Dodaj do ulubionych

Szósta klepka - jejku, jakie to okropne...

15.12.08, 15:25
Ponieważ nie pisuję tutaj, tylko pasożytuję, czyli podczytuję :-) bardzo lubię
Wasze forum - zatem na wstępie pozdrawiam cieplutko wszystkich forumowiczów.

Co mnie skłoniło do napisania - otóż, zachęcona Waszymi zachwytami nad
pierwszymi częściami Jeżycjady, sprezentowałam sobie mikołajkowo "Szóstą
klepkę" - którą czytałam dawno temu w dzieciństwie i niewiele pamiętałam
(przez ostatnie lata czytałam na bieżąco nowe tomy Jeżycjady).

I jestem w szoku - jejku, makabra...

Mama Żakowa, która dla Was jest ideałem matki. Nie wierzę!!! Kobieta, która
zupełnie nie interesuje się tym, że jej szesnastoletnia córka, zamiast skupiać
się przede wszystkim na nauce, odwala w domu (z pomocą ciotki) robotę za
wszystkich członków licznej rodziny. A kiedy ta córka buntuje się wreszcie,
mama "zauważa w zadumie", że "nie poznaje tej Cielęcinki".

Menu obiadowe w domu: mrożone pierogi, makaron z przecierem pomidorowym, czyli
absolutnie bezwartościowe świństwo - dwa razu w tygodniu!!! jejku, przecież do
takiego makaronu można szybko zrobić najprostszy sos z jakichś warzyw:
pomidorów, papryki, cukinii, pieczarek... Wersja luksusowa obiadów: bigos,
fasolka po bretońsku, placki ziemniaczane - czyli raczej ciepłe kolacje, a nie
pełnowartościowe obiady.

I nie piszcie proszę, że nic nie można było dostać w sklepach - ja też
wychowywałam w czasach, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami, moja mama
pracowała naukowo, a w domu zawsze był pożywny i zdrowy obiad. I nie piszcie,
że to nieważne, że tak wesoło i po cygańsku jest, jak się je byle co - nie,
nieprawda, dorastające dzieci potrzebują wartościowego jedzenia.

Ta matka to dla Celestyny nie jest żadna matka, nie jest nawet
matką-koleżanką, bo z tą bufoniastą Danusią Cesia jest bliżej niż z własną
matką. To jest takie nie wiadomo-co - zajmujące się swoimi artystycznymi
wizjami i plotkujące jak nastolatka o ciuchach. Jedna poważna rozmowa z Cesią
pod koniec książki bynajmniej na ratuje obrazu tej osoby. Sorki, ale tacy
ludzie nie powinny zakładać rodziny, jeśli nie zauważają problemów swoich
dzieci i nie potrafią o te dzieci zadbać.

Tata Żak, który żartuje w rozmowie z pierwszy raz widzianą na oczy koleżanką
córki, że ta myśli o niebieskich migdałach, bo trzeci ma powiększony. Rety, co
za burak.

I najsmutniejsze - jak Cesia wraca z zakupów z żywymi rybami i zagaduje się z
Danką. "Karpie w siatce jakoś przestały się ruszać. Być może dlatego, że Cesia
położyła je na śniegu". Zrobiło mi się tak potwornie smutno, jak w którymś z
tomów Ani z Zielonego Wzgórza czytałam list Tadzia, który taki zabawny miał
być - jak to pan Harrison postanowił pozbyć się swojego psa i go powiesił, ale
pies się zerwał i schował w stodole, więc pan Harrison powiesił go jeszcze
raz, tym razem skutecznie. W tym momencie przestałam żywić jakiekolwiek
ciepłe uczucia do sagi o Ani - przecież świetnie napisanej. No i Jeżycjada,
choć rzeczywiście naszpikowana humorem pierwszej klasy i pełna dobrych opisów,
po tej bezdusznej wzmiance o żywych, cierpiących stworzeniach - skoro woda
wyciekała, to może sobie powoli zdychały w tej siatce na śniegu? - też dla
mnie nigdy nie będzie pozycją bliską sercu.

Proszę nie zrozumcie mnie źle: wcale nie jest tak, że wpadłam tutaj, żeby Wam
naurągać :-) obrazić Wasze gusta czytelnicze i zrobić awanturę :-) Tylko
naprawdę strasznie niefajna jest ta Szósta klepka. Chciałam się podzielić z
Wami tymi moimi spostrzeżeniami - no bo jak nie z Wami, to z kim? :-)
Obserwuj wątek
    • anutek115 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 15:44
      Pożarło mi całą powitalną wypowiedź, więc powtórzę z grubsza to, co napisałam,
      pokrótce, bo powinno mnie tu już nie być.

      Nie odniosłam wrażenia, że przybyłaś tu nam naubliżać i podważyć nasze opinie
      :-), uważam za to, że takie świeże spojrzenie jest bardzo potrzebne. Cieszę się,
      że się odezwałaś i pisz częściej :-))).

      Z braku czasu (planuję wrócić za godzin kilka, gdy dyskusja, w co nie wątpię,
      bedzie już w rozkwicie) odniosę się tylko do jednej twojej uwagi:

      ciepły i serdeczny świat Jeżycjady nigdy nie był ciepły i serdeczny dla
      zwierząt. Jest o tym sporo w różnych wątkach, najnowszy "Sprężynowy świerk" jest
      zupełnie świeżutki, rzuć na niego okiem. Ja powtórzę tylko to, co i w tamtym
      wątku pisałam - zwierzęta i rośliny są u MM tłem dla ludzi, władców i
      właścicieli świata. Nie ma w tych książkach ani zwierząt domowych, ani
      świadomości ekologicznej. Ja akurat świetnie rozumiem, że to może zniechęcic do
      tych książek. BTW, mnie do serii o Ani zniechęciła scena usypiania (co z tego,
      że nieudanego) kota przez naszą wielkooką, subtelna bohaterkę.

      Teraz już uciekam, mając nadzieję, że tego postu mi nie pożre :-). Raz jeszcze
      witaj i nie chowaj się na przyszłość, tylko śmiało pisz!
      • sir.vimes karpie 15.12.08, 16:48
        przecież kupuje się je po to by unicestwić więc nie pojmuję reakcji. A bo to
        tylko rodzina Żaków na Wigilię spożywa nieżywe karpie?
        • lezbobimbo Re: karpie 15.12.08, 17:02
          15 lat pózniej Grzes wlasnie przez karpie stal sie wegetarianinem. Reszta
          rodziny nie miala takich obiekcji.
          A Gaba z kolei piecze rumieniace sie udzce piesków i kotków, które przygarnia..

          --
          Pomóz tez 300 polskimRysiom Pysiom
        • taria Re: karpie 15.12.08, 18:39
          Trochę Cię pocieszę w kwestii tych karpi. To, że karp pod wpływem
          niskich temperatur przestaje się ruszać jest naturalnym mechanizmem
          obronnym. Ryby są zmiennocieplne, to znaczy, że ich organizm potrafi
          funkcjonować w szerokim zakresie temperatur.
          U ptaków i ssaków obniżenie temperatury wewnętrznej poniżej pewnej
          granicy powoduje gwałtowne zatrzymanie ważnych procesów życiowych i
          w efekcie śmierć. Dlatego przemarznięty ssak zaczyna dygotać, żeby
          dostarczyć organizmowi ciepła.
          Organizm zmiennocieplny w niższej temperaturze wciąż funkcjonuje,
          tylko wszelkie procesy zachodzą wolniej. Na wolności karpie spędzają
          zimę przy dnie zbiornika, prawie nieruchomo, filtrując tylko wodę
          przez skrzela. W ten sposób zużywają mniej energii i tlenu.
          U karpia zamkniętego w worku z wodą włącza się właśnie taki
          mechanizm hibernacji, dzięki której w niskiej temperaturze ryba może
          przetrwać na rozpuszczonym tlenie dwie, trzy godziny bez poważnego
          uszczerbku.
          Gdyby Cesia zagadała się tak w mieszkaniu, pozostawiając ryby w
          cieknącym worku w temperaturze pokojowej, pewnie by się udusiły, bo
          potrzebowałyby więcej tlenu, który w ciepłej wodzie rozpuszcza się
          dużo gorzej niż w zimnej. Paradoksalnie, ten śnieg uratował im życie
          (lub też przedłużył męczarnię, zależy jak na to patrzeć)...
          • mmaupa Re: karpie 15.12.08, 19:34
            O, wlasnie mialam napisac to samo co Taria.

            A tak na marginesie, to Bobcio, jako przyszlosc narodu, dostawal kotlecik z
            marchewka. Z witamina K i M.

            --
            Don't panic, it's organic!
          • sir.vimes Re: karpie 16.12.08, 13:20
            no wywnioskowałam z postu otwierającego, że żywe byłoby jednak lepiej ;P Ja jako
            wegetarianka jakoś nie jestem oburzona zachowaniem Cesi i brakiem współczucia
            dla karpi leżących na śniegu - rany, gdyby naprawdę współczuła karpiom nie
            kupowałaby ich przecież wcale! Większość ludzi mięso spożywa takie czy inne...
            Poza tym bez karpi ni byłoby sceny z "karpie mi ciekną" a to byłaby wielka strata.
    • lezbobimbo Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:17
      Witaj Kropelko z deszczem :) Koniecznie pisz z nami :))

      Co do Twoich odczuc na temat mamy Zakowej odpowiem tak:
      1) nie wiem jak inni forumowicze, ale ja 1000% wole leseferska i nieco
      grubianska rodzinke Zaków od toksycznych poczwar Borejków ;P
      Przede wszystkim ze wzgledu na humor i lekki jezyk, jakim jest opisana cala
      ksiazka - zamiast naboznego pisania o prymusach i Dzielnych Swietosciach.
      2) Cielecinka wysluguja sie wszyscy, nie tylko mama Zakowa. Nawet Krystyna z
      Wojtkiem. Nawet maly Bobcio i dziadek. No i Danusia tez, w dodatku z
      poblazaniem. A w kuchni pomaga jej ciocia Wiesia, równiez wykorzystywana.
      Zreszta nikt obu katriatyd do tego nie zmusza, Cesia ponoc sie nawet relaksuje
      sprzatajac ;P

      Zauwaz za to, ze na samym koncu SK jest odmiana: cala wredna rodzinka sie
      przemienia i od tej chwili zmywaja wszyscy po kolei! A kto sie wylamie, ten
      placi 50 zlotych :)

      3) ja mame Zakowa bardzo lubie przez to wlasnie, ze nie jest mamusia Muminka
      wiecznie gotujaca, tylko artystka, zyjaca przede wszystkim dla swej pasji i
      pracy, a z dziecmi dowcipkujaca, a nie pouczajaca ich z ironicznym spojrzeniem.
      4) Nie wszystkie mamy musza w ogóle lubic gotowac, i jeszcze w PRLu zdobywac
      pozywne a wymyslne jedzonko dla wielo-osobowej rodziny. Ale i tak potrafia byc
      dobrymi mamami. A w SK nawet wata juz potrafi byc towarem luksusowym (kryzys sie
      juz zblizal, mimo Juliowych tuszy i perfumów;)


      --
      W Polsce zyje tylko 90 niedzwiedzi! Pomóz polskim Misiom!
      • dakota77 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:40
        Co do relacji rodzinnych, w pelni moge sie podpisac pod postem Lezbobimbo:-)
        Co do spraw kulinarnych- w sklepach naprawde niewiele mozna bylo kupic, a u
        Zakow bylo sporo osob do wyzywienia, wiec czynnik ekonomiczny musial byc
        decydujacy. Nie dziwie sie, ze jedni rzeczy tanie i malo urozmaicone. Do tego
        nie kazdy musi lubic gotowac, mama Zakowa wolala inne zajecia:-). Tak jak moja
        mama zreszta. Kiedy jeszcze z nia mieszkalam, chodzilysmy do restauracji,
        zamiast gotowac w domu, albo jadlysmy gotowe potrawy;-).

        Sprawa stosunku MM do przyrody jest tu szeroko dyskutowana, jak sama zobaczysz:-)
        I nie, nie uwazamy, ze jakimm prawem krytykujesz Szostka Klepke:). Cieszymy sie,
        ze sie odezwalas i nie czujemy sie urazone;-)

        --
        dakotascatsandclothes.blogspot.com
        • jop Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:23
          >Co do spraw kulinarnych- w sklepach naprawde niewiele mozna bylo
          >kupic

          Ja np. nie pamiętam, żeby za PRL-u w ogóle występowała cukinia. Może
          ktoś mający działkę albo mieszkający na wsi używał, nie pamiętam jej
          z normalnego warzywniaka. Pieczarki przed masową eksplozją biznesu
          pieczarkarskiego w latach 80-tych też były raczej towarem
          delikatesowym. Papryka stała się bardziej dostępna pod koniec lat 80-
          tych i tak naprawdę mało kto wiedział, co z tym zrobić - moja ś.p.
          babcia obwąchała, odłożyła z obrzydzeniem i do końca życia nie
          nauczyła się jeść papryki, moja matka dostała od kogoś przepis na
          leczo i bardzo długo konsumowaliśmy paprykę wyłącznie w takiej
          postaci.

          Wiem, że to może brzmieć nieprawdopodobnie dla "dzisiejszej
          młodzieży", która bezrefleksyjnie wrzuca w supermarkecie do koszyka
          mozzarellę, oliwki nadziewane fetą, bakłażana, krewetki, serek
          Philadelphia i liofilizowane liści limonki, żeby zrealizować jakieś
          przepisy wygrzebane w Internecie albo wyczytane w książce
          kucharskiej kupionej na Amazonie, ale za PRL-u możliwości kuchennej
          kreatywności były mocno ograniczone dostępnością składników i
          informacji.
          • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:13
            "Wiem, że to może brzmieć nieprawdopodobnie dla "dzisiejszej
            młodzieży", która bezrefleksyjnie wrzuca w supermarkecie do koszyka
            mozzarellę, oliwki nadziewane fetą, bakłażana, krewetki, serek
            Philadelphia i liofilizowane liści limonki, żeby zrealizować jakieś
            przepisy wygrzebane w Internecie albo wyczytane w książce
            kucharskiej kupionej na Amazonie, ale za PRL-u możliwości kuchennej
            kreatywności były mocno ograniczone dostępnością składników i
            informacji. "

            rozumiem idee przekazu, ale zastanowilem sie nad bezrefleksyjnoscia - mam
            rozmyslac nad zakupami w supermarkecie, a jesli tak, to o czym? :D za to serka
            Philadelphia bym kijem nie tknal, nie dosc, ze bez smaku, to jeszcze produkuje
            go Kraft (nie po to rzucilem szlugi, zeby kupowac serek Philip Morris :PPP)
            --
            hey, I just got a call from some crazy blankety-blank claiming he found a real
            live dead alien body.
            • jop Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:46
              "Bezrefleksyjnie" w sensie "przyjmując to coś naturalnego".

              I w sumie dobrze, nikomu nie jest potrzebne pamiętanie o tym, jak to
              w "Wieczorze z dziennikiem" informowali o tym, że z bratniej Kuby
              płynie statek z pomarańczami na święta, niemniej jednak warto czasem
              o takich realiach przypomnieć, choćby w kontekście książek z epoki.

              Odwal się łaskawie od serka Philadelphia, robi się z niego
              fantastyczny sernik limonkowy.
                • nessie-jp Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 22:52
                  Zielone i cudownie słodkie! Pamiętam je do dziś. O wiele smaczniejsze niż
                  sztucznie upomarańczowione, niedojrzałe owoce, które się dzisiaj sprzedaje.

                  Zdaje się, że pomarańcze są jak bluszcz i robią się pomarańczowe dopiero po
                  przymrozku -- przedtem są zielone, mimo, że dojrzałe i smaczne.

                  Tęsknię za kubańskimi pomarańczami, holender :) Czy oni już nie eksportują, czy
                  może jesteśmy dla nich zgniłym zachodem?

                  --
                  "Don't put your trust in revolutions. They always come around again. That's why
                  they're called revolutions. People die, and nothing changes." -- (Terry
                  Pratchett, Night Watch)
    • soova Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:26
      Hmm... Podobnie jak przedpiśczyni nie uważam, że mając taką niekorzystną opinię o "Szóstej klepce" urągasz komukolwiek i że tzw. świeże spojrzenie jest zawsze czymś pożytecznym.

      Co do tego jedzenia serwowanego u Żaków, to mam jakieś dziwne wrażenie, że trzeba tu trochę wziąć poprawkę na czas akcji powieści (współczesny z czasem jej powstawania). Dzisiaj powszechne jest, że w inteligenckich kręgach, w których toczy sie akcja Jezycjady, na jakość posiłków, kaloryczność i inne elementy, których dzisiaj jesteśmy normalnie świadomi, zwraca się uwagę, ale dawniej przeciez wcale tak nie było! Przywiązywało się do tego znacznie mniejsze znaczenie niż dzisiaj, przede wszystkim z przyczyn aprowizacyjnych. Z rodzinnego domu pamiętam mój ulubiony przysmak - kluski kładzione ze stopioną słoninką i jakąś sałatkę (jesienią i zimą najczęściej kapustę kwaszoną doprawioną olejem czy oliwą). Wtedy dla mnie - dziecka czy nastolatki - przysmak (bo to pyszne jest! ;)), ale jednoczesnie konieczność, bo prawdopodobnie mama nie miała po prostu czego innego podać - dziś u moich rodziców już dawno takich rzeczy się nie jada... MM opisała więc w SzK w latach 70-tych rzeczywistość żywieniową, jaką znała z autopsji. Nie przykładajmy poglądów dzisiejszych do sytuacji sprzed 30 lat.

      A z poglądem na stosunki Celestyny z rodziną zgadzam się. Pamiętam, że mimo tego, że SzK czytałam jako nastolatka, też bardzo mnie zdziwiło, że w opiekę nad niemowlęciem zaangażowana jest - bardziej z konieczności niż z wyboru - licealistka, której właściwie wcale ta sprawa nie dotyczy.

      --
      Hajo Hajo Ipsenajo!
      • dziewczynka_do_bicia Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:36
        "
        I nie piszcie proszę, że nic nie można było dostać w sklepach - ja też
        wychowywałam w czasach, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami, moja mama
        pracowała naukowo, a w domu zawsze był pożywny i zdrowy obiad. I nie piszcie,
        że to nieważne, że tak wesoło i po cygańsku jest, jak się je byle co - nie,
        nieprawda, dorastające dzieci potrzebują wartościowego jedzenia. "

        Dlaczego mam NIE pisac tak skoro właśnie TAK uważam?!
        --
        https://images49.fotosik.pl/39/41ab18b70192f498.jpg
          • lezbobimbo Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 17:00
            Wlasnie, wlasnie, kto w PRL w roku 75 w ogóle widzial cukinie, niech pierwszy
            rzuci karczochem ;P Przeciez nawet pomidory swieze trudno bylo dostac, zwlaszcza
            w zimie! Sosik mediolanski byl na bazie przecieru, zaloze sie :)
            Pieczarka równiez potrafila byc rarytasem, juz latwiej bylo pojechac do lasu i
            pozbierac samemu grzybków, ususzyc i zamarynowac (inna rzecz, ze smaczniejsze;)
            Dlaczego zreszta fasolka po bretonsku jest niepelnowartosciowa??
            To o wiele smaczniejsze i zdrowsze niz maslo roslinne i zweglony morszczuk;P
            Jedna tylko ciotka Fela potrafila zrobic wtedy gruszki z waniliowym sosem, ale
            to tez bylo z kompotu i z cukrem wanilinowym ;P nic zdrowego.. :)

            W domu z wiezyczka mieszkaly 4 dorosle osoby, 2 nastolatki + dziecko. Potem
            jeszcze doszly 2 doroslych z dzieckiem. Wez tu poluj w zimie na swieze pomidory
            dla tych wszystkich paszczy, jednoczesnie pracujac czy chodzac do szkoly/na
            uczelnie..
            Dzisiaj jednak logistyka i zaopatrzenie to zupelnie inny swiat. Róznica kolosalna.

            Nie obraz sie kropelko-deszczu, ale Twój zarzut o niekarmieniu pelnowartosciowym
            brzmi troche jak ten dowcip o nastolatku dzisiejszym, slyszacym o PRL "jak to, w
            calym Auchan mieli tylko ocet?" ;PPP

            Achh, zebym nie zapomniala: drobie w Twa strone kapusniaczkiem i jelitkiem :)))
            Pisz dalej, dyskutuj z nami :))

            --
            Pomóz tez 300 polskimRysiom Pysiom
              • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 18:13
                ananke666 napisała:

                > Chciałabym zobaczyć w dzieciństwie ten warzywniak, w którym w
                _zimie_ były do n
                > abycia pomidory, cukinia, pieczarki oraz papryka.

                w zimie to byla włoszczna. kapusta i ogórki kiszone.
                były też pieczarki i całe fortuny powstawały na tych pieczarkach.
                ale nie wiem, czy to przypadkiem już nie w latach 80.?
                pamiętam też jako pewne cezury pojawienie się cykorii i kapusty
                pekińskiej, ale nie potrafię tego umiejscowić w czasie.
            • yowah76 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 19:17
              Ja widzialam kabaczki,a to jest to samo - pare lat pozniej, kolo 80
              roku, w ogrodzie botanicznym;) To byly takie czasy, ser bialy,
              kopytka, pierogi, kiszona kapusta i raz czy dwa w tygodniu mieso. Ja
              bym juz powiedziala, ze ten makaronik po mediolansku to taki nieco ą
              ę juz byl, bo to bohema i wogle... A pomidory az chyba do poczatku
              lat 90 byly jaki u Starszych Panow, jeno w sezonie, jak sie jednego
              czasem zima kupilo to ho, ho!
              --
              ---------------------------------------------------
              - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
              ze mnie tu nie ma.
            • croyance Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 01:56
              Ty wiesz co, ja to zaczynam sie spodziewac, ze jesli przyjdzie nam
              kiedys spotkac sie live, zarzucisz mi na szyje jakies przydlugie
              jelitko :-) Nie moge pozbyc sie tej wizji, jak sie z nim skradasz :-)

              A co do tematu watku, moze tylko zauwaze, ze kazdy ma jakies tam
              swoje osobiste smutki i problemy, z ktorymi musi uporac sie sam, i
              zadna matka - idealna nawet - nie ma tu nic do rzeczy. Jaki by ten
              kontakt nie byl, zawsze jest pewna przestrzen osobista na
              egzystencjalne leki i nieszczesliwe milosci, z ktorymi nastolatek
              zazwyczaj radzi sobie sam :-)

              --
              'People worry about kids playing with guns, and teenagers watching
              violent videos (...). Nobody worries about kids listening to
              thousands - literally thousands - of songs about broken hearts and
              rejection and pain and misery and loss'
              • tygrys2112 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 19.12.08, 01:50
                > A co do tematu watku, moze tylko zauwaze, ze kazdy ma jakies tam
                > swoje osobiste smutki i problemy, z ktorymi musi uporac sie sam, i
                > zadna matka - idealna nawet - nie ma tu nic do rzeczy. Jaki by ten
                > kontakt nie byl, zawsze jest pewna przestrzen osobista na
                > egzystencjalne leki i nieszczesliwe milosci, z ktorymi nastolatek
                > zazwyczaj radzi sobie sam :-)
                Zgadzam się co do joty.
            • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:14
              ezbobimbo napisała:

              > Wlasnie, wlasnie, kto w PRL w roku 75 w ogóle widzial cukinie, niech pierwszy
              > rzuci karczochem ;P Przeciez nawet pomidory swieze trudno bylo dostac, zwlaszcz
              > a
              > w zimie! Sosik mediolanski byl na bazie przecieru, zaloze sie :)

              uhmmm... jako ze oboje jestesmy urodzeni po 1975 roku, to moze nie ma sie co za
              bardzo wymadrzac, ale z tego co wiem od rodziny, 1975 to nie byl czas kryzysu
              aprowizacyjnego, chyba, ze porownujesz z dniem dzisiejszym. o ile wiem, w naszej
              strefie klimatycznej (pisze z kraju, gdzie wiele upraw pomidorow jest dobre 2000
              km na poludnie od Poznania i TEZ nie jest niczym normalnym dostac swieze
              pomidory KRAJOWE w zimie :)
              --
              lody ruszyly, panowie przysiegli! defilade poprowadze osobiscie!
              • the_dzidka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:34
                > 1975 to nie byl czas kryzysu
                > aprowizacyjnego,

                Ale nie był to czas papryki i cukinii, na sto procent. Dam sobie za
                to rękę odrąbać. Wtedy to były banany :)
                A pomidorów w zimie nie było, pamiętam, jak zaczynałam się zajadać
                kanapkami z pomidorem gdzieś od, ja wiem, maja? czerwca?
                Rany, jakie nudne żywienie wtedy było, ale jacy szczupli byliśmy..

                --
                Dzidka

                ~~ Outernet. To ten dziwny i niezrozumiały świat, który znajduje się
                poza Internetem. ~~
                • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:02
                  ale z ta papryka i cukinia to chyba racej kwestia gustow, niekoniecznie
                  dostepnosci. tzn. nie wiem, jak wyglada sprawa hodowli cukinii czy papryki w
                  polskim klimacie - moze sie da, moze sie nie da. z pewnoscia sa kraje bylego
                  RWPG, w ktorych papryke sie jada i papryka rosnie, patrz Wegry czy Bulgaria,
                  wiec raczej nie byla to kwestia jakiegos embargo :)))
                  dopoki cos nie wejdzie do uzytku kuchennego, nikt tego nie bedzie ani
                  sprowadzal, ani probowal uprawiac. najlepszy przyklad to seler (bulwa): z
                  pewnoscia moglby rosnac we wloskim klimacie, ale nikt go nie uprawia, a kiedy
                  pojawi sie w supermarkecie (sprowadzany pewnie z Holandii :), jestem jednym z
                  naprawde nielicznych kupujacych :)
                  --
                  lody ruszyly, panowie przysiegli! defilade poprowadze osobiscie!
              • jop Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:54
                > 1975 to nie byl czas kryzysu aprowizacyjnego

                1975 nie był, w takim sensie, że nie była to sytuacja typu na
                półkach wyłącznie ocet i konfitura z dyni. Podstawowe produkty były
                dostępne, ale wybór był naprawdę skromny.

                Natomiast w połowie 1976 zaczął się kryzys, po cukier stało się w
                kolejkach.
                • ciotka_paszczaka Banany.... 16.12.08, 16:22
                  jop napisała:

                  (...)
                  > 1975 nie był, w takim sensie, że nie była to sytuacja
                  > Natomiast w połowie 1976 zaczął się kryzys, po cukier stało się w
                  > kolejkach.
                  I wprowadzono kartki na cukier (tak! w latach siedemdziesiatych!!!) , tudziez sklepy "komercyjne" czy ktos to jeszcze pamieta?

                  A we Wroclawiu, nie bylo znowu tak duzo "pan z miesem" bo to nie jest region rolniczy. I niewiele osob mialo rodzine na wsi. Klopoty z kupieniem czegos na prawde byly. Podpisuje sie dokladnie pod opisami tego, co bylo w warzywniakach, ogorki/pomidory/rzodkiewka tylko w sezonie, a szklarniowe (np. z Siechnic) potwornie drogie.

                  Stolowki szkolne to byl koszmar. Do dzis nie wiem, czym nas tam karmiono, byla to papka przypominajaca ziemniaki, i do tego papka przypominajaca niewiadomo co -szarawe, wodniste i na prawde nie wiem, co to bylo.

                  A banany?
                  Pisaliscie o pomaranczach na swieta, to i ja pamietam, jedna pomarancza, taka duza, pod choinke, ale to byl prezent!
                  Historia z bananami, absolutnie autentyczna, do centrum miasta -duzego w koncu! Wroclaw, pl. Grunwaldzki i...przywieziono banany. Rzecz sie dziala w pazdzierniku 1974 lub 1975. Sprzedawano je ze skrzynek, na jakims takim prowizorycznym stoisku, tuz obok "sedesowcow". Kolejka byla NIEZIEMSKA. I sprzedawano tylko po maksimum 2kg.

                  Skad to tak dobrze pamietam? Bo bylam zaproszona do mojego kolegi na urodziny (stad ta pazdziernikowa data, ale nie pamietam roku, w gre wchodza tylko te dwa). I jako prezent zanioslam mu wystane 2kg. bananow. Dlugo jeszcze ten prezent wszyscy wspominali. Co to byl za wspanialy prezent. Oh!
                  Z kolega rozmawialam po latach, pamieta do dzisiaj!
                  Mozna sie z tego teraz smiac, ale wtedy...to nie bylo smieszne. Takie bylo codzienne zycie!
                  --
                  Pozdrawiam,
                  Anna
    • wushum Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:49
      Klepka nigdy nie była moją ulubioną częścią, a że mama Żakowa nie jest ideałem
      rodzicielki - wiadomo. Z resztą, kto jest idealny? Żaczka lubię, może burak, ale
      naturalny i lubię jego zachwyt nad bodaj odkryciem kwarków czy coś, gdy
      jednocześnie ma w sobie trochę przyziemności - to sprawia, że jest ludzki, a nie
      kartonowy. Moja koleżanka z podstawówki zawsze musiała w domu robić obiad, byłam
      zawsze pełna podziwu dla niej, ale nie rozumiałam, czemu się nie zbuntuje -
      wszak rodzinę miała liczną. Mnie się podoba ciepło Żakowej rodzinki. Li i przede
      wszystkim - że sparafrazuję. Poza tym, zawsze człowiek znajdzie coś wspólnego z
      bohaterami.
      Mama Żakowa, jest "mamą dzieckiem", a Danusia jest typowym życiowym przykładem
      koleżanek, które się wyciąga z doła, a one potem mają człowieka w nosie, więc to
      Cesia wspiera Danusię.
      Wątek miłosny średni, a potem Cielęcina staje się typową otumanioną owieczką,
      jak potem inne nieszczęśnice.
      No i Bobcio jest tam dużym plusem:)
      Poza tym sentyment do czasów, do pierwszego tuszu do rzęs itp, no i Dmuchawca
      bez aureolki.
    • nighthrill Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 17:40
      Nie chcę tu wszczynać dyskusji o tym co każdy z nas uważa za "pełnowartościowe
      pożywienie", bo jestem wojującą wegetarianką, jak już kilka razy tu na forum
      pisałam :-) W każdym razie nie zarzucałabym fasolce po bretońsku (już nie
      wnikając, czy z mięsem była, czy bez - biała fasola to świetne źródło
      aminokwasów) czy plackom ziemniaczanym "niepełnowartościowści". Oczywiście
      makaron z sosem z koncentratu kilka razy w tygodniu to mało urozmaicony
      jadłospis, ale na pewno jakieś warzywa też jedli, i nie mówię tu o ziemniakach:-)
      Pamiętajcie, że potem Julia zaczęła gotować ( swoją drogą trochę to smutne, że
      żeby zwrócić na siebie uwagę Toleczka musiała zacząć to robić - była przecież
      artystką, nietuzinkową, piękną dziewczyną, czy to nie wystarczyło, żeby się
      zakochał? - a tu autorka nam lansuje powrót starej tezy o drodze do serca przez
      żołądek) - i jedli coq au vin, "murzyna w koszuli", zupę porową vichy i cuda na
      kiju.
      "Szóstą klepkę" mam zamiar zakupić na gwiazdkę 13-letniej siostrze mojego
      partnera, dziewczynce, która generalnie nie czyta. Zobaczymy, czy chwyci.
      --
      Bad reputation = good fun.
      • kalina.tatry Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 18:12
        Julia istotnie zgłupiała dla Toleczka, ale to się zdarza w pierwszej
        fazie zakochania, ludzie robią różne rzeczy, a przez radosne
        gotowanie dla faceta sama przechodziłam (ale już przeszłam). Pewnie
        mama Julii też kiedyś starała się dla swego ukochanego, a teraz
        makaronik z pysznym sosikiem gotuje i dobrze jest. Zresztą, nie
        uwłaczając płci męskiej, droga do ich serca przez żołądek została
        przez pokolenia kobiet sprawdzona empirycznie. Ona istnieje.
        Za to uwielbiam w SzK Bobcia, to wspaniała postać. Aż mi szkoda, że
        w Sprężynie zrobił się z niego taki "zadowolony posiadacz".
      • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 18:19
        Pamiętajcie, że potem Julia zaczęła gotować ( swoją drogą trochę to
        smutne, że
        > żeby zwrócić na siebie uwagę Toleczka musiała zacząć to robić -
        była przecież
        > artystką, nietuzinkową, piękną dziewczyną, czy to nie wystarczyło,
        żeby się
        > zakochał? - a tu autorka nam lansuje powrót starej tezy o drodze
        do serca przez
        > żołądek) - i jedli coq au vin, "murzyna w koszuli", zupę porową
        vichy i cuda na
        > kiju.


        ja odniosłam wrażenie, że to raczej dowód na zgłupienie julii w
        obliczu miłości, a nie przykazanie, że kobieta powinna gotować dla
        mężczyzny. moim zdaniem chodziło właśnie o komizm sytuacji, że
        dziewczyna o tylu zaletach, które opisujesz, nagle tak właśnie
        głupieje i chce wbić matkę przy gotowaniu w aksamity (łaskawie
        darując koronki brabanckie).
        • croyance Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 02:00
          Ja to zawsze odbieralam tak, ze Julia - prawdziwa femme fatale
          (jedna z moich ulubionych bohaterek BTW) - gotowala w celach
          manipulacyjnych, swiadomie uciekajac sie do kazdego sposobu, by
          uwiesc upatrzonego samca :-)

          Glowe daje, ze jak juz go otumanila, to gotowac przestala.
          --
          'People worry about kids playing with guns, and teenagers watching
          violent videos (...). Nobody worries about kids listening to
          thousands - literally thousands - of songs about broken hearts and
          rejection and pain and misery and loss'
          • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:15
            croyance napisała:

            > Ja to zawsze odbieralam tak, ze Julia - prawdziwa femme fatale
            > (jedna z moich ulubionych bohaterek BTW) - gotowala w celach
            > manipulacyjnych, swiadomie uciekajac sie do kazdego sposobu, by
            > uwiesc upatrzonego samca :-)
            >
            > Glowe daje, ze jak juz go otumanila, to gotowac przestala.

            moim zdaniem szybko jej sie znudzil, totez udusila wzdychulca.
            w pomidorach!

            to modliszka jedna, no :)
            --
            it's only called paranoia if you can't prove it
            • jota-40 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:36
              > A Wy, Wasze matki lub babcie, skąd brałyście wtedy przepisy?

              No, jak to skąd? Z "Kobiety i Życia", wiadomo! ;)) I z ostatniej strony
              "Przekroju", tam serwował J. Kalkowski. I czasem z "Życia Warszawy" - tam z
              kolei pisywała Irena Gumowska. Poza tym miałam od zawsze w domu jakąś
              przedpotopową "Kuchnię polską", z której czerpałam pełnymi garściami - mało
              tego, do tej pory często się nią wspieram.
              Moja mama miała też swój ściśle strzeżony zeszycik, gdzie notowała skrzętnie
              przepisy - od babć, ciotek i znajomych.

              A propos czekolad z lat 70-tych: były wtedy na przykład do kupienia czekolady
              firmy Van Houtten (nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje), między innymi
              przepyszna mleczno-pomarańczowa. Szły na nią wszystkie moje oszczędności ;)).
              • agnieszka_azj Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:03
                jota-40 napisała:
                > A propos czekolad z lat 70-tych: były wtedy na przykład do
                kupienia czekolady
                > firmy Van Houtten (nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje), między
                innymi
                > przepyszna mleczno-pomarańczowa. Szły na nią wszystkie moje
                oszczędności ;)).

                Pamiętam !!! Pamietam !!! Taka z żaglowcem na obwolucie.
                A ten smak pomarańczowy był jedyny w swoim rodzaju - teraz nie mogę
                na taki trafić.
                --
                Agnieszka, mama Ani, Zosi i Julki

                Mały pokój z książkami czyli o dobrych książkach dla dzieci i młodzieży
              • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:19
                jota-40 napisała:

                > A propos czekolad z lat 70-tych: były wtedy na przykład do kupienia czekolady
                > firmy Van Houtten (nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje), między innymi
                > przepyszna mleczno-pomarańczowa. Szły na nią wszystkie moje oszczędności ;)).

                jak najbardziej istnieje, mam ich czekolade (w proszku) w szafce, mialem zrobic
                tiramisu juz ze sto razy :)
                --
                miecz przeznaczenia ma dwa ostrza... scyzoryk przeznaczenia ma dwa ostrza,
                korkociag, srubokret i otwieracz do konserw.
    • kkokos karpie 15.12.08, 18:07
      wydaje mi się, że generalnie w latach 70. nikt się losem karpi nie
      przejmował. autorka wątku trochę przykłada dzisiejszą świadomość do
      tamtych czasów, a naprawdę bylo to powszechne, że przynosiło się
      żywego karpia, choćby i tydzień przed świętami, jeśli akurat
      rzucili, i przez ten tydzień hodowało się go w wannie. dziś już
      prawie nikt tak nie robi - choć może się mylę, ale ja nie znam
      takich osób. mało tego, mało kto kupuje karpia w całości (choć głowa
      przydaje się do galarety), większość moich znajomych kupuje karpia w
      tuszach.
      moja rodzina zaprzestała wannowego procederu, gdy któregoś roku moja
      matka nie zastała żadnego z sąsiadów, który mógłby karpia ubić, i
      musiała zrobić to sama. pamiętam dobiegający z kuchni wrzask mojej
      matki, kobiety już pod pięćdziesiątkę, "Mamo, on mi się ruszył pod
      nożem!!!", po którym to okrzyku moja matka kurcgalopkiem przybiegła
      do pokoju, gdzie siedziałam z babcią, matką mojej matki, wtedy już
      dobiegającą osiemdziesiątki, schorowaną i kruchą jak kurczaczek.
      wtedy zrozumiałam, że dzieckiem własnej matki jest się do końca
      życia i póki ona żyje, będzie się do niej biegło w potrzebie, choćby
      było to dalece pozbawione sensu :):)

      wracając do tematu: dziś zwracamy uwagę, by karpie nie dusiły się w
      swoich basenach w sklepie, wtedy powolne zdychanie karpi ruszających
      ustami było traktowane jak widok najnormalniejszy w świecie.
      przeciętna kobieta irytowala się, gdy karp jej się miotał w siatce,
      bo obijał się o kozaczki - gdzieby tam współczuła mu tej walki o
      życie.
      przypomnę, że audycje o wegetarianizmie traktowane były jako
      propaganda mająca zamydlić oczy ludziom w sytuacji rynkowych
      niedoborów mięsa :) :)
      • nighthrill Re: karpie 15.12.08, 18:27
        Swoją drogą, to straszny widok jak te karpie tłoczą się w małym baseniku w
        supermarkecie i ledwo zipią...W mojej rodzinie terror wannowy też się skończył (
        wanny brak) i trochę także z mojego powodu, bo moi rodzice zobaczyli, że można
        zrobić smaczne posiłki bez mięsa i ryb. Moja mama chyba kupuje już martwe karpie
        i mrozi, ale głowy nie dam...w ogóle to nie znam się na tym, jestem wegetarianką
        od kilkunastu lat, ale właściwie dlaczego wszystkie ryby kupuje się martwe, a
        karpie żywe?
        --
        Bad reputation = good fun.
        • dakota77 Re: karpie 15.12.08, 18:40
          Dla mnie tez widok meczacych sie w baseniku ryb jest okropny. W mojej rodzinie
          na szczescie nie bylo tradycji jedzenia karpia, caly ten proces kupowania u
          ukatrupiania zywej ryby bylz byt okropny, i wbrew tradycji jedlismy zawsze
          filety z mintaja czy morszczuka. O wiele zreszta dla mnie smaczniejsze od
          blotnistego, tlustego i oscistego jak diabli karpia.
          --
          dakotascatsandclothes.blogspot.com
          • kkokos Re: karpie 15.12.08, 18:43
            > O wiele zreszta dla mnie smaczniejsze od
            > blotnistego, tlustego i oscistego jak diabli karpia.
            o, to widać, że karpia nie znasz :) wcale nie musi być ościsty,
            wcale nie musi być błotno-mulisty itd. dobrze przyrządzony jest
            fantastyczną rybą, znacznie smaczniejszą od banalnego, bezpłciowego
            mintaja czy morszczuka :)
            • lezbobimbo Re: karpie 15.12.08, 18:50
              A co dopiero zweglony morszczuk o konsystencji skamienialej kaszy na patelni!
              Cium cium pyszulka :)

              (w gastronomii molekularnej zweglone warzywka to jeden z nowych perwersyjnych
              przysmaków ;) n.p. wegiel z pora :)


              --
              W Polsce zyje tylko 90 niedzwiedzi! Pomóz polskim Misiom!
              • ananke666 Re: karpie 15.12.08, 20:00
                dakota77 napisała:

                > No nie znam i zadna sila mnie nie przekona, zeby poznac:-). Tyle lepszych rub na
                > swiecie:-)

                Całkiem skapcaniałam umysłowo, siedzę i patrzę w ekran, zastanawiając się, co to jest ruba...
                --
                Tupecik
                  • ananke666 Re: karpie 15.12.08, 20:24
                    Zgadłam po chwili, AŻ TAK tępa nie jestem ;)

                    Skojarzyło mi się z "upafuga" u Chmielewskiej, pamiętacie? I przy okazji przypomniałam sobie, jak bezlitośnie natrząsałam się z niej, czytając o czipmanku i grandhoku, którego tyle się naszukała po encyklopediach i atlasach i nie znalazła. Ja jakoś znalazłam w ciągu pół minuty, jedno sprawdziłam, przy drugim tylko się upewniłam. Chipmunk i groundhog, czyli pręgowiec amerykański i takiż świstak. Mogła spytać władającą angielskim część rodziny o hipotetyczną pisownię oraz posłużyć się słownikiem angielsko-polskim... Zaprawdę łatwiutkie...
                    --
                    Tupecik
                    • nessie-jp Re: karpie 15.12.08, 21:09
                      > a. Ja jakoś znalazłam w ciągu pół minuty, jedno sprawdziłam, przy drugim tylko
                      > się upewniłam. Chipmunk i groundhog, czyli pręgowiec amerykański i takiż śwista
                      > k. Mogła spytać władającą angielskim część rodziny o hipotetyczną pisownię oraz
                      > posłużyć się słownikiem angielsko-polskim... Zaprawdę łatwiutkie...

                      Nie znam Chmielewskiej osobiście, a literacko tylko starsze pozycje, ale wydaje
                      mi się, że ona bardziej francuskojęzyczna jest?

                      Z tymi czipmankami i innym skwirelami to jest dziwna sprawa. Posłałam kiedyś do
                      Hameryki zdjęcie zwykłej, rudej wiewiórki i wzbudziłam sensację: co to za
                      gatunek?! A dlaczego on ma takie długie uszy?? A dlaczego on ma takie pędzelki
                      na tych długich uszach? A dlaczego on ma taki wieeeelki ogon?!

                      Aż się boję zapytać, jak te ichnie skwirele wyglądają... biednieńkie (i rency im
                      pewnie odsechszy też).

                      --
                      ADMIN - Antypatyczny Dreczyciel Masowo Indoktrynowanych Niewiniatek (furtive_kitten)
                      • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 21:40
                        Szare wiewiorki amerykanskie zdominowaly Anglie, wiec mam je jesli
                        nie na co dzien (bo juz wczesnie sie robi ciemno, to nie widuje) to
                        przez wiekszosc roku. Sa jak sama nazwa wskazuje szare, czasem lekko
                        rudawe, wieksze od rudych, z wieksza glowa, marniejszym ogonem -
                        zwlaszcza mlode wygladaja jak szczurki - i bez pedzelkow. Zawlekli
                        je tu sobie podobnie jak pare innych gatunkow (np.aleksandrety
                        obrozne w Hyde parku;) ), wytepily ruda wiewiorke jako ze sa
                        silniejsze a nawet niszcza gniazda rudej i obecnie jest zakaz
                        sprowadzania, hodowania, handlu a wrecz zacheca sie do tego zeby je
                        jesc. Ponoc smaczne... wiosna siedza na drzewach i wydaja dzwieki
                        jakby kot zachrypl po trzech dniach wrzasku, takie miauczace
                        rzezenie.
                        Groundhoga mozna sobie obejrzec w filmie "Dzien Groundhoga", a
                        chipmunki w "Brygadzie RR " ;) Jak ktos lubi male pasiaste gryzonie,
                        to mozna tez nabyc droga kupna burunduki syberyjskie, nie to samo
                        ale zawsze cos...
                        --
                        ---------------------------------------------------
                        - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
                        ze mnie tu nie ma.
                        • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 21:47
                          Tu w odpowiednim kontekscie:

                          www.freewebs.com/gunsandsports/
                          Ja nie mowie, ze one takie znowu brzydkie, ale nasze ladniejsze.

                          www.mooseyscountrygarden.com/english-gardens/grey-squirrel-eating.jpg

                          Chipmunk (ale nie zaloze sie, czy nie ten syberyjski;) )
                          www.just-a-webpage.com/rantings/wp-content/uploads/2006/12/chipmunk.jpg


                          Groundhog
                          24houranimalcontrol.com/animal%20pictures/groundhog1.jpg
                          rowniez znany jako woodchuck, land beaver albo WHISTLEPIG (to za
                          wikipedia) i zreszta tez z rodziny wiewiorek.



                          --
                          ---------------------------------------------------
                          - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
                          ze mnie tu nie ma.
                          • nessie-jp Re: wewior 15.12.08, 22:21
                            > Chipmunk ma kawał ogona, Chip i Dale jakieś zalążki.

                            Może są rasowe, po ogonektomii...

                            --
                            Every procedure for getting a cat to take a pill works fine -- once. Like the
                            Borg, they learn... -- Terry Pratchett
                              • nessie-jp Re: wewior 15.12.08, 22:58
                                Owszem -- i kolejny, nie wiem jak to ując, dysonans z przeszłości? Te 30-40 lat
                                temu było oczywiste, że się pieska bierze do weterynarza i obcina ogon. Teraz
                                jest oczywiste, że ogon ma być, jak go pan Bóg stworzył, natomiast obcina się
                                jajca :)

                                Moja ś.p. babcia na przykład była wstrząśnięta i oburzona na sam pomysł, że ktoś
                                mógłby wykastrować kota. Barbarzyństwo! A mnie się w głowie nie mieści, że można
                                psu obciąć uszy.

                                Rozwodzę się nad tym dlatego, że zaczęłyśmy tak oceniać tę "Klepkę" właśnie z
                                perspektywy *tamtej* epoki, bo z perspektywy obecnej się po prostu nie da.
                                Niemowlę doi z butli jakieś kopry, nauczyciel niby świetny a nad uczniami się
                                znęca psychicznie, nastolatka nie ma własnych kosmetyków do makijażu, dzieci
                                głodne chodzą, no patologia!

                                --
                                ADMIN - Antypatyczny Dreczyciel Masowo Indoktrynowanych Niewiniatek (furtive_kitten)
                                • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 23:21
                                  Ja mam do dzisiaj takich znajomych ktorych gorszy idea kastracji
                                  zwierzatka. Moja osobista rodzina jakos nie miala oporow, zeby
                                  wysterylizowac wszystkie kotki (Kluseczka dala popalic, jak to
                                  mowia;) ) ale na kastracje psa sie nie godzili - idiotyczne
                                  podejscie, biorac pod uwage obciazenie operacja dla zwierzaka. Na
                                  starosc psa i tak taki despekt spotkal bo dostal guza i stracil
                                  klejnoty... A ile razy jak tlumacze panciom w srednim wieku, ze ten
                                  walniety amstaff, co go sobie ich maz kupil w ramach kryzysu bo ani
                                  na Harleya ani na mloda kochanke go nie stac, zachowywal by sie byc
                                  moze lepiej po zabiegu to sie spotykam ze swietym oburzeniem ;)))
                                  Oczywiscie pancie wyprowadzaja amstaffy, bo pancio gnije przed tv.
                                  Druga grupa z amstaffami to blondi, ktorym pieseczka kupil chlopak
                                  typu ABS, pieseczek jak po sterydach, blondi 40 kg... eee, co ja tu
                                  bede w temat wchodzic;)))
                                  --
                                  ---------------------------------------------------
                                  - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
                                  ze mnie tu nie ma.
                                  • jottka Re: wewior 15.12.08, 23:24
                                    yowah76 napisała:


                                    > A ile razy jak tlumacze panciom w srednim wieku, ze ten walniety amstaff, co
                                    go sobie ich maz kupil w ramach kryzysu bo ani na Harleya ani na mloda kochanke
                                    go nie stac, zachowywal by sie byc moze lepiej po zabiegu


                                    no a nie prościej byłoby w takim wypadku wykastrować męża?:)
                                    • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 23:34
                                      One tak reaguja jakbym im proponowala;)))
                                      --
                                      ---------------------------------------------------
                                      - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
                                      ze mnie tu nie ma.
                                        • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 23:51
                                          Chociaz czesc z nich to moze by predzej tego meza niz pieseczka;)))
                                          Albo kiedys mialam taka sasiadke z ratlerkiem; biedakiem szarpala
                                          hormonalna burza przez cala zycie (te wypierdki male dosc czesto tak
                                          maja; co im tam tego hormonu potrzeba, zeby ich zadze
                                          pochlonely;))) ), wlazil na wszystko co przed nim nie zdazylo uciec,
                                          trzasl sie caly, chudzienki byl taki i widac bylo, ze to wszystko z
                                          tego nabuzowania, po prostu mu nie starczalo czasu na myslenie o
                                          czymkolwiek innym z jedzeniem wlacznie - skarzyla sie ciagle, ze
                                          Igus taki umeczony. A jak jej proponowalam rozwiazanie to sie
                                          zalewala swietym oburzeniem. A ogonka to Igus nie mial...moze jakby
                                          mial ogonek, to by mu sie ten testosteron jakos rowniej rozlozyl?
                                          --
                                          ---------------------------------------------------
                                          - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
                                          ze mnie tu nie ma.
                                    • ready4freddy Re: wewior 16.12.08, 15:07
                                      jottka napisała:

                                      > yowah76 napisała:
                                      >
                                      >
                                      > > A ile razy jak tlumacze panciom w srednim wieku, ze ten walniety amstaff,
                                      > co
                                      > go sobie ich maz kupil w ramach kryzysu bo ani na Harleya ani na mloda kochanke
                                      > go nie stac, zachowywal by sie byc moze lepiej po zabiegu
                                      >
                                      >
                                      > no a nie prościej byłoby w takim wypadku wykastrować męża?:)

                                      wtedy z pewnoscia nie ruszy sie z kanapy :) cytuje z pamieci: "..siedzi kocur
                                      skastrowany na przypiecku, juz o zonie mu nie myslec, ni o dziecku, juz nie
                                      bedzie lowil myszy w gronie innych towarzyszy.." :)))
                                      --
                                      hey, I just got a call from some crazy blankety-blank claiming he found a real
                                      live dead alien body.
                                • onion68 Re: wewior 16.12.08, 06:13
                                  > Rozwodzę się nad tym dlatego, że zaczęłyśmy tak oceniać tę "Klepkę" właśnie z
                                  > perspektywy *tamtej* epoki, bo z perspektywy obecnej się po prostu nie da.

                                  Popieram. To trochę jakby się dziwić, że szlachetny pan Nowowiejski nabił
                                  człowieka na pal.
                                  Nie da się w miarę uczciwie oceniać pewnych zjawisk z perspektywy współczesnego
                                  stanu świadomości (to odnośnie psów i kotów w powieściach XIX - pocz. XX w.) i
                                  współczesnych warunków.
                                  --
                                  Stało się coś strasznego! To się nazywa Wigilia!
                                  Tove Jansson
                              • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 23:13
                                ananke666, to nie byla moda tylko koniecznosc, pies pracujacy w
                                lesie np czesto sobie ogon kaleczyl. Teraz tez sie zdarza, ze
                                doroslemu juz psu trzeba ogon amputowac, bo go sobie uszkadza (moja
                                kolezanka tu czasem zaglada ale sie nie przyznaje i jej pies wlasnie
                                sobie z nadmiaru entuzjazmu ogon uszkadza, moze sie odezwie ;))) .
                                Ciecie uszu u ras bojowych ograniczalo mozliwosc chwytu i mniej
                                uszkodzen, u innych ras czasem mniej infekcji, ktore bywaja czestsze
                                przy uszach klapnietych. Wilcze pazury tez sie usuwalo dla dobra
                                psa, sa rasy, gdzie sie ich wymaga i nieestety to dosc urazowy
                                element jest. poza tym takie korekty poprawialy ogolne wrazenie.
                                Pozniej taki a nie inny typ wpisano do wzorca rasy i tak zostalo. I
                                teraz wychodza rozne smieszne rzeczy jak np. bokser z polstojacymi
                                uszami, ktorych w okresie kiedy sie uszy kopiowalo nikt by nie
                                ogladal. Dla mnie osobiscie z czysto estetycznego punktu widzenia
                                niektore rasy lepiej sie prezentowaly w wersji kopiowanej, ale
                                przyznaje, ze o ile ciecie ogonow nie przeszkadza mi wcale - robilo
                                sie to malym szczeniakom i rana goila sie blyskawicznie - o tyle
                                stawianie kopiowanych uszu, zwlaszcza cietych na tzw. plomien czyli
                                dosc dlugich i waskich - to byl koszmar dla psa, miesiace w
                                plastrach, rany na uszach itp. Krocej ciete i dobrze osadzone
                                stawialy sie latwiej.
                                Na szczescie kotom sie tego nie robi, a psy, ktore mi sie podobaja,
                                albo maja ogony i uszy naturalne, albo wrodzony brak ogona, albo
                                dobrze wygladaja z dlugim ;)
                                --
                                ---------------------------------------------------
                                - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
                                ze mnie tu nie ma.
                                • ananke666 Re: wewior 16.12.08, 10:07
                                  Ja to wszystko wiem, niemniej jestem zwolenniczką poglądu, że cięcie powinno następować wyłącznie tam, gdzie stanowi mniejsze zło. Dobermany, dogi niemieckie, boksery, rottweilery itp. co prawda o wiele lepiej wyglądają z ciętymi uszami, co przyznaję bez bicia, ale u licha, przecież to boli!
                                  Rasy bojowe... na szczęście zakaz walk psów ma coraz szerszy zasięg. Poza nimi cięcie uszu nie ma wielkiego sensu.
                                  --
                                  Tupecik
                                  • yowah76 Re: wewior 16.12.08, 18:58
                                    Rasy bojowe z pochodzenia, mialam na mysli.
                                    Ciecia uszu, jak pisalam, nie popieram.
                                    Ale popatrz na to:
                                    www.westminsterkennelclub.org/breedinformation/herding/images/beauceron.jpg
                                    i na to:
                                    www.riahorter.com/Dog%20Photography_Beauceron%201.jpg
                                    Szkoda, ze to takie przykre dla psow ;)
                                    --
                                    ---------------------------------------------------
                                    - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
                                    ze mnie tu nie ma.
                                    • ananke666 Re: wewior 16.12.08, 21:59
                                      Co mam patrzeć, też wiem, że kopiowane ładniejsze. Bauceron z kopiowanymi zresztą zawsze z diabłem mi się kojarzył. A dobermany z kopiowanymi? Dogi niemieckie?... Piękne przecież:
                                      www.kateconnick.com/postcards/doberman0607.jpgi
                                      www.mydogbreed.com/images/doberman-pinscher.jpg
                                      ładniejsze niż to:
                                      www.dogs-central.com/dogs-puppies/doberman-pinscher-puppy/images/doberman4.jpg
                                      ale to już niekoniecznie ładne:
                                      www.doginfopedia.com/images/doberman-ears.jpg
                                      Boli i już. Sumienie by mnie gryzło.

                                      --
                                      Tupecik
                                      • yowah76 Re: wewior i insze bestyje 16.12.08, 23:14
                                        Moi znajomi kupili pierwszego chyba w Lodzi i okolicach beaucerona,
                                        obcieli mu uszy (w miare krotko, wiec szybko stanely; te dobki ze
                                        zdjecia beda sie dlugo meczyc z takimi dlugimi - to juz jest typowo
                                        dekoracyjne ciecie a nie uzytkowe); pies mial tak z 5 miesiecy a
                                        ludzie bali sie na posesje wejsc, chociaz ciapciak z niego byl
                                        totalny - wystarczylo, ze popatrzyl;))) Dla niewtajemniczonych w
                                        rase - wyobrazcie sobie cos z urody miedzy rottweilerem a
                                        dobermanem, ze skosnymi oczami troche jak u bullterriera, stojacymi
                                        malymi uszkami i morda pelna bialych nowiutkich zabkow, no wilkolak
                                        jako zywo ;) A z klapciatym uchem to juz nie to, leb sie jakis
                                        baniasty robi.

                                        Z drugiej strony, te z ich bokserow (bo glownie mieli boksery
                                        wtedy), ktore mialy uszy nie ciete, permanentnie mialy te uszy
                                        pokaleczone, albo po brzegach o cokolwiek, albo ogryzione przez
                                        kogos. No chyba nie ma dobrego wyjscia, moze pies, ktory jest
                                        klasycznie pokojowy i sam w rodzinie sobie tych uszu tak nie obija,
                                        ale na wsi i w grupie krotkie chyba jednak praktyczniejsze byly...
                                        --
                                        ---------------------------------------------------
                                        - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
                                        ze mnie tu nie ma.
                        • croyance Re: wewior 16.12.08, 02:05
                          Bo podobno wiewiorki to szczury z lepszym PR.
                          --
                          'People worry about kids playing with guns, and teenagers watching
                          violent videos (...). Nobody worries about kids listening to
                          thousands - literally thousands - of songs about broken hearts and
                          rejection and pain and misery and loss'
                          • nessie-jp Re: wewior 16.12.08, 02:25
                            croyance napisał:

                            > Bo podobno wiewiorki to szczury z lepszym PR.

                            Nawet po łacinie nazywają się Szczurus, i to w dodatku Wulgarny Szczurus:

                            en.wikipedia.org/wiki/Sciurus_vulgaris
                            Straszne. "Wiewiórka" brzmi jednak o tyleż lepiej.

                            --
                            "Don't put your trust in revolutions. They always come around again. That's why
                            they're called revolutions. People die, and nothing changes." -- (Terry
                            Pratchett, Night Watch)
                      • ananke666 Re: karpie 15.12.08, 21:56
                        > Z tymi czipmankami i innym skwirelami to jest dziwna sprawa. Posłałam kiedyś do
                        > Hameryki zdjęcie zwykłej, rudej wiewiórki i wzbudziłam sensację: co to za
                        > gatunek?! A dlaczego on ma takie długie uszy?? A dlaczego on ma takie pędzelki
                        > na tych długich uszach? A dlaczego on ma taki wieeeelki ogon?!

                        Pytania z gatunku idiotycznych ;) Bo takie urosły, przecież se nie przyczepił na Halloween! To tak, jakby ktoś odkrył wielką sensację, że jak to, słoń afrykański ma większe uszy niż indyjski i dlaczego...

                        Chmielewska owszem, jest francuskojęzyczna, ale do Kanady, gdzie oglądała czipmanka i grandhoka, pojechała do swojej ciotki, syna, synowej i wnuczki, wszystkie te osoby władały angielskim. Wystarczyło spytać, jaka może być pisownia tych słów i wziąć do ręki słownik.


                        --
                        Tupecik
                        • nessie-jp Re: karpie 15.12.08, 22:04
                          > Pytania z gatunku idiotycznych ;) Bo takie urosły, przecież se nie przyczepił n
                          > a Halloween! To tak, jakby ktoś odkrył wielką sensację, że jak to, słoń afrykań
                          > ski ma większe uszy niż indyjski i dlaczego...

                          E, dzieci to były, święcie przekonane, że ja coś mylę i to tajemnicze zwierzę z
                          obcej planety z całą pewnością nie jest skwirelem :) A ja byłam zdumiona
                          zwrotnie, bo naiwnie wierzyłam, że wszystkie wiewiórki (tak jak proletariusze)
                          na całym świecie są takie same.

                          --
                          ADMIN - Antypatyczny Dreczyciel Masowo Indoktrynowanych Niewiniatek (furtive_kitten)
                        • yowah76 Re: karpie 15.12.08, 22:12
                          Moze one osoby tak angielskim wladaja jak jeden pan tutaj, co chcial
                          mi pokoj wynajac i oznajmil, ze w ogrodku jest szedzik na rowery.
                          --
                          ---------------------------------------------------
                          - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
                          ze mnie tu nie ma.
                          • ananke666 Re: karpie 15.12.08, 22:14
                            Raczej nie. Ciotka jak ciotka, ale syn angielskim władał jak własnym, miał obywatelstwo kanadyjskie, a wnuczka lepiej po angielsku mówiła niż po polsku.
                            --
                            Tupecik
                      • the_dzidka Re: karpie 16.12.08, 12:43
                        > Nie znam Chmielewskiej osobiście, a literacko tylko starsze
                        pozycje, ale wydaje
                        > mi się, że ona bardziej francuskojęzyczna jest?

                        Owszem, ale żeby rodzina w Kanadzie też nie wiedziała, jak to się
                        pisze?

                        --
                        Dzidka

                        ~~ Outernet. To ten dziwny i niezrozumiały świat, który znajduje się
                        poza Internetem. ~~
                      • ready4freddy Re: karpie 16.12.08, 15:14
                        nessie-jp napisała:


                        > Nie znam Chmielewskiej osobiście, a literacko tylko starsze pozycje, ale wydaje
                        > mi się, że ona bardziej francuskojęzyczna jest?

                        oui, "maquillage" pisze z akcentem z Champs-Elysees :)

                        --
                        miecz przeznaczenia ma dwa ostrza... scyzoryk przeznaczenia ma dwa ostrza,
                        korkociag, srubokret i otwieracz do konserw.
            • yowah76 Re: karpie 15.12.08, 19:21
              Wtedy to chodzilo chyba glownie o to, zeby swiezy byl. A karp, zeby
              byl smaczny musi wazyc gora kilo dwadziescia, no, poltora
              ostatecznie. Jak ktos kupuje pieciokilowe smoki, to nic dziwnego, ze
              zalatuja mulem, swoje juz przezyly...
              --
              ---------------------------------------------------
              - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
              ze mnie tu nie ma.
            • the_dzidka Re: karpie 16.12.08, 12:41
              Ostatnio zachwyciłam sie powiedzeniem kumpelki, kiedy przy smażeniu
              kotlecików chrzanowych zanadto skupiła się na czytanej jednocześnie
              książce:
              "Żarełko nam się nieco SKARMELIZOWAŁO!"
              :-)

              --
              Dzidka

              ~~ Outernet. To ten dziwny i niezrozumiały świat, który znajduje się
              poza Internetem. ~~
      • niq_miejski Re: karpie 15.12.08, 18:44
        kkokos napisała:

        > wydaje mi się, że generalnie w latach 70. nikt się losem karpi nie
        > przejmował. autorka wątku trochę przykłada dzisiejszą świadomość do
        > tamtych czasów, a naprawdę bylo to powszechne, że przynosiło się
        > żywego karpia, choćby i tydzień przed świętami, jeśli akurat
        > rzucili, i przez ten tydzień hodowało się go w wannie.

        Czy ja wiem? Żyłam w latach 70tych i jak najbardziej się przejmowałam. Już za
        pierwszym odczytem SzK (A.D. 1978) ten akurat fragment zmartwił mnie podobnie
        jak kropelkę.
        I już wtedy przeszkadzało mi wysługiwanie się Cielęciną. Natomiast cała resztę
        książki bardzo - ale to bardzo - lubiłam, czytałam ją na okrągło, z różnych
        powodów nie byłam bardzo szczęśliwą osobą i ta książka mnie ogrzewała przez
        wiele lat. Do tej pory ją lubię, choć dawno jej nie czytałam.
        Rodzina Żaków ma swoje felery, ale w porównaniu z Borejkami to miód malinowy.
        Leseferyzm to wada którą lubię bodajże najbardziej ze wszystkich wad :-)
        • onion68 Re: karpie 15.12.08, 19:24
          Witam autorkę wątku :)

          Nie da się ukryć, że smętny los Cielęciny był w części jej zasługą -
          wykorzystywano ją, bo na to pozwalała. Umiała Julia tłuc szklanki? Rozumiem, że
          zakompleksiona, pozbawiona w swojej opinii zalet Cesia starała się pilnością
          zasłużyć na miłość, ale raczej nie mam wątpliwości, że gdyby powiedziała
          rodzicom, że klasówka, to czy tamto, wykazaliby zrozumienie. W końcu w innych
          sytuacjach wykazywali.
          A na mamę Żak egoistycznie nie dam powiedzieć złego słowa, ja, mistrzyni
          pysznego makaroniku ;)
          --
          Stało się coś strasznego! To się nazywa Wigilia!
          Tove Jansson
    • nessie-jp Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 19:17
      A ja właśnie bardzo lubię Sixth Sense za te wszystkie wady jej bohaterów: za to,
      że mama Zakowa jest wyrodną matką (bo to zła kobieta była...), za to, że
      Juleczka jest leniwa, a Zaczek nie radzi sobie wychowawczo, za to, że Cielęcina
      się umartwia na własne życzenie (bo naprawdę ona sama się do tych prac domowych
      rzucała w ramach samobiczowania i wyrabiania charakteru). Za to, że Bobcio
      kładzie półżywe myszy na stole, Zaczek im robi masaż serca, a ciocia Wiesia
      chlipie. I za to, że Cielęcina zwiększa swój prestiż w stadzie, umiejętnie
      przejmując opiekę nad cudzym niemowlęciem i diagnozując Bobcia. I za to, że
      dziadek jest domowym tyranem i na stare lata doszedł już do literki "D" w
      bibliotece.

      Bo właśnie dlatego, że każdy z tych bohaterów był taki niedoskonały, taki z
      wadami, nie pretendując do miana Swiętej Matki-Polki, ideału -- ta rodzina jest
      prawdziwa i bliska. Mama Zakowa jest leniwa i nie lubi gotować -- ja też jestem
      leniwa i nie lubię gotować. Zaczek się gubi w próbach wychowawczych -- ja też
      się gubię. Dziadek jest poirytowany na świat i czuje się mało potrzebny -- i
      mnie się to zdarza. Cielęcina kochana szuka swoich mocnych stron i znajduje --
      mam nadzieję, że i ja swoje znalazłam.

      Niby dlaczego powieściowa mama miałaby być ideałem? Kto ma idealną matkę bez
      żadnych wad i jest z tego zadowolony, niech podniesie rękę :)))

      A co do makaronu z pysznym sosikiem, to proszę się odczepić. Przecier pomidorowy
      jest bardzo zdrowy, to jedna z najlepszych zimowych jarzyn. Mnóstwo
      przeciwutleniaczy, witamin i w ogóle -- tylko wchłaniać. Mówię to jako osoba,
      która wychowała się na makaroniku z pysznym koncentratem pomidrowym albo
      alternatywnie z pysznym białym serkiem z cukrem. Tak to wtedy bywało -- gdy w
      rodzinie nie było osoby poświęcającej cały dzień na zakupy, o cukiniach i
      pomidorach zimą można było tylko pomarzyć. A u Zaków tak naprawdę tylko Cesia ma
      chęć i aspiracje, żeby zostać Panią Domu. I czemu, kurczę, nie? Każdemu według
      potrzeb.

      Karpie natomiast -- błe. Biedactwa :( Ale i dzisiaj wcale ich los nie jest
      lepszy. Zdecydowanie wolę ryby występujące w kostce. Zeby one jeszcze tak od
      początku sobie w mroźnym oceanie pływały w tych kostkach, to już bym miała
      zupełnie spokojne sumienie...

      --
      Every procedure for getting a cat to take a pill works fine -- once. Like the
      Borg, they learn... -- Terry Pratchett
        • jottka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 20:12
          no więc podpisując się pod koleżeństwem (mama żakowa jest postacią - nie matką -
          idealną, gdyż do ideału jej daleko, czyli zen na co dzień:), chciałam tylko
          dodać, że jako dziecko peerelu znałam paprykę w kilku smakach, cukinię,
          skorzonerę alias salsefię vel czarne korzonki i parę innych antysocjalistycznych
          osobliwości wyłącznie dlatego, że mam matkę tkniętą ostrą manią ogrodniczą, a
          ona, moja matka, ma paru przyjaciół dotkniętych tą samą chorobą.

          ale to sytuacja nietypowa była i mama żakowa z makaronem czy fasolką spokojnie
          mieści się w normie wychowawczej. moja mam też zresztą nie dostarczała mi w
          nadmiarze pożywnego białka wołowego czy wieprzowego, bo za nim trzeba by się
          naonczas specjalnie uganiać, a na to nie miała czasu ni ochoty, biały ser i
          kiszona kapusta też są ale pyszne:)

            • jottka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 20:25
              jednakowoż, by zachować sprawiedliwość, gdy zdarzało mi sie odwiedzać moją
              ciotkę, starszą siostrę mej abnegackiej matki, to zachowywałam sie gorzej niż
              borejkówny u ciotki feli:) ale do dziś zostało mi przekonanie, że mięso jest
              elementem niezbędnym w żywieniu psa czy kota, ale nie człowieka.
              • niq_miejski Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 20:49
                Bardzo wiele rodzicielskich wad jest w gruncie rzeczy ok, bez konsekwencji dla
                otoczenia, patrz - dla dzieci... jesteśmy tylko ludźmi i każda/każdy z nas ma
                wady, nie jest bynajmniej tak, że lubimy ludzi za ich zalety - lubimy ich za
                całokształt, rodziców też... Problem zaczyna się często dopiero wtedy, gdy
                rodzice są ideałami. Własnie dlatego, że nikt z ans ideałem nie jest - bycie
                ideałem ksoztuje, na ogół płacą za to dzieci, które obarczane są wszelkimi
                ciemnymi stronami rodziców i muszą je dźwigać, często także po śmierci rodziców.
          • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:37
            jottka napisała:

            chciałam tylko
            > dodać, że jako dziecko peerelu znałam paprykę w kilku smakach, cukinię,
            > skorzonerę alias salsefię vel czarne korzonki i parę innych antysocjalistycznyc
            > h
            > osobliwości

            nie mam pojecia, skad wam sie wziela ta "antysocjalistycznosc" papryki czy
            cukinii. o ile wiem, te warzywa jadane sa od wiekow przez bratnie narody Slowian
            poludniowych, Bulgarow i Wegrow :) nawet i baklazan nie jest imperialistycznym
            wynalazkiem podzegaczy wojennych z Capitolu, a podstawa jadanej w Bulgarii musaki :)
            --
            hey, I just got a call from some crazy blankety-blank claiming he found a real
            live dead alien body.
            • jottka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 17:55
              ready4freddy napisał:

              > nie mam pojecia, skad wam sie wziela ta "antysocjalistycznosc" papryki


              stąd, że pierwsze bułgarskie skrzynki z papryką pojawiły się w sklepach bodaj w
              późnych latach 60. i stanowiły sensację:) co zresztą potwierdzają posty
              koleżanek, jak to jedna czy druga babunia obrzydlistwa do ust wziąć nie chciała.
              popularyzacja i uswojszczenie warzywa nastąpiło dużo później.

              mnie nie idzie o to, że demoludy papryki czy cukinii nie znały, tylko o to, że w
              peerelu z rozmaitych powodów skutecznie zanikła znajomość warzyw, które u nas
              wymagają szklarni do bardziej masowej hodowli (typu bakłażan czy nieszczęsna
              papryka, jedną sobie na oknie wyhodujesz, ale na sprzedaż potrzebujesz
              oranżeryjnych warunków). za to sprawna wymiana handlowa z dowolnymi państwami,
              nawet bratnimi, to nie była akurat jedna z najmocniejszych stron słusznie
              minionego reżimu:)
        • jota-40 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 20:55
          Bardzo mi się spodobała opowieść Kkokosa o karpiu, mamie i babci ;)).

          A ja karpia lubię. Nie, nie budzi we mnie zadowolenia widok biednych ryb,
          stłoczonych w basenikach etc. Ale wychowywałam się w domach artystek kulinarnych
          (mam na myśli babcie ;)) i w efekcie do dziś próbujemy osiągnąć ten mistrzowski,
          słodkawy smak faszerowanego karpia po żydowsku babci. Fantastyczna potrawa -
          pozbawiona choćby śladu ości... Ech, niech żałuje, kto tego nigdy nie jadł. W
          każdym razie dobrze przyrządzony karp (a smażony na masełku?... pychotka) to
          danie mistrzowskie w porównaniu z inszymi morszczukami.

          Nie chcę się powtarzać, ale jednak autorka wątku nie może dobrze pamiętać lat
          70-tych - bo już choćby takie 80-te pod względem warzyw były dużo lepsze
          (pojawiły się kabaczki i cukinie, co z tego, że wielkości traktora). W czasach
          gierkowskich cymesem była papryka (czasem widoczna na straganach w sezonie) i
          pieczarki. Sałata, rzodkiewki, ogórki - owszem, bywały może szklarniowe, ale
          poza sezonem letnim - potwornie drogie; kupowało się je czasem jako luksus na
          święta.
          Mamę Żakową lubię, mimo wszystkich jej wad. Mało tego - mam wrażenie, że Cesia
          na ogół czuje się kochana - zarówno przez matkę, jak i przez ojca, który BTW
          wcale mi się nie wydaje być burakiem!... Tak naprawdę nie chodzi o miłość
          deklaratywną, ale o to ciepło wszechogarniające. Czuje się je doskonale. I
          pewien luz psychiczny - który jest co najmniej tak samo ważny, jak witaminy w
          marchewce ;)).
          • verdana Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 21:18
            O ile pamietam, ogórków na swieta nawet nie było. Zwracam uwage na
            pieść "Adio pomidory", ktora dobrze oddaje problem.
            Owszem, byly domy, w ktorych byla i cielecinka i inne pysznosci.
            Można je było zdobyć mając zaprzyjaźniona tzw "babe z cielecina",
            niektore luksusy kupowano w Pewexach, niektore moje kolezanki
            wystawały w wielogodzinnych kolejkach.
            Ja karmilam trzylatki kaszanką, woląc miec dzieci karmione
            zgrzebnie, z ktorymi mogę zpedzić czas, niz marnować ten czas na
            wystawanie godzinami "za szynką".
            A już zdanie, ze zadaniem 16-klatki jest przede wszystkim się uczyć,
            mnie dobiło. Prowadzenie gospodarstwa to tez nauka, nie całe życie
            trzeba poswiecić jedynie przyszłej pracy zawodowej.
            Drastycznie - pamiętam, jak uczeń pytał mnie, ile razy w miesiacu w
            Oswięcimiu zmieniali posciel... To wprawdzie nie tej klasy brak
            wyobraxni, ale jednak brak.
            --
            Mops i kot

            img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
            • ananke666 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 22:33
              Zgadzam się. Ogórków ani pomidorów poza sezonem po prostu nie było. W sezonie, o tak, ogórków, pomidorów, rzodkiewek, sałaty, szczypiorku itp. było dużo i były one tanie, ale pierwsze pojawiały się chyba dopiero w maju, a i to pod koniec. Pamiętam, że najpierw w domu była orgia ogórków, a później przesiadaliśmy się częściowo na pomidory. Nota bene pyszne, pachnące...
              Zimowa panorama warzywniaka Gargamela (pan ów dostał przydomek później, kiedy weszły na ekrany Smurfy, pan do Gargamela jest szalenie podobny) poza ziemniakami i włoszczyzną obejmowała głównie kapusty: kiszoną, białą i czerwoną, kiszone ogórki, kilka odmian jabłek... gruszki bywały rzadziej i drogie... skrótowo - owoce i warzywa trwałe. Pieczarki były rzadko i kosztowne, kupowało się do luksusowych obiadów. Cytrusy dostępne pojawiły się pod koniec lat 80., wcześniej był to rarytas, np. pomarańcze kojarzą mi się właśnie ze świętami.

              > A już zdanie, ze zadaniem 16-klatki jest przede wszystkim się uczyć,
              > mnie dobiło. Prowadzenie gospodarstwa to tez nauka, nie całe życie
              > trzeba poswiecić jedynie przyszłej pracy zawodowej.

              Popieram. Potem się okazuje, że osoba przed dwudziestką nie potrafi w ogóle gotować ani zrobić niewielkiego prania, bo ani tego nie robiła, ani nawet przy tym nie pomagała, zwalając wszystko na mamusię. Nie twierdzę, że każdy musi bezwzględnie umieć, niemniej się przydaje. Nie zawsze mamusia będzie obsługiwać. Znałam typa, dwudziestoparoletniego byka, który po powrocie z dwutygodniowego rejsu po Mazurach kolejne dwa tygodnie oglądał swoje brudne i zatęchłe ciuchy, wywalone na kupę w pokoju. Mamusia była akurat na wczasach, a synio nie umiał obsłużyć pralki.
              --
              Tupecik
              • agnieszka_azj Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 22:54
                ananke666 napisała:

                > Zgadzam się. Ogórków ani pomidorów poza sezonem po prostu nie
                było. W sezonie,
                > o tak, ogórków, pomidorów, rzodkiewek, sałaty, szczypiorku itp.
                było dużo i był
                > y one tanie, ale pierwsze pojawiały się chyba dopiero w maju, a i
                to pod koniec
                > . Pamiętam, że najpierw w domu była orgia ogórków, a później
                przesiadaliśmy się
                > częściowo na pomidory. Nota bene pyszne, pachnące...

                Pyszne, pachnące i z czasem robiły się miękkie. Ostatnio ze
                zdziwieniem skonstatowałam, ze zniknęło z naszego życia coś, co
                nazywało się "pomidory na zupę" - czyli (gryps z epoki dla młodego
                pokolenia ;-) już za miękkie na sałatkę, ale znakomite do duszenia.
                Natomiast te, co teraz mozna nabyć nawetw grudniu, jako żywo
                przypominaja kule bilardowe - twarde, pomarańczowe i bez zapachu
                (że o smaku nie wspomnę)


                > Zimowa panorama warzywniaka Gargamela (pan ów dostał przydomek
                później, kiedy weszły na ekrany Smurfy, pan do Gargamela jest
                szalenie podobny) poza ziemniakam
                > i i włoszczyzną obejmowała głównie kapusty: kiszoną, białą i
                czerwoną, kiszone
                > ogórki, kilka odmian jabłek... gruszki bywały rzadziej i
                drogie... skrótowo - o
                > woce i warzywa trwałe. Pieczarki były rzadko i kosztowne,
                kupowało się do luksusowych obiadów. Cytrusy dostępne pojawiły się
                pod koniec lat 80., wcześniej był
                > to rarytas, np. pomarańcze kojarzą mi się właśnie ze świętami.

                Były jeszcze buraki i groszek w puszkach. Dość częstą zimową
                jarzynką w moim domu była marchewka z groszkiem.
                Pieczarki w latach siedemdziesiątych były dość drogie i raczej na
                codzień ich nie jadano. Bardziej masowo pojawiły się w latach
                osiemdziesiatych - wtedy rozkwitły prywatne pieczarkarnie.

                A pamietacie z lat osiemdziesiatych zapiekanki z pieczarkami
                sprzedawane z przyczep kempingowych na ulicy ? Taka kryzysowa
                następczyni hot - doga ;-)

                Jabłek za to było wiele odmian i były pyszne. Jabłka stanowiły w
                zimie dla mnie głowne źródło witamin.

                Pomarańcze przed świetami - zawsze w telewizji informowali o
                przybyciu statkow z cytrusami, a pootem relacjonowali postepy w
                rozladunku.
                No i pomarańcze kubańskie - jedyne w swoim rodzaju ;-)

                --
                Agnieszka, mama Ani, Zosi i Julki

                Mały pokój z książkami czyli o dobrych książkach dla dzieci i młodzieży
                • yowah76 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 23:14
                  Ale te bulki z pieczarka to byly prawdziwe buli a nie te waciane co
                  teraz daja, i podpiekali to w piecykach a nie w mikrofali, mmm,
                  prawdziwe...
                  --
                  ---------------------------------------------------
                  - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
                  ze mnie tu nie ma.
                • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 09:24
                  agnieszka_azj napisała:

                  > Ostatnio ze
                  > zdziwieniem skonstatowałam, ze zniknęło z naszego życia coś, co
                  > nazywało się "pomidory na zupę" - czyli (gryps z epoki dla młodego
                  > pokolenia ;-) już za miękkie na sałatkę, ale znakomite do duszenia.

                  a nieprawda :) na bazarku koło mnie dalej są, co roku!
                • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:31
                  agnieszka_azj napisała:

                  > Ostatnio ze
                  > zdziwieniem skonstatowałam, ze zniknęło z naszego życia coś, co
                  > nazywało się "pomidory na zupę" - czyli (gryps z epoki dla młodego
                  > pokolenia ;-) już za miękkie na sałatkę, ale znakomite do duszenia.
                  > Natomiast te, co teraz mozna nabyć nawetw grudniu, jako żywo
                  > przypominaja kule bilardowe - twarde, pomarańczowe i bez zapachu
                  > (że o smaku nie wspomnę)

                  jakis straszny chlam wam wciskaja :) rozumiem, w czym problem: pomidory na zupe
                  to te, ktore u mnie funkcjonuja jako "pomidory do sosu" (nie tylko wloskie,
                  rowniez hiszpanskie czy holenderskie, takie okragle i mocno czerwone). natomiast
                  twarde, jasnopomaranczowe i raczej pol-kuliste niz kuliste to pomidory
                  salatkowe. i pewnie o tych ostatnich mowa (swoja droga sa bardzo dobre, odkrylem
                  je calkiem niedawno - poprzednio uznawalem tylko te "sosowe", w dodatku
                  brutalnie pozbawialem je skory przy pomocy wymyslnych tortur we wrzatku, a to
                  sprawia, ze staja sie miekkie i do salatek nie nadaja.

                  za to ogorkow zazdraszczam, bo w tym dzikim kraju ludnosc nie kocha ogorkow,
                  wiec nie przywiazuje do nich wagi, w efekcie to, co jest nie nadaje sie do
                  konkursu "ogorek stulecia" :) za to na poludniu opanowali uprawe malych,
                  niedojrzalych i kudlatych melonow, przypominajacych ksztaltem i smakiem
                  delikatne ogorki, wiec nie jest zle.
                  tyle w moim ulubionym temacie warzywnym, ogorkowo-pomidorowym :)
                  --
                  miecz przeznaczenia ma dwa ostrza... scyzoryk przeznaczenia ma dwa ostrza,
                  korkociag, srubokret i otwieracz do konserw.
              • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 09:20
                ananke666 napisała:

                > Zgadzam się. Ogórków ani pomidorów poza sezonem po prostu nie
                było. W sezonie,
                > o tak, ogórków, pomidorów, rzodkiewek, sałaty, szczypiorku itp.
                było dużo i był
                > y one tanie, ale pierwsze pojawiały się chyba dopiero w maju, a i
                to pod koniec
                > .

                pamiętam, że u mnie w domu pierwszego ogórka kupowało się na
                wielkanoc, własnie tak świątecznie, drogi był okropnie, zapewne
                szklarniowy, ale był jeden (moja matka nie uznawała i nie uznaje
                ogórków z pestkami, tylko długie wężowe), więc można było zaszaleć.
                i przez lata ogórek kojarzył mi się z wielkanocą bardziej niż biała
                kiełbasa, do której nikt u nas w domu nabożeństwa nie miał :) gdy
                kilka lat temu, kiedy już jedliśmy ogórki okrągły rok, znalazly się
                one na stole w boże narodzenie, poczułam po prostu zgrzyt :)

                > Cytrusy dostępne pojawiły się pod koniec lat 80., wcześniej był
                > to rarytas, np. pomarańcze kojarzą mi się właśnie ze świętami.

                inaczej - cytrusy były w latach 70., te słynne statki z
                pomarańczami, co to przed świętami ich dobicie do polskich portów
                oznajmiano w dziennku telewizyjnym, a w drugiej połowie lat 70. -
                "wieczorze z dziennikiem". zniknęły w 80. oczywiście, a w moim
                pobliskim warzywnym przez dłuuuugie lata wisiała kolorowa wywieszka
                z napisem "owoce cytrusowe myj gorącą wodą" (wtedy przecież prawie
                nie było reklam, a w sklepach wisiały różne plakaty propagandowe lub
                edukacyjne, bywało coś o alkoholu i zaletach drobiu lub serów). tyle
                lat klienci nabijali się z tej wywieszki, a ajent (pamiętacie sklepy
                ajencyjne?) twardo ją trzymał. poległa dopiero w okolicach '89, gdy
                sklep został sprzedany i urządzono tu zwykły spożywczy
                samoobsługowy.


          • dakota77 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 22:28
            Poniewaz ja wspomnailam o morszczukach, dla porzadku rzeczy dodam co nastepuje-
            nie, nie uwazam, zeby to byla ryba o super smaku. To nie losos ani mahi-mahi.
            Ale moja rodzina twardo jadla te banalne filety, nie chcac mordowac karpi, a nie
            majac wowoczas na rynku wielkiego wyboru, jak o inne gatunki chodzilo. I owszem,
            rzecz gustu, ale dla mnie karp, chocby nie wiem jak dobrze przyrzadzony, nie
            jest ryba smaczna, delikatnie mowiac. Co kto lubi, OK? Jesli o ryby i tradycje
            rodzinne chodzi;-)
            --
            dakotascatsandclothes.blogspot.com
            • wushum zwierzyna 15.12.08, 23:24
              Witam
              Ja jeszcze, co do karpika - już w bodaj wątku Sprężynowym wywiązała się
              dyskusja, na temat niefrasobliwego traktowania "żywizny" wszelakiej przez MM. W
              domu rodziców /bo Święta rodzinnie spędzamy/ jest może dziwny zwyczaj, ale się
              przyjął - są kupowane oddzielnie filety - bądź karpie martwe, bez łepetyny itp,
              dodatkowo zaś - jeśli są bony /z pracy/ na żywe karpie w jakimś markecie, a jak
              nie, to kupujemy minimum 1 żywego i mój tata wybiera się z wiaderkiem nad rzekę
              lub staw, gdzie takowego wypuszcza. Czasem więcej, wtedy jest wycieczka w kilka
              osób. Oczywiście, niektórzy twierdzą, że robimy źle, bo na pewno woda nie jest
              dostatecznie zdrowa dla karpia itp, ale myślę, że nie jest tak źle:)
              Pozdrawiam
                • wushum Re: zwierzyna 15.12.08, 23:55
                  Ale wszystkie żywe karpie zostają zabite, wiem jak to działa, bo kiedyś
                  chodziłam po takich sklepach i wszędzie mówili, że jak Wigilia blisko, wszystkie
                  idą pod nóż. I w końcu ktoś to kupi, a jak nie, wyrzucą. Nie mam wpływu na
                  odławianie, kiedyś myślałam, że takie działania "nie kupuję to coś zmienię" coś
                  dają, a tak na prawdę nie mają sensu, bo to stado ludzi powinno robić, a nie
                  jednostki. Karpie i tak idą pod nóż, cierpiąc do końca, dusząc się i miażdżąc,
                  widząc /wg mnie/ co dzieje się z ich "karpimi braćmi i siostrami", wolę jednak
                  kilka wypuścić żywych, niż dać sadystom tłuc je drewnianymi pałami po głowach /i
                  to ze śmiechem/, a wcześniej długo męczyć. Może chociaż kilka się uratuje, może
                  będą miały małe karpiki :)
                  Pozdrawiam
                  • mmaupa Re: zwierzyna 16.12.08, 00:15
                    No tak, ale popatrz chocby na wypowiedzi na forum, wiekszosc kupuje oprawione
                    karpie albo inne ryby. W mojej rodzinie tez sie zreszta tak robi, zywego karpia
                    w wannie widzialam chyba tylko we wczesnym dziecinstwie. Czyli zbiera sie powoli
                    grupka "sprawiedliwych" :)
                    Co do usmiercania ryb - tluczenie (sprawnym, szybkim, mocnym pojedynczym
                    uderzeniem) drewniana pala po glowie jest niestety najbardziej humanitarna
                    metoda. Inna sprawa jest przymusowy pobyt w zatloczonym baseniku, to
                    rzeczywiscie niepotrzebne meczenie zywych stworzen.

                    Poza tym niestety nie masz gwarancji, ze po drugiej stronie stawu nie siedzi
                    wedkarz :/. Moze w grudniu mu za zimno.

                    --
                    Don't panic, it's organic!
                    • wushum Re: zwierzyna 16.12.08, 00:52
                      Wolę coś zrobić niż mówić, że może tam siedzi wędkarz. Ja widzę bardzo wiele
                      pojemników z krwistą wodą, gdzie cisną się karpie, widziałam też jak tłuką
                      karpia i wcale nie było to umiejętne, ani humanitarne, było koszmarne, a ludzie,
                      którzy tłukli zaśmiewali się przy tym - miałam ochotę kupić wszystkie żywe
                      karpie...a pałką tłuc ludzi...brrrr...na samo wspomnienie...
                      Ja wolę czyn, niż zastanawianie się, czy i o ile karpiowi będzie lepiej na
                      wolności. Osobiście uważam, że lepiej zdechnąć jako wolna istota, niż w gęstym
                      bajorze krwi z wodą, w ścisku, czy być nieumiejętnie bitym pałą po całym ciele i
                      konać w męce.
                      Każdy ma swoje zdanie, pozwól i mi też mieć swoje:)
                      Pozdrawiam
                      • mmaupa Re: zwierzyna 16.12.08, 02:20
                        Alez pozwalam, oczywiscie! Ja nie potepiam, po prostu watpie, czy takie
                        dzialanie ma sens na dluzsza mete (bo dla jednego karpia w roku ma, rzecz jasna).

                        Skonczylam niedawno pisac raport na temat handlu egzotycznymi zwierzetami, gdzie
                        mechanizm byl podobny - turysci litowali sie nad ptaszkiem/wiewiorka/malpka na
                        tajskim czy indonezyjskim rynku, kupowali w najlepszej wierze, a handlarz zbijal
                        na tym niezla kase, po czym szedl do dzungli po kolejny towar. Prosta sprawa -
                        jest popyt, jest podaz. Ciezko patrzec na cierpienie i nie moc zrobic NIC dla
                        tego konkretnego stworzenia patrzacego blagalnym wzrokiem. Ale za tym
                        stworzeniem stoi nastepne, za nim kolejne itd. Bledne kolo.

                        Po prostu mamy inne wizje dzialania, dobro jednostki vs zmiana systemu.
                        Najlepiej byloby to jakos pogodzic, ale jak?

                        --
                        Don't panic, it's organic!
                        • meg_mag Re: zwierzyna 16.12.08, 04:27
                          i tu Cie mmaupo popieram, rynek jest rynek...

                          gdyby w Polsce nie bylo popytu na "nowa rase" powstala z bezmyslnego kojarzenia
                          maine coonow z persami "bo maja ladne futerko i pedzelki w uszach" to by takie
                          dzikie hodowle nie powstawaly

                          i nie sprzedawano by potem tych kotow na allegro na 200 zl, rozmnazajac je na potege
                          --
                          Przysiądę Ci na kołdrze i w żagle z prześcieradła otulę Twoje sny:)
                          • wushum Re: zwierzyna 16.12.08, 16:44
                            Po pierwsze z tymi turystami, to niezupełnie podobne, ale nie ważne - ideę
                            rozumiem i popierałabym, gdyby zdanie jednostki się liczyło i coś mogło zmienić,
                            ja coraz częściej widzę, że nie może.
                            Pozdrawiam
      • paulina.galli Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 17.12.08, 19:19
        nessie-jp :> A ja właśnie bardzo lubię Sixth Sense za te wszystkie wady jej
        bohaterów (...)Bo właśnie dlatego, że każdy z tych bohaterów był taki
        niedoskonały, taki z
        > wadami, nie pretendując do miana Swiętej Matki-Polki, ideału -- ta rodzina jest
        > prawdziwa i bliska.(...)

        Mam takie samo zdanie i 6Klepka jest chyba moja ukochana 9obok Kłamczuchy)
        ksiazka MM :):):)
        --
        https://images47.fotosik.pl/34/904109de9de07392.jpg
    • mmaupa Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 10:41
      Acha, a propos "okropnej Szotej klepki" - jestem wlasnie w trakcie odswiezania i
      bardziej niz mama Zakowa (ktora jest, moim zdaniem, raczej w porzadku) zaskoczyl
      mnie Zaczek. Zaczek-szowinista, ktory mowi:

      Naprawdę nie mam nic przeciwko emancypacji kobiet. Twórz, kochana Irenko,
      pracuj,ale niech się to nie odbywa kosztem mojego żołądka.

      A przedtem, przy akcji wychowawczej o kryptonimie "Julia":
      To ty miałaś wczoraj umyć naczynia. Czyż matka, pochłonięta sztuką, czyż wiekowy
      starzec, czyż uczące się dziewczę mają wykonywać twą pracę tylko dlatego, że
      jesteś niechlujem?

      Prosze zauwazyc, ze nigdzie nie wspomina o pracujacym ojcu :)

      Ale jak na tamte czasy byl pewnie i tak bardzo pro-feministyczny, zreszta w
      koncu dolaczyl do wspolnego zmywania naczyn (pod kara grzywny).

      --
      Don't panic, it's organic!
    • deszczu_kropelka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 10:43
      Odpowiem na dwa kontrargumenty:

      z tą cukinią faktycznie pojechałam :-) W takim razie skoryguję swoją wypowiedź -
      wystarczyło do tego przecieru pomidorowego dodać utarte i podduszone marchewkę i
      seler, posypać sos natką pietruszki i startym żółtym serem - chwila pracy, i już
      otrzymujemy coś całkiem zjadliwego w miejsce owego dania, które królowało na
      Żakowym stole.

      A poza tym, jakoś Julia - która nie miała żadnego doświadczenia w robieniu
      zakupów! - zdobywała produkty na te swoje wszystkie pyszności - a? :-)

      Nie pisałam, że dzieci nie powinny brać udziału w pracach domowych, uważam wręcz
      przeciwnie. Natomiast pierwszym obowiązkiem nastolatka jest nauka. A sytuacja,
      gdzie szesnastolatka regularnie zarywa noce, opiekując się niemowlęciem obcych
      ludzi, a jej matka - a jej rodzice! - patrzą na to bez mrugnięcia okiem, jest
      dla mnie, szczerze powiedziawszy, patologiczna.

      Ech, dla mnie to żadna ciepła atmosfera w domu Żaków, robią na mnie wrażenie
      bandy błaznów-wesołków. I nie ma co popadać w skrajności, że tacy są lepsi niż
      Borejkowie-chodzące ideały, bo można i żyć fajnie i wesoło, i być odpowiedzialnym.

      Uuuch, ale po tych Żakach nieszczęsnych pojechałam - nie jestem taka zawzięta na
      co dzień, uwierzcie :-)
      • ananke666 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:14
        A przepisy na pyszności można przeczytać i ujrzeć, że do coq au vin jedynym luksusowym towarem były pieczarki, a do Murzyna - czekolada, nie wiem jak z nią było w latach 70. Marchewka Vichy wymagała marchewki, masła i zielonej pietruszki. Rzeczy typu sól i pieprz nie liczę. Pory pod beszamelem - pory, masło, mleko, mąka, musztarda, ciut sera. Wszystko do dostania w sklepie. A i sos mediolański z samego przecieru się nie składał.
        --
        Tupecik
        • deszczu_kropelka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:41
          ananke666 napisała:

          > A przepisy na pyszności można przeczytać i ujrzeć, że do coq au vin jedynym luk
          > susowym towarem były pieczarki, a do Murzyna - czekolada, nie wiem jak z nią by
          > ło w latach 70. Marchewka Vichy wymagała marchewki, masła i zielonej pietruszki
          > . Rzeczy typu sól i pieprz nie liczę. Pory pod beszamelem - pory, masło, mleko,
          > mąka, musztarda, ciut sera. Wszystko do dostania w sklepie.

          A no właśnie, a no właśnie - czyli dało się robić tanie, smaczne i pożywne
          posiłki? :-) Do coq au vin to chyba jeszcze - przede wszystkim - kurczak.

          A sos mediolański to był przecier pomidorowy z dodatkiem oliwy i ostrych
          przypraw, przede wszystkim curry i pieprzu. Swoją drogą, ciekawe, jakiej oliwy,
          przecież chyba nie z oliwek?

          Chyba pozostanę w Waszej świadomości już na zawsze jako "ta od przecieru
          pomidorowego" :-))
          • jota-40 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:01
            Podejrzewam, że oliwę w sosiku Irenki Żak zastąpił olej roślinny. A kurczaki to
            akurat był produkt dosyć łatwo dostępny (poza kilkoma latami ostrego kryzysu,
            kiedy to - raz w życiu - zjadłam koninę, nieświadomie zresztą ;(().
            W kwestii pomidorów, to z radością obserwuję wysyp najrozmaitszych odmian, tych
            tradycyjnych i tych do tej pory w Polsce raczej mało stosowanych: bawole serca,
            malinowe, ale i żółte, czerwone podłużne, zielone... Tego lata na moim bazarku
            pojawiły się nawet jakieś dziwne, fioletowe.
            • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 13:54
              jota-40 napisała:

              > Podejrzewam, że oliwę w sosiku Irenki Żak zastąpił olej roślinny.

              nawet na pewno. oliwa z oliwek to było coś, o czym być może ktoś
              słyszał, ale na pewno nie widział. oleje dzieliły się na rzepakowy
              (moja matka mówiła, że śmierdzi, a dzis używa kujawskiego, czyli
              własnie rzepakowego; byc może technologia inna i tamten rzeczywiście
              śmierdział?), sojowy (lepszy) i słonecznikowy - uważany za prawie
              wykwintny (innych nie pamiętam, choć może tylko nie pamiętam, a
              były - mowimy o latach 70.)
              było masło i margaryna palma, używana do pieczenia, a w biednych
              rodzinach także na chleb. potem pojawiło się masło roślinne w
              kubeczkach plastikowych prawie takich samych jak dziś (z zpt -
              zakładów przemysłu tłuszczowego - gdzieś na warszawskiej pradze).
              bardzo propagowane w mediach, ale uważane za dowód nadciągającego
              kryzysu i mydlenie ludziom oczu w obliczu niedoborów masła (a w
              stanie wojennym pojawiło się masło solone w blokach).

              kurczaki w końcu 70. rzeczywiście były łatwo dostępne i u mnie jadło
              się je na okrągło. ale pamiętam też, że w pewnym momencie tak łatwo
              dostępny wcześniej żółty ser się skończył - a akurat wtedy czytałam,
              że bodaj kuzynka joanna zrobiła imprezę z fondue, "a czego jak
              czego, ale żółtego sera jest w sklepach pod dostatkiem". no właśnie
              w pewnej chwili już nie było :))
              • agnieszka_azj Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:06
                > jota-40 napisała:
                pamiętam też, że w pewnym momencie tak łatwo
                > dostępny wcześniej żółty ser się skończył - a akurat wtedy
                czytałam,
                > że bodaj kuzynka joanna zrobiła imprezę z fondue, "a czego jak
                > czego, ale żółtego sera jest w sklepach pod dostatkiem". no
                właśnie
                > w pewnej chwili już nie było :))

                Tez to pamiętam !!!
                Sytuacja na rynku " w temacie żółtego sera" zmieniła sie w czasie
                pomiędzy napisaniem książki a jej wydaniem - co w PRL mogło trwać
                nawet parę lat.
                --
                Agnieszka, mama Ani, Zosi i Julki

                Mały pokój z książkami czyli o dobrych książkach dla dzieci i młodzieży
              • verdana Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 17:41
                Tak, olej rzepakowy robi sie teraz z innej odmiany rzepaku -
                bezarukowej bodajrze, ale moglam cos pomylić. Ówczesny olej
                rzepakowy smierdział niewyobrazalnie, obecnie jest bezzapachowy i co
                wiecej - zdrowy.
                Ja też pamietam klęske braku żółtego sera, ale to już czasy
                Solidarnosci. Przedtem i potem był.
                --
                Mops i kot

                img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                • nessie-jp Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 17:45
                  Ja pamiętam i urodzaj na ser i klęskę braku... No i pamiętam, jaka byłam
                  zdumiona, gdy jakaś ciotka zamorska (no, z RFN) kiedyś przyjechała i rzuciła
                  takie zdanie, że u nich żółty ser kosztuje tyle samo, co szynka. Niewiarygodna
                  sensacja! Taki drogi ser, i kto by to kupił :)

                  A teraz? Dobry ser żółty kosztuje nawet i 2x drożej niż 'zwykła' szynka. A
                  dobrej szynki prawie nie ma, chyba że ktoś sobie sam zrobi...

                  --
                  "Don't put your trust in revolutions. They always come around again. That's why
                  they're called revolutions. People die, and nothing changes." -- (Terry
                  Pratchett, Night Watch)
          • aramea kuchnia w latach 70-tych 16.12.08, 12:10
            Witam, ja rocznik 1969 czyli czasy zamierzchle;-)

            W latach 70-tych (tak w srodku mniej wiecej) zle nie bylo, pamietam
            nawet paczkowany baleron i szynke konserwowa:-)
            Tudziez czekolade raczej dostepna (wszelkie Wedle i tym podobne,
            mmm).
            Cukinia i baklazan byly rzaaadkiem bardzo warzywkiem, moja ciotka te
            cuda w ogrodzie hodowala. O bazylii swiezej nikt nie slyszal.
            Warzywny asortyment to byla zielona salata, ogorki swieze i kiszone,
            kapusta biala i czerwona, marchew, cebula, pory, selery, buraki,
            ziemniaki, sezonowo rzodkiewka i pomidory, rozne fasole, groszek
            Papryka rzadko byla, pamietam, ze z Wegier glownie.
            rarytasem byla kukurydza w puszce i to do roku 1989!

            Moja mama wieksza czesc dnia spedzala na polowaniu na artykuly
            spozywcze, ale dobrze sie jadlo u nas, nawet robilo sie eksperymenty
            z kuchnia chinska, jak ktos z zachodu przywiozl przyprawe 5 smakow.

            W latach 80-tych bylo duzo gorzej i mniejszy wybor, na pewno. Na
            zawsze zapadla mi w pamiec obrzydliwa ryba KERGULENA - cos
            paskudnego!

            A co do Szostej Klepki - ja akurat bardzo lubie te czesc!
            ten domek i ten lekki chaos i w ogole fakt, ze rzecz w zimie sie
            dzieje ( a ja zime bardzo lubie). I tez wole Zakow od Borejkow i
            ubolewam, ze o nich tak malo w dalszych czesciach jest.

          • ananke666 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:10
            Kurczaki wtedy były, i to sądząc z dialogów, łatwo dostępne. Mięso na kartki było dopiero w latach 80.
            W sosie był jeszcze czosnek, cebulka, boczek, przyprawy.
            Żeby robić takie wynalazki, należało jeszcze sterczeć w kuchni. Dlaczego każdy ma chcieć i lubić? "Mama" oznacza nie tylko wieloczynnościowy kombajn, ale także kobietę... nawiasem mówiąc, mnie proponowany zestaw z selerem i marchewką przyprawia o dreszcze, bynajmniej nie pożądliwe ;)
            --
            Tupecik
            • deszczu_kropelka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:57
              > W sosie był jeszcze czosnek, cebulka, boczek, przyprawy.

              "Na obiad był makaron w sosie mediolańskim, potrawa, która w domu Żaków
              pojawiała się rytmicznie, mniej wiecej dwa razy na tydzień. Podstawową zaletą
              tego bezmięsnego dania było to, że nie wymagało ono zbędnego wkładu pracy.
              Należało po prostu ugotować makaron i zalać go gorącym przecierem pomidorowym z
              dodatkiem oliwy i mnóstwa wściekle gryzących w gardło przypraw, wśród których
              prym wiodły curry i pieprz".

              I ja nie mówię, że kobieta jest kombajnem, który ma sterczeć przy garach
              non-stop. Mam znajomą, która nie cierpi gotować, ale dla swojej rodziny dzień w
              dzień wozi obiady z naprawdę dobrej stołówki akademickiej, gdzie mają wypasione,
              domowe żarło (wiem, bo sama się tam stołowałam przez jakiś czas). Można umówić
              się z jakąś panią emerytką, która za opłatą będzie dwa, trzy razy w tygodniu
              gotować porządny obiad. Można, jeśli już ta Cesia lubi gotować, pozostawić jej
              ten obowiązek, ale odciążyć ją od wszelkich innych prac domowych, czyli zakupy,
              sprzątanie, zmywanie odwalają inne osoby.

              Tymczasem mama Żakowa nic z tym nie robi, ma głęboko w nosie, że jej dzieci
              żywią się czymś takim jak opisane powyżej. Tak jak pisałam, jak sie komuś tak
              totalnie, totalnie nie chce, to nie powinien mieć dzieci.

              I jest różnica między mamą "idealną", a mamą odpowiedzialną. Ta pierwsza
              codziennie trzaska trzydaniowy obiad, choćby leciała na pysk ze zmęczenia. Ta
              druga niekoniecznie robi obiady trzydaniowe, czasami, jak jest zmęczona albo ma
              gorszy dzień albo napad lenia, to zamawia pizzę, i do knajpy chodzi z rodziną
              też od czasu do czasu - ale generalnie pilnuje, żeby jej dzieci odżywiały się
              zdrowo.

              Wyżywam się tak na tej mamie Żakowej dlatego, że wymieniałyście ją tutaj jako
              ideał mamy, co, po przeczytaniu książki, ekhm zdziwiło mnie :-)
              • ananke666 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 13:09
                Ok, ja się posłużyłam przepisem z "Łasucha".

                > Tymczasem mama Żakowa nic z tym nie robi, ma głęboko w nosie, że jej dzieci
                > żywią się czymś takim jak opisane powyżej. Tak jak pisałam, jak sie komuś tak
                > totalnie, totalnie nie chce, to nie powinien mieć dzieci.

                A przepraszam, czy ktoś w tym domu był nieszczęśliwy, chorujący z braku witamin i miotający wiktem na widok pożywienia? A ona popatrz, miała dwoje, żywe, zdrowe i w dodatku ładne. Oraz, o zgrozo, kochające matkę i mające z nią dobry kontakt! Mało tego, kochającego męża też miała...

                A matki idealnej z Twojego opisu nie chciałabym za nic!
                --
                Tupecik
              • nessie-jp Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 14:56
                > druga niekoniecznie robi obiady trzydaniowe, czasami, jak jest zmęczona albo ma
                > gorszy dzień albo napad lenia, to zamawia pizzę, i do knajpy chodzi z rodziną
                > też od czasu do czasu

                Kropelko! Ale "zamawiać pizzę" można w Polsce od ilu lat? A SK kiedy była
                napisana? Ano właśnie...

                Podobnie z chodzeniem do knajpy czy zatrudnianiem emerytek. Kiedyś emerytki
                naprawdę nie dorabiały sobie tak masowo do emerytury, pracując po cudzych
                domach. A knajpy -- pamiętam bary mleczne czynne do 15:00, a w pozostałych
                lokalach było raczej mało dziecięco.

                Myśmy też dostałały (ja i siostra) obiady przynoszone do domu ze stołówki
                zakładowej w taty pracy. Ale wcale nie były to potrawy, które dzis uznano by za
                zdrowe.


                --
                Every procedure for getting a cat to take a pill works fine -- once. Like the
                Borg, they learn... -- Terry Pratchett
                • cahir4 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:28
                  Hi, hi... nie ja jedna dostawałam przynoszone do domu stołówkowe
                  żarcie... Ale po prawdzie to większość zakładów zbiorowego żywienia,
                  to była tragedia - poczynając od mojej szkolnej stołówki. O
                  obyczajach tam panujących i poziomie higieny nie wspomnię. Jedno z
                  popularniejszych dań w mojej szkolnej stołówce - makaron kolanka z
                  białym serem i skwarami (lubię skwarki, ale nie cierpiałam tego
                  czegoś, co było wielkie i miękkie)- ohyda.

                  A za mamą Żakową, owszem nie przepadam, nie tyle z powodu makaronu z
                  przecierem, co z powodu ogólnego zaniedbania młodszej córki.
                  Beztroskiego wepchnięcia jej w rolę Kopciuszka, nie z premedytacją,
                  broń Boże, ot, z artystycznego roztargnienia. Cielęcina uważa, że
                  jako osoba artystycznie nieuzdolniona, nadaje się właśnie - do
                  garów. Rodzinka, świadomie lub nie, robi właściwie wszystko, by
                  umocnić ją w tym przekonaniu, bo tak jest im w sumie wygodnie.
                  Celestyna musi dopiero zrobić scenę, żeby zwrócić uwagę, że coś tu
                  nie jest w porządku. Najszybciej zresztą reaguje Julia, bo rodzice
                  to z pewnym poślizgiem.

                  Zakończenie jest niby szczęśliwe. Ale myślę, że te (i Ci) z Was,
                  które/którzy mają do Cielęciny pretensję o, hipotetyczne zresztą,
                  utknięcie w roli wielodzietnej kury domowej, powinni się zastanowić,
                  czy na taki wybór nie miało wpływu to, jaką rolę odgrywała we
                  własnym domu rodzinnym. Z pełnym błogosławieństwem, uroczej skąd
                  inąd, samorealizującej się matki.

                  A nawiasem mówiąc, to moim zdaniem rola wielodzietnej kury domowej
                  daje tyleż samo możliwości samorealizacji, co każda inna. Pod
                  warunkiem, i dotyczy to w równym stopniu każdej możliwych z ról, że
                  wybieramy ją świadomie i dobrowolnie.
              • croyance Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 17.12.08, 14:27
                Ja bede jednak bronila mamy Zakowej :-) stwierdzeniem, ze kiedys nie
                bylo takiej swiadomosci jak teraz; kto tam sie znal na zdrowym
                odzywianiu, kaloriach, wartosci odzywczej produktow? IMHO makaronik
                mogl byc uwazany za pelnowartosciowe danie, ktorym mozna sie najesc -
                i jedyne, co mu mozna bylo w tamtych czasach zarzucic, to jego
                bezmiesnosc.
                --
                'People worry about kids playing with guns, and teenagers watching
                violent videos (...). Nobody worries about kids listening to
                thousands - literally thousands - of songs about broken hearts and
                rejection and pain and misery and loss'
            • yowah76 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 19:11
              O to,to, zgadzam sie w kwestii dreszczy. Seler - w zyciu, marchewka
              moze byc osobno. Juz bym ten przecier z przyprawami raczej zjadla.
              --
              ---------------------------------------------------
              - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
              ze mnie tu nie ma.
        • cahir4 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:09
          Połowa lat siedemdziesiątych to wciąż słodkie czasy propagandy
          sukcesu. Najgorsze miało dopiero przyjść. Czekolady piętrzą się na
          sklepowych półkach (ten obraz z dzieciństwa wspominałam
          nostalgicznie przez kilka następnych lat; czekolady wróciły, ale
          nikt już ich tak pięknie, jak w moim samie, nie układa). Są już
          zapewne jakieś kłopoty z mięsem i cukrem, ale to pikuś w porównaniu
          z tym, co nadejdzie. Jeszcze nie jest tak źle. Ale prywatna
          inicjatywa też dopiero przed nami, jako i warzywa szklarniowe. I z
          roślinnością w zimie jest dokładnie tak, jak żeście pisały.
          Pomarańcze zaraz zawiną do portu i pewnie zdążą trafić do
          świątecznych paczek w przedszkolach i zakładach pracy rodziców -
          stanowiły ich obowiązkowy element.

          Apropos czasów, późniejszych nawet trochę, i warzyw. Znajomy
          zagraniczny wegetarianin zapytał mnie, czemu przy kłopotach z
          zaopatrzeniem w mięso nie decydowaliśmy się powszechnie na przejście
          na roślinki (plus lacto i owo ewentualnie). Nie bardzo się na tym
          znam, ale wegetarianie mieli chyba jeszcze bardzie przechlapane:
          soja - nieznana, oliwki, oliwa z oliwek itd., czosnek pieruńsko
          drogi (były takie czasy). Potem, jak nawet były warzywa poza
          sezonem, to ceny... To na całą zimę właściwie groch. I kapusta.

          A z dostępnością warzyw to były też spore różnice regionalne.
          Papryki nie znałam, dopóki jej 1984 nie spotkałam na Pomorzu w
          geesie. Na początku tylko jeden kuzyn jadał to dziwactwo - na
          surowo, pokrojone w kawałki z cebulą. Potem jego mama wychodowała
          toto z pestek i spopularyzowała wśród rodziny.

          I jak sobie to przypominam, to sądzę że z urozmaicaniem kuchni był
          jeszcze jeden problem. Nie tylko produkty były trudno dostępne, ale
          także... książki. Internetu - nie było. Tysiąca programów
          kulinarnych z przepisami ze wszystkich stron świata - nie było.
          Powszechnych podróży zagranicznych takoż. Upolować "Kuchnię Polską"
          w księgarni - niebywały sukces, akurat idealny prezent na ślub.
          Więc, może się mylę, ale wydaje mi się, że i tu jedno ze źródeł
          kulinarnego kopnserwatyzmu mogło tkwić. Nie każdy innowacyjny
          kulinarnie jest, żeby samemu skombinować, co z taką papryką można
          zrobić. A Wy, Wasze matki lub babcie, skąd brałyście wtedy przepisy?
          • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 13:41
            > A z dostępnością warzyw to były też spore różnice regionalne.
            > Papryki nie znałam, dopóki jej 1984 nie spotkałam na Pomorzu w
            > geesie. Na początku tylko jeden kuzyn jadał to dziwactwo - na
            > surowo, pokrojone w kawałki z cebulą. Potem jego mama wychodowała
            > toto z pestek i spopularyzowała wśród rodziny.


            a u mnie istniała legenda rodzinna,jak to moja babcia, żona
            urzędnika gminnego na zamojszczyźnie przed 1939 hodowała w ogórdku
            jakąs papryke i miejscowi sie dziwowali, co to i na co to :)
            więc papryka u nas w domu (w warszawie) była, jeśli tylko była w
            sklepach, ale cukinia to jakieś bardzo późne odkrycie

            >>>A Wy, Wasze matki lub babcie, skąd brałyście wtedy przepisy?
            z gazet. w latach 70. wychodził miesięcznik konsumencki "opinia",
            który bezkompromisowo tępił buble (np. plastikowe tarki lub
            krajalnice do jajek,które łamały sie przy próbie użycia), odważnie
            wskazywał nieprawidłowości w gastronomii uspołecznionej, śmiało
            piętnował itd., ale tez ukazywał nowe trendy np. wnętrzarskie czy
            modowe. a przy okazji było tam mnóstwo przepisów
            kulinarnych. "opinię" zamknęli gdzieś pod koniec lat 70., nie wiem,
            czy nie zmarła śmiercią naturalną w obliczu kryzysu rynkowego.
            ale były też przepisy w gazetach codziennych i tygodnikach kobiecych
            • cahir4 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 14:22
              Były, tyle, to nawet ja wiem. Ale się zastanawiam, bo pamiętać
              jednak nie mogę, na ile one były, no... nowe, oryginalne, nie powiem
              egzotyczne, ale z pomysłami na nowe smaki, na wykorzystanie rzadkich
              produktów. Takiej papryki na przykład. Bo w "Kuchni Polskiej" to w
              kolejnych przedrukach zmieniali wstęp i, ewentualnie, ilustracje.

              PS.
              Do moich ulubionych fragmentów jednego z wydań "KP" należy
              instrukcja, że zmywac należy z ręką ugiętą w łokciu pod kątem 90%.
              • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:05
                > PS.
                > Do moich ulubionych fragmentów jednego z wydań "KP" należy
                > instrukcja, że zmywac należy z ręką ugiętą w łokciu pod kątem 90%.

                a widzisz, a to mi przypomniało drogą skojarzeń, że w latach 70. i
                80. czytało się stare, np. przedwojenne książki kucharkie jak pełną
                egzotykę i teksty z gatunku czarnego humoru. pamiętam na przykład
                przepis na jakieś ciasto zaczynający się od słów "weź dziewkę, niech
                ci kopę jak ukręci..." i co w tym było śmiesznego? nie, wcale
                nie "weź dziewkę", choć pan domu w prl może i miała gosposię, ale na
                pewno nie dziewkę czy posługaczkę. zabawna była owa kopa jaj, gdyż
                jajka były drogie, znacznie droższe niż dziś i kiedyś, i kopa jaj -
                nwet jeśli ją można było dostać, co pewnie też nie było
                najłatwiejsze - więc kopa jaj była czymś potwornie drogim...