka, seler - korzeń i nać, cebulka)
              liście laurowe
              ziele angielskie
              pieprz ziarnisty
              jeśli ktoś chce i lubi - kminek (nie jest wcale konieczny)
              spory suszony grzyb
              ok. pół kilo kapusty kiszonej (porcja na ok. 2,5 litra zupy)
              ziemniaki
              smalec
              chudszy wędzony boczek (nie wiem ile. Jeśli boczek jest spory w przekroju, to gruby na ok. półtora centymetra plaster).
              cebula
              odrobina mąki
              sól, pieprz

              Z mięsa, włoszczyzny, soli, grzyba i przypraw powoli gotujemy mocny wywar. (Niektórzy najpierw grzyba moczą i gotują, robimy jak uważamy). Można go wspomóc wołowym rosołkiem. Nie powinien być zbyt słony, bo kapusta wzmocni smak a i wędzonka zawiera sól, ostatecznie soli się go na końcu. Wywaru powinno być sporo, bo część zużyjemy inaczej.
              Wrzucamy pokrojone w kostkę ziemniaczki. Nie wiem ile, zawsze walę na oko. Tyle, ile lubimy. I niech się powolutku gotują. Wyjmujemy ugotowane mięso i włoszczyznę, która dała już z siebie wszystko i niepotrzebnie zajmuje miejsce w garnku, zostawiam tylko marchewkę, bo lubię.
              Kapustę trzeba porządnie odcisnąć, pokroić i obsmażyć na patelni (jeśli jest bardzo kwaśna, można ją wcześniej przepłukać pod wodą). Tłuszczu dodajemy po troszku, bo kapusta sporo go chłonie, więc trzeba ją też podlewać wywarem - dlatego większa ilość się przydaje :) Niestety, trzeba ciągle mieszać i "pocierać" kapustą o dno patelni, pojedyncze włókna łatwo przypalić. Kapusta normalnie jest blada, z patelni powinna zejść beżowa. Po obsmażeniu i podlewaniu ziemniaczki powinny być miękkie i kapusta ląduje w garnku. Całość niech sobie pyrka pod przykryciem. Ziemniaki nie rozgotują się przesadnie, bo jak wiadomo, z jakichś przyczyn nie robią tego za szybko w kwaśnym środowisku. (Kto chce, dodaje kminku) Patelnię myjemy, bo jeszcze będzie potrzebna. Gotujemy czas jakiś, próbując, czy dość kwaśne. Jeśli nie, dolewamy po trochu kwasu kapuścianego. Przez ten czas ugotowane mięso zdążyło ostygnąć, więc można je oddzielić od kości i wrzucić z powrotem. Kość, jak mniemam, jest już niepotrzebna i można ją przekazać psu albo wyrzucić.
              Boczek kroimy, starannie oddzielając mięso od tłuszczu (mam na tym tle obsesję, bo nienawidzę tłustego). Mięsko kroimy w kostkę, a szaleńcy w drobniutką kosteczkę kroją także tłuszcz z boczku i wytapiają z niego skwareczki. Na nich ląduje pokrojona dość drobno średnio duża cebula, a kiedy się zeszkli, także boczkowe mięsko. Smażymy do chwili, aż cebula i boczek będą rumiane, pozbywamy się nadmiaru tłuszczu, powinno go zostać malutko, po czym podlewamy łyżką wywaru i od razu mieszamy - wlany wywar ma od razu ostro zabulgotać i zrobić się także rumiany, wlewamy całość do kapuśniaku. I niech sobie mruga z kwadrans, a my, spróbowawszy, czy dość słone, po raz trzeci zużytkujemy patelnię. Rozgrzewamy z pół łyżki smalcu (może ciut więcej, nie wiem ile, na oko!) i ok. łyżeczki mąki (też sypię na oko... znaczy, na patelnię) robimy jasnozłotą zasmażkę, po czym podlewamy ją kapuśniakiem - najpierw dodajemy tego kapuśniaku z łyżkę, mieszamy, potem znowu dolewamy więcej i tak kilka razy... zasmażki powinno być mało, bo podlewana rośnie jak szalona. Nie wlewać od razu za dużo, bo zrobią się brzydkie grudki, tylko dopiero, jak pierwsza wlewka ładnie się połączy . Celem jest uzyskanie rzadkiego, gładkiego sosu. Ewentualne farfocle kapuściane są bez znaczenia. Rozcieńczony ląduje w zupie na kilka minut mrugania. Przyprawiamy kapuśniak świeżo zmielonym pieprzem i to już koniec.


              Jeśli wszystko się uda, to ze świeżym chlebkiem zupa jest warta grzechu :) Jak widać, wymaga sporo sterczenia przy kuchni, więc jeśli ktoś chce się mniej narobić, a dać ukochanemu coś dobrego, co zapcha go do wypęku, niech poda ŻUREK W CHLEBIE.
              • ananke666 ŻUREK W CHLEBIE 12.09.08, 11:41
                kiełbasa biala i wędzona
                chudy boczek wędzony
                liście laurowe, ziele angielskie i pieprz
                majeranek
                czosnek
                żurek (najlepiej w słoiku, moim zdaniem najlepszy "Rolnik")
                jajka na twardo (po 2 na osobę)
                okrągły ciemny chleb (po 1 na osobę)
                ew. troszkę śmietany

                Na kiełbasie i pokrojonych chudych częściach boczku ugotować wywar z zielem, listkiem i pieprzem (wariaci dodają włoszczyznę, którą potem się wyrzuca, ale można sobie darować, ew. dodać rosołku). Wwalić w to żurek zmiażdżony z solą ząbek czosnku i poczekać, aż się elegancko rozgotuje, dodać majeranek i przy końcu gotowania zaprawić śmietaną. Powinien wyjść dość zawiesisty. Jeśli ktoś nigdy nie robił prawdziwego żuru z mąki żytniej, to uprzedzam, że smakuje zupełnie inaczej, niż taki z torebki.

                Od chlebów odkroić czapeczki i wydrążyć bochenki, aby powstały miski o grubych ściankach. Przykryć je czapeczkami i wsadzić do gorącego piekarnika na kilka minut. Kiedy wierzch jest gorący i chrupiący, wyjąć chlebki i położyć każdy na dużym, płaskim talerzu, zdjąć czapeczki, napełnić bochenki gorącą zupą, kiełbaską, boczkiem i cząstkami jajek. Przykryć czapeczkami i podawać.
                Wygląda zaskakująco, chrupkimi czapeczkami się zagryza, żur łączy się z ciemnym miąższem chlebowych misek, smakuje pysznie i zapycha po uszy. Po fakcie zostają poobgryzane z góry chlebowe miski. Jeszcze nie widziałam, żeby ktoś zeżarł całość.
                • minerwamcg Re: ŻUREK W CHLEBIE 12.09.08, 11:47
                  > Po fakcie zostają poobgryzane z góry chlebowe miski. Jeszcze nie
                  > widziałam, żeby ktoś zeżarł całość.

                  No właśnie to mnie zniechęca, nie uznaję wyrzucania chleba... Gdyby
                  istniał jakiś sposób na spożycie miseczek, byłoby to zapewne moje
                  ulubione danie.
                  • ananke666 Re: ŻUREK W CHLEBIE 12.09.08, 11:59
                    Chleb można dać psu (dodać do karmy) albo rozkruszyć i nakarmić nim ptaki :)
                    • kaliope3 Re: ŻUREK W CHLEBIE 12.09.08, 12:45
                      Świetny przepis,bardzo dokładny i obrazowy. Widać od razu że bardzo
                      lubisz gotować i robisz to rewelacyjnie-pozostaje mi westchnąć z
                      podziwem
                      • ananke666 Re: ŻUREK W CHLEBIE 12.09.08, 13:39
                        Szczerze, to jest odwrotnie. Nie przepadam za siedzeniem w kuchni, może dlatego, że gotowałam przymusowo od ok. 12. roku życia i zdążyło mi to dokładnie obrzydnąć, jak się ma 13-18 latek to jest sto rzeczy ciekawszych niż codzienne obowiązkowe sterczenie w kuchni, przestałam jak miałam latek 20 i apiać zaczęłam kilka lat później. Czasem faktycznie mam chęć popitrasić, ale zwykle niezbyt. Oprócz kilkunastu ulubionych dań raz mi coś wyjdzie, a raz nie. Wczorajszy schabik udał się na przykład i jest radośnie wciągany z chlebkiem oraz sałatką, ale nieco wcześniej leczo zasiedziało się na kuchence i zamieniło w paciagę.
                        Przyznać mogę tylko, że są dania, które najlepiej smakują mi własnoręcznie zrobione.
                    • minerwamcg Re: ŻUREK W CHLEBIE 12.09.08, 16:02
                      > Chleb można dać psu (dodać do karmy) albo rozkruszyć i nakarmić
                      nim ptaki :)

                      Takoż kury lub prosięta :) Niestety, kur ani prosiaków nie mam, a
                      karmienie ptaków jest na naszym osiedlu uważane za zbrodnię okropną
                      :(

                      Wniosek - żurek w chlebie robić na wakacjach :) Albo sadzać przy
                      jednej porcji dwa wołoduchy...
          • kaliope3 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 12.09.08, 07:58
            Ja też skorzystam chętnie z przepisu.Zawsze bardzo lubiłam tę zupę,
            jedyny szkopuł w tym,że podczas gotowania zapachy wyganiają
            domowników precz.Że też nie opatentowano jeszcze garnka
            pochłaniającego wszelkie wonie podczas gotowania-w mieszkaniu byłby
            taki wynalazek jak znalazł
            • ananke666 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 12.09.08, 11:42
              O woni milczę, udając, że problem nie istnieje. Podobno rezultat daje położenie na wierzchu kapusty kromki chleba, moim zdaniem to kit, i tak śmierdzi w całym mieszkaniu...
              • verdana Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 12.09.08, 19:56
                A ja tam lubię zapach gotowanej kapusty.
                • ananke666 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 12.09.08, 23:41
                  Zboczuch :)

                  Ja nie cierpię, chociaż i tak wolę wąchać kapustę niż gotowany kalafior albo wstępną fazę gotowania flaków. Przy flakach się ewakuowałam na kilka godzin.

                  Niedawny smród w moim wykonaniu - bitki z wieprzowej szynki duszone w piwie. Danie naprawdę smaczne, tylko strasznie woniejące w trakcie produkcji. Latałam po mieszkaniu otwierając co się dało i kapiąc olejkami eterycznymi. Następnym razem będę mądrzejsza i zamknę drzwi od kuchni, jednocześnie szeroko otwierając okno. Zaprawdę powiadam Wam, waliło jak z meliny.
                  • jamniczysko Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 13.09.08, 00:36
                    Czyli, jak ta "woń nie do opisania", która waliła zza drzwi
                    mieszkania, mijanego przez Ewę Jedwabińską po drodze do mieszkania
                    Lelujków...
                    • ananke666 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 13.09.08, 00:54
                      O to to!
        • czekolada72 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 31.01.09, 11:31
          To ze mna jeszcze chyba gorzej - suszarka w zimie laduje w pokoju,
          gdyz tam znajduje sie najwiekszy piec i przez nioc "zalatwia" całe
          pranko :)
          (w lecie wszystko wyjezdza na balkon)
          gruba moze nie jestem, ale predzej mi w strone Pulpecika, niz
          omawianej Ewy :)
          gotowac uwielbiam, niestety tryb pracy powoduje, ze ostatnio
          wszystko leci na pol-gwizdka.
          Paznokcie mam krotkie, bo zwlaszcza zima i wiosna mam przemarne,
          mimo specyfikow lamia sie jak diabli, dopiero latem jakos sie
          wzmacniaja i moge juz takie poldlugie malowac na wszystkie kolory
          dostepne :)
          a, dzieciatko posiadam, na szczescie juz nieco wyrosniete :)
          na moje szczescie oczywiscie ;)
    • miecia007 Ewa Jedwabińska to ja! 13.09.08, 12:16
      Rozpoznaję w sobię bardzo dużo z Ewy.Jestem zimna jak sopel lodu /
      na szczęście dzieci nie mam, więc nikogo nie infekuję tym zimnem/,
      związki damsko-męskie mi raczej nie wychodzą,najlepiej czuję się w
      swoim towarzystwie, perfekcjonistka, lubię, jak wszystko jest
      poukładane i uporządkowane/ale to teoria, praktyka raczej wychodzi
      mizernie/, emocję duszę w sobie, nie lubię publicznego roztrząsania
      wewnętrznych stanów i rozterek /chociaż wśród przyjaciół mam takie
      bardzo "otwarte" osoby/Swoją "jedwabinskość", traktuję z dystansem i
      lekkim poczuciem humoru, chyba ją nawet trochę lubię. Czy tak żyje
      się łatwiej czy trudniej - nie wiem, myślę, że nie ma jednej recepty
      na udane życie. Natomiast do pasji doprowadzają mnie osoby, często
      zupełnie mi obce, które protekcjonalnym tonem głoszą życiowe prawdy,
      że trzeba otworzyć sie na innych, nie bać się bliskości itd.
      Oczywiście, mają częściowo rację, ale to poczucie wyższości, ta mina
      osoby , która-wie-o-życiu-wszystko. Brrr.......
      • lan-ja Re: Ewa Jedwabińska to ja! 13.09.08, 14:30
        Ja akurat może nie jestem zimna, jak Ewa, ale też nie tak otwarta
        jak Borejki. I wkurzają mnie ludzie, którzy wywlekają swoje problemy
        z ekshibicjonistycznym zacięciem. Trzeba się otwierać -ale nie przy
        każdym.
        • sowca Re: Ewa Jedwabińska to ja! 14.09.08, 00:19
          Wydaje mi się, że nie mam w sobie za wiele z Ewy. Nie jestem
          perfekcjonistką, nie jestem przesadnie ambitna, nie jestem zimna i
          sztywna. Natomiast niestety, niestety - ja też zyję w chronicznym
          napięciu. Może teraz mniej niż kiedyś, ale bywają okresy, kiedy nie
          mogę wyzwolić się z ciągłego stresu, nie potrafię się wyciszyć,
          uspokoić i wyluzować. I wbrew pozorom nie dzieje się tak w chwilach
          uzasadnionych (np. w czasie sesji). Nie. Po prostu tak mam. Tego
          supła w żołądku niemal nigdy nie potrafię rozwiązać.
          Całe szczęście, że powoli sobie z tym radzę. I przede wszystkim nie
          ukrywam emocji - wykrzyczę, wypłaczę, wygadam. I jest lepiej :)
    • nessie-jp Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 31.01.09, 16:02
      Czy Ewa nie reagowała przypadkiem mdłościami i panicznym lękiem na szpital, gdy
      zmuszono ją do odwiedzin Dmuchawca? To bardzo pasuje do obrazu kogoś, kto w
      dzieciństwie widział umieranie w szpitalu bliskiej osoby.

      Z Ewą bardzo się identyfikuję, chociaż powierzchownie też bardziej przypominam
      Mamę Kopiec
      • wushum Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 31.01.09, 22:44
        Witam.
        Może odrobinę zamknięcia w sobie - bo lubię obserwować, ale to chyba tyle.
        Natomiast miałam taką nauczycielkę-wychowawczynię, była połączeniem Ewy i
        Pieroga. Kiedy czytałam o Kresce i Ewie, to brzmiało tak znajomo. Te teksty "nie
        będę wymieniać z nazwiska, "...." wstań jak do Ciebie mówię", rewizje rzeczy,
        upokorzenia, pretensje o spojrzenie, czy co 1 września zapowiedź, że w tym roku
        nie przejdziesz... ale przyznam, że było mi jej żal. Nie miałam pojęcia, co
        miała do mnie, ale wiedziałam, że ma duże problemy ze sobą. Wydawała mi się
        samotną, zasznurowaną kobietą, która nie potrafi inaczej. Nawet zastanawiałam
        się, czy nie przypominam jej, jej samej z dzieciństwa i że być może ona chciała
        mnie "zahartować"? Ale może tak mi się wydawało. Może przypominałam jej kogoś,
        kogo nie lubiła. Ale to było dawno /na szczęście:)/.
        • mamalilki Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 31.01.09, 22:59
          Ja mialam takiego nauczyciela na studiach. Do dzis nie wiem co do mnie mial ale
          mnie nienawidzil. I tez na porzadku dziennym bylo ze jestem tepa, leniwa, ze nie
          zdam egzaminu, ze nie moze na mnie patrzec. Rzucilam tamte studia, bo to byl
          drugi kierunek i nie mialam na to sily. Ale wracajac do Ewy to ona tak nie
          traktuje Kreski? W kazdym razie nie pamietam.
          Zgodzilabym sie ze Kreska jej kogos przypomina. Kogos kto jest ucielesnieniem
          tego, czego nie lubi. Moze przypomina jej wlasnie te leniwe niedbale uczennice,
          ktore lubili nauczyciele? Może jej nie znosi, bo sama nigdy nie odwazyla sie
          wypowiadac wlasnego zdania? Bo sama nigdy nie zalozylaby recznie zrobionego
          szalika czy sukienki? Bo nie ma takiej odwagi i poczucia wlasnej wartosci jaką
          ma Kreska?
          To jeden z najprawdziwszych obrazów w Jezycjadzie: Ewa i Kreska. Dwie kobiety
          ktore sie wyniszczają, choc wlasciwie personalnie jedna do drugiej nic nie ma.
          • lan-ja Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 01.02.09, 22:42
            A nie bylo tak, że Kreska była na czarnej liście u Ewy, jako dziecko
            internowanych (lub aresztowanych). Lelujka podobnież.
            • kaliope3 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 01.02.09, 22:44
              Nie,nie było tak.Wystarczy uważnie przeczytać.
              • madame-bovary Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 11:59
                Czemu tak opryskliwie?.. Widocznie ja też nieuważnie czytałam (mimo, że "Opium" jest moją ukochaną ksiązką serii i śmiem twierdzić, że znam ją bardzo dobrze!), bo też wyczuwałam że Ewę do szewskiej pasji doprowadzało także i to, że Kreska - nonkonformistka z natury (czego chyba skrycie jej zazdrościła) jest córką internowanych opozycjonistów i trzyma się blisko Lelujki, którego ojciec miał niepodległościowe poglądy.
                • madame-bovary Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 12:06
                  Sugerować to może również dość przejrzysta scena w której Jedwabińska wydaje polecenie napisania eseju" pt. "Co wiem o swoich rodzicach". Przecież mogłoby być to sformułowane trochę inaczej, gdyby w założeniu autorki nie miało budzić skojarzeń z ubeckimi metodami. Chyba, że ta scena ma ukazać li tylko monstrualny brak wyczucia nauczycielki... No, i do tego dochodzi lizydupstwo w kontaktach z- nielubianym przez nią chyba - Pierogiem.
                  Nie twierdzę, że że Ewa była zagorzałą zwolenniczką PZPR, ale oportunistką na pewno. I na pewno też nie popierała solidarnościowego zrywu. Tak to widzę.
                  • mmaupa Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 13:07
                    A ja wlasnie inaczej odbieram te scene - zdanie: Krechowicz, znam sytuacje
                    twoich rodzicow (czy jak to tam lecialo) odbieram jako okolicznosci lagodzace
                    dla Kreski. Cos w stylu "nie musisz o tym aspekcie pisac, nie interesuje mnie
                    polityczny punkt widzenia".
                • taria Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 13:25
                  Po pierwsze, nie sądzę, żeby Jedwabińska wiedziała, że Kreska jest
                  córką opozycjonistów. Dziadek przeniósł Kreskę do Poznania również
                  po to, aby ułatwić jej naukę. W nowym środowisku, w którym nazwisko
                  Krechowicz niewiele mówi, miało jej być łatwiej niż we Wrocławiu.
                  Gdyby Ewa wiedziała o opozycyjnej przeszłości rodziców Kreski, ba:
                  gdyby w ogóle od początku interesowała się opiekunami swoich
                  uczniów, orientowałaby się przynajmniej, że Kreska mieszka z
                  Dmuchawcem. Potwierdzeniem tego jest wyprawa Ewy do mieszkania
                  Lelujków. Spodziewała się tam zastać ojca Jacka (widziała go nawet w
                  żulu stojącym przy zsypie), aby porozmawiać z nim o braku
                  zdyscyplinowania syna. Z tej rozmowy wynika niezbicie, że przyczyn
                  jego zachowania upatruje w nieokreślonych błędach wychowawczych
                  rodziców,
                  nie poglądach politycznych rodziny.
                  "Odkrycie kart" następuje w momencie, gdy Ewa zarządza test
                  pt "Co wiem o swoich rodzicach". Ewa traktuje je jako część jej
                  psychologicznych badań nad młodzieżą i wprawkę z autoanalizy. Kreska
                  i Lelujka - nauczeni
                  doświadczeniem własnych rodzin, które zapewne były inwigilowane
                  przez wiadome służby - odbierają to jako zachętę do "kablowania" i
                  reagują zdecydowanym oburzeniem.
                  Nie widzę tu wyraźnej złej woli Ewy, tylko kompletną nieumiejętność
                  wczucia się w sytuację uczniów i oburzenie tym, że ośmielają się
                  sprzeciwić nauczycielowi i nie spełnić jego polecenia.

                  Konflikt między Ewą a Kreską wynika z drastycznych różnic w
                  podejściu do życia i świata obu kobiet. Ewa w swoim credo życiowym
                  ma podporządkowywanie się władzy i autoryretom. Nie z konformizmu
                  (czyli postawy robienia wszystkiego dla własnej korzyści), tylko z
                  wewnętrznej potrzeby uporządkowywania świata, przekonania o
                  konieczności istnienia hierarchii podległości.
                  Kreska natomiast ma naturę buntownika, osoby która musi na własnej
                  skórze poznać konsekwencje pewnych działań, zamiast zgodzi się na
                  istnienie pewnych ograniczeń.
                  Zasady, których w życiu trzyma się Ewa, pochodzą z zewnątrz, te,
                  które uznaje Kreska, są pochodną jej wewnętrznych przemyśleń.
                  Stąd Kreska jawi się, paradoksalnie, bardziej dojrzałą osobą, niż
                  Jedwabińska.
                  Sądzę że konflikt pomiędzy nimi jest nieunikniony i ma niewielki
                  związek z sytuacją socjopolityczną kraju i w "dzisiejszych czasach"
                  byłby zapewne dużo silniejszy.
                  • lan-ja Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 14:02
                    Cytuję "Sprawę jej rodziców znam od dawna"
                    Typowy, ubecki tekst "My i tak wszystko wiemy". Kreska i Lelujka
                    odebrali to jednoznacznie jako pisanie donosu. A potem -może dom
                    dziecka jako szykana. Były też i takie sytuacje w stanie wojennym.
                    No a lizusostwo wobec Pieroga opłaciło się awansem na wicedyrektora.
                    Oczywiście wrażliwa ewa przypłaciła to stresem, w efekcie rozpad
                    małżeństwa (ciekawe jak z Eugeniuszem w łóżku było?). A na koniec
                    przedwczesna śmierć.
                    Dziewczyny -dzięki za obronę. Niektóre to Dmuchawcowi ankietę
                    wytykają,ale Ewie już niekoniecznie.
                    • nessie-jp Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 14:26
                      lan-ja napisała:

                      > Cytuję "Sprawę jej rodziców znam od dawna"
                      > Typowy, ubecki tekst "My i tak wszystko wiemy".

                      Ależ skąd! Wybacz, ale to ja mogę ci powiedzieć "Typowy tekst młodzika z IPN-u,
                      który wszędzie tropi wyimaginowanych ubeków" :P

                      Wygłupiam się, oczywiście.

                      Ewa, mówiąc, że zna sprawę rodziców Kreski, tak naprawdę NIE ZNA sprawy
                      • anutek115 Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 14:40
                        nessie-jp napisała:

                        > lan-ja napisała:
                        >
                        > > Cytuję "Sprawę jej rodziców znam od dawna"
                        > > Typowy, ubecki tekst "My i tak wszystko wiemy".
                        >
                        > Ależ skąd! Wybacz, ale to ja mogę ci powiedzieć "Typowy tekst młodzika z IPN-u,
                        > który wszędzie tropi wyimaginowanych ubeków" :P

                        Ach, droga Nessie. Kobieca intuicja mi mówi, że w tym wypadku nie młodzika ;-)...

                        Ale nie zapominaj, że Ewa jest na samym
                        > dole porządku dziobania i Pieróg jej nic nie mówi, Pieróg jej wydaje rozkazy i
                        > wrzeszczy, jeśli coś (jego zdaniem) zagraża ładowi szkoły.
                        >
                        Oportunistka, może. Ale i to nie do konca - czy gdyby była oportunistką ubrałaby
                        się w tę fioletową bluzeczkę w dniu, gdy wszyscy do szkoły szli na fioletowo?

                        Identyczną ankietę z identyczną awanturą próbowała na mojej klasie wymóc niemal
                        identyczna wychowawczyni (niemal identyczne w kwestii podejscia do uczniów i
                        slepej wiary w "osiągnięcia pedagogiki") ładnych parę lat po stanie wojennym.
                        Odebrane przez buntującą się klasę zostało to jako gigantyczne wścibstwo, którym
                        - teraz to widzę - nie było. Było tym, co u Ewy - próbą poznania własnych
                        uczniów przy zastosowaniu fatalnie nie dobranych środków. Ewa, jak i moja
                        wychowawczyni, zadały temat ankiety we własnym mniemaniu całkiem niewinny. Moja
                        wychowawczyni stosowała jeszcze zatrzymania po lekcjach na "przyjacielskie
                        rozmowy", podczas których podejmowała próby wypytania o konatkty rodzinne,
                        konflikty... Nie mogło to miec żadnego podtekstu politycznego (i u Ewy też nie
                        miało, jak sądzę). Po prostu są tacy nauczyciele, żałośnie pogubieni w zawodzie,
                        który wykonują, próbujący dotrzeć do uczniów stosując jakieś regułki i gubiąc
                        się natychmiast, jesli regułki zawiodą (a zawsze zawodzą), przekonani o własnej
                        wyższści (intelektualnej, moralnej, jakiejkolwiek) i po prostu nie lubiący
                        swoich uczniów...
                        • lezbobimbo Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 17:59
                          Ewa starala sie po prostu robic to samo co Dmuchawiec. On robil co chwila jakies
                          ankiety (a potem pastwil sie nad odpowiedziami, które mu sie nie podobaly) wiec
                          ona tez chciala to czynic. Mimo, ze go nie lubila, zazdroscila mu kontaktu z
                          uczniami i tez to chciala osiagnac. A jak? Nasladujac.
                          Podteksty polityczne wyolbrzymila Kreska z Lelujka, bo sie zupelnie z Ewa nie
                          rozumieja (w tym momencie przynajmniej). Ewa chce tylko psychologicznie poznac
                          swoich uczniów, i wlasciwie nie obchodzi ja polityka - nie dosc, ze nie wyczuwa,
                          ze ktos móglby ankiete w stanie wojennym odebrac jako donos na wlasna rodzine,
                          to tez nie przeszkadza jej specjalnie, ze cala klasa sie tryumfalnie przebiera w
                          kolory protestu - wytknac to musi dopiero oburzony Pieróg, a Ewa dalej tkwi w
                          swoim szklanym pudelku, z notesem pelnym nie donosów tylko mysli Fromma. Ona
                          chce byc dobrym pedagogiem i rodzicem, tylko jej to nie wychodzi. Te "dobre"
                          rodziny, do których w koncu trafia szukajac Aurelii, nie maja nic przeciwko
                          niej, a mieliby przeciez, gdyby byla czerwono-oka BMW partyjna. MM bardziej
                          opisuje jej bezowe antymacierzynstwo, brak wyluzowania i brak "przytulnosci"
                          pedagogicznej niz cokolczyk inszego.

                  • madame-bovary Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 14:37
                    taria napisała:


                    > Nie widzę tu wyraźnej złej woli Ewy, tylko kompletną nieumiejętność
                    > wczucia się w sytuację uczniów i oburzenie tym, że ośmielają się
                    > sprzeciwić nauczycielowi i nie spełnić jego polecenia.
                    >
                    > Konflikt między Ewą a Kreską wynika z drastycznych różnic w
                    > podejściu do życia i świata obu kobiet. Ewa w swoim credo życiowym
                    > ma podporządkowywanie się władzy i autoryretom. Nie z konformizmu
                    > (czyli postawy robienia wszystkiego dla własnej korzyści), tylko z
                    > wewnętrznej potrzeby uporządkowywania świata, przekonania o
                    > konieczności istnienia hierarchii podległości.
                    > Kreska natomiast ma naturę buntownika, osoby która musi na własnej
                    > skórze poznać konsekwencje pewnych działań, zamiast zgodzi się na
                    > istnienie pewnych ograniczeń.
                    > Zasady, których w życiu trzyma się Ewa, pochodzą z zewnątrz, te,
                    > które uznaje Kreska, są pochodną jej wewnętrznych przemyśleń.
                    > Stąd Kreska jawi się, paradoksalnie, bardziej dojrzałą osobą, niż
                    > Jedwabińska.
                    > Sądzę że konflikt pomiędzy nimi jest nieunikniony i ma niewielki
                    > związek z sytuacją socjopolityczną kraju i w "dzisiejszych czasach"
                    > byłby zapewne dużo silniejszy.

                    Zgadzam się z tą analizą Ewy, ale mimo to wydaje mi się, że motyw "Co wiem o swoich rodzicach" mógł miec też drugie dno (a nuż coś "interesującego" wyjdzie przy okazji takiego wypracowanka).
                    No, i faktycznie postawa życiowa Ewy - mimochodem czy nie, ale zaowocowała awansem na wicedyrektora.

                    Nie uważam, żeby mogła znać wszystkie fakty z życia Kreski, bo wówczas rzeczywiście musiałaby wiedzieć, że Dmuchawiec jest jej dziadkiem, ale o samym internowaniu rodziców myslę że wiedziała.
                    • margonka Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 20:13
                      Mam trochę cech Ewy. Jestem osobą pedantyczną, ambitną, troche
                      neurotyczną, przeżywającą porażki...
                      I wcale nie jest mi dobrze byc taką, jaką jestem i dlatego wyobrażam
                      sobie niejednokrotnie, co czuła Ewa, bo mogę ją chyba troche
                      zrozumieć...
                      I mam żal do Dmuchawca, że właściwie nie starał się tak naprawdę
                      poznać Ewy. Byc może Ewa wstydziła się okazywać uczucia? A może po
                      prostu nikt jej nigdy nie okazał miłości?
                      Przyznam, że czytając Opium wzruszałam się nie tylko wyobrażając
                      sobie Geniusię szukającą Pieska. Strasznie było mi również żal i
                      niemal czułam, jak cierpi Ewa, kiedy płakała samotna w swym pokoju.
                      • mamalilki Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 21:48
                        Ewa mogla wiedziec ze Kreska jest corką internowanych opozycjonistów i myslec po
                        prostu ze mieszka u rodziny. W koncu to bylo naturalne, ze sie ladowalo u babci,
                        dziadka czy cioci. Mojej kolezanki tez nikt o nic nie pytal, wszyscy wiedzieli
                        ale czy wychowawca umialby powiedziec z kim ona mieszka, jesli nikt nie zjawial
                        sie na zebrania? Pewnie w podstawowce bardziej sie interesowano, ale w liceum to
                        wlasnie dopiero jak byla jakas afera.
                        • nessie-jp Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 21:52
                          Owszem, ale zauważ, że Ewa mówi, że sprawę "zna doskonale". A jednak nie
                          • mamalilki Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 22:36
                            Mnie sie ta ankieta wydawala zawsze smierdząca nie dlatego ze jakas popaprana
                            pani psycholog costam z niej wyczyta i mnie zdiadnozuje, tylko dlatego ze w
                            tamtych czasach roznie dobrze mozna bylo podejrzewac ze wypelniona imiennie
                            ankieta trafi prosto na biurko Pieroga a dalej tam, gdzie on uzna za stosowne. I
                            takie rzeczy sie zdarzaly, chlopaka maturzyste z mojego liceum zamkneli do
                            wiezienia bo opowiadal kolegom co wydarzylo sie w kopalni Wujek. Doniosla na
                            niego wychowawczyni a dyrektorka zawiadomila policje.
                            Na miejscu Kreski zareagowalabym identycznie, zreszta bylam w domu nauczona ze
                            sie w szkole o domu nie opowiada.
                            • mamalilki Re: Ewa Jedwabińska całkiem serio 02.02.09, 22:37
                              Pardon za te literowki, cos mi dzis nie idzie.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja