maryna04
27.11.06, 00:00
Napisalam pierwszy kawalek dziennika z krotkiej podrozy do Japonii. Podroz
krotka, a dziennik dlugasny, ale jak zwykle powtarzam. Nie ma obowiazku
czytac. Tak samo nie uwazam, ze nie pisze bzdur, ale to sa moje obserwacje i
moja skromniutenka wiedzalub niewiedza.
Po wszelkich przejsciach zwiazanych z obecnym podrozowaniem samolotem, (co
zdjac, kiedy zdjac, co pokazac, co nie pokazac, czy ten kosmetyk przejdzie,
a ta butelka z woda?) wreszcie oddychamy z ulga. Buty zawiazane, paski
tez, bizuteria zalozona pasty do zebow w malych tubkach dokupione.. no to do
Sturbacksa po kawe. Po godzince kiedy juz prawie wszyscy weszli do samolotu
ruszamy i my. Nie ma mojej walizki, ukradli – wiadomo. Na wszelki wypadek
lece do kiosku, gdzie uzupelnialam zabrane mi kosmetyki – nie ma. Ale zostal
jeszcze Sturbacks – stoi sobie moja walizeczka przy pojemnikach z mlekami.
Mialam szczescie, nie tylko, ze nie ukradli, ale tez nie usilowal jej
rozbroic zaden ochtroniarz. A pasazerowie, gdzie czujnosc – taka samotna
walizeczka – nieoddana na bagaz. Ilosc godzin lotu jaka nas czeka -
przeraza. Nawet nie sprawdzilam dokladnie na rozpisce, zreszta inni
podobnie. Bedzie jedna szybka przesiadka, a potem juz tylko 13,5 godzin. Po
kilku godzinach, kiedy juz omal wszystko przeczytalam i zjadlam glowny
posilek zazylam srodek nasenny. I reszta przeleciala jak z bicza strzelil –
po co mnie na koniec obudzili? Walizke mam przy sobie, dwa tygodnie temu po 3
godzinnym locie, bez przesiadki czekalam na walizke 3 dni. To ja juz sie na
to nie nabiore, teraz patrze sobiena tych co z zapartym tchem sledza
walizki na tasmie. Moja – nie moja. A ja – spokojnie.
Niby wszyscy strasznie zmeczeni po tylu godzinach lotu, ale
nie przyjechalismy tu odpoczywac, wiec po chwili na miasto. Hotel mamy w
samym centrum przy dworcu kolejowym To wlasciwie caly zespol, lacznie z
kinami, salami konferencyjnymi, bankietowymi – wychodzac wlasnie wpadlysmy
na slub. Wiekszosc, w tym mlodzi - po zachodniemu, kilka pan w kimonach. Po
wyjsciu mijamy pasaz luksusowych butikow, po zachodniemu. Co sie
najbardziej rzuca w oczy w ten wieczor? Swietnie ubrane, ze swietnym
makijazem dziewczyny.
A wogole duze to miasto to Tokio, jak podaja dane statystyczne wraz z
przedmiesciami – 38 mln. No to chyba nie uda nam sie zapoznac z caloscia))).
Siadamy przy stoliku na zewnatrz jakiejs restauracji, dziewczynka (dlatego
tak zdrobniale, bo taka malutka, szczuplutka) naprzeciwko w spodniczce mikro
skostniala z zimna, kelner przynosi jej samolotowy kocyk, zeby owinela te
skostniale uda, za moment kto inny okrywa sie kocem. Z nami kelnerowi tak
wiecej trudno sie dogadac, a przeciez knajpka elegancka.
Rano odsuwam chinskie papierowe zaslony w ramkach, za oknem widac
pol Fudzi – jamy, reszte zaslanie budynek. Mamy polpecha. Sasiedzi z lewej
nie widza nic, sasiadki z prawej caly wulkan. Oczywiscie maja pielgrzymki do
pokoju.
Idziemy na sniadanie w hotelu, gdzie serwuja szwedzki stol. Westibul pelen
chlopcow nastolatkow. Chyba przyjechali na jakies zawody, bo grupy jednakowo
umundurowane w stroje sportowe czekaja karnie na wejscie na sniadanie. W
restauracji sa dwa stoly w zachodnim stylu, jak glosi napis, i jeden w
japonskim. Gdzie wiecej tej mlodziezy szkolnej? Przy stolach zachodnich.
Starsi Japonczycy - roznie.
Zaraz potem jedziemy do Kamakury, starej stolicy
Japonii. Jedziemy w godzinach szczytu. Do dworca musimy przejsc tylko jedne
swiatla, czekamy kilka minut, w koncu rusza na nas lawica panow w ciemnych
garniturach i mlodych kobiet w takich kostiumach. Wszyscy panowie z teczka
aktowka, wszystkie panie na wysokich obcasach. My tez przemy do przodu w
takim samym tlumie. Ale to dopiero poczatek. W glownym hollu dworca po prostu
olbrzymia fala – tsunami skladajaca sie nie z morskiej wody, tylko
czasteczek- ludzikow. Zadnych glosow ludzkich tylko taki jednostajny,
przerazajacy rytm tysiecy i tysiecy pospiesznych krokow. Zafascynowa
zatrzymuje sie przy jakims slupku podnosze aparat i robie zdjecia. Po kilku
sekundach rozgladam sie dookola, moje kilkanascie kolorowych czasteczek
rozplynelo sie w tej ciemnej masie. No to sune do przodu glownym nurtem,
zadnych kolorow nie widac. W koncu okazuje sie, ze to przejscie na druga
strone dworca. Zdejmuje zolta kurtke, macham nia ponad glowami i wale pod
prad. Dotarlam do slupka, dalej trzymam moja choragiew w gorze i wielce mi
glupio. Zbladzic, nie zbladze, chociaz, juz minelismy kilka wjazdow i
zjazdow, ale wszedzie mapki, napisy, ale narobilam klopotow innym. W koncu
widze jak z innej strony nasz pilot bierze azymut na moja zolta choragiewke.
Uff... Okazuje sie, ze przy tym slupku trzeba bylo skrecic w prawo, zeby po
wielu wejsciach , zejsciach, dotrzec do odpowiedniego peronu. Oczywiscie
slupek zostal nazwany slupkiem Maryny, a mijalismy go potem wielokrotnie.
W Kamakurze stolicy kraju sprzed omal 800 lat zwiedzamy najpierw kompleks
swiatyn buddyjskich z prawie najwiekszym w Japonii pomnikiem Buddy Daibutsu
odlanym w 1252r. Potem przemarsz juz na nozkach do Swiatyni Milosierdzia Hase-
dera , t a z kolei wywodzi sie z obrzadku Szintu. W swiatyni slynna figura
o 11 glowach, ktore obrazuja boskosc i milosierdzie. Obydwa zespoly obiektow
znajduja sie w pieknych ogrodach.... w stylu japonskim. Jak wygladaja?
Dokladnie jak na kalendrzach z widoczkami z Japonii. A roslinnosc wyglada jak
powiekszone doniczki z bonzai. Rozlozyste i niskie drzewa z pokreconymi
konarami ktore tworza rozlozysta plaska korone. Tak samo wychodzace spod
ziemi sznury korzeni, ajk by im zabraklo piejsca pod ziemia. Gdzie niegdzie
oczko wodne, a na nim wysepka z pieknoksztaltna roslinnoscia. Zreszta obrazki
przecudne, bo to wspaniale kolorowa jesien. Calosci dopelniaja budowle
sakralne, jakze inne niz z kultury chrzescijanskiej.
Religia w Japonii to na moje oko tradycja, a jesli nawet, to nie jest to
religia jednego, upersonifikowanego boga, to zwiazki z natura w szintu i
filozofia w buddyzmie. Pierwotnym obrzadkiem na wyspach bylo szinto, potem
Chinczycy w ramach podbojow przyniesli buddyzm, ktory tez tak do konca nie
jest religia w naszym zrozumieniu. Obydwie religie nie wojowaly ze soba, w
dzisiejszych czasach 80% Japonczykow okresla sie jako wywodzacych z tradycji
obydwoch religii. Dawodem tego jest fakt, z reguly slub sie bierze w obrzadku
szinto, a pogrzeb w obrzadku buddyjskim. Obie religie odroznia styl
budownictwa. Dla buddyzmu charakterystyczne sa chociaz pagody, dla szinto
wejsciowe bramy w postaci wygietego zadaszenia. Wiekowe budowle, ktore
ogladamy w tym dniu i potem roznia sie wielce od zabytkow europejskich. Nie
tylko stylem, ale i budulcem – one sa drewniane. Dlaczego taki surowiec, czy
z powodu trzesien ziemi, czy z jeszcze innych powodow – nie wiem. W srodku
z reguly jest bardzo pusciutenko, czasem jakas figura, czy rzezby, drewniane
podlogi po ktorych trzeba chodzic bez butow. Czasami ktos sie przez moment
modli, a wszyscy obmywaja rece w wodzie pobranej rondelkiem ze zbiornika. To
odpuszcza grzechy. Proste, a skuteczne tak samo. Coz, nie przypomina to w
niczym obrzadku chrzescijanskiego. .
Wogole ogromna ilosc w kulturze i obyczajach japonskich to mniej lub wiecej
wierne kppie z Chin. Najstarszy i najtrudniejszy alfabet, ktory ciagle
egzystuje to alfabet chinski. Potem wymyslono, ( podobno dla kobiet bo za
glupie, zeby nauczyc sie chinskiego), wersje prostsza, obecnie glownie
egzystujaca. W ostatnich latach dla slow pochodzenia obcojezycznego
wprowadzono wielce uproszczony alfabet. Prawdopodobnie tez z mysla, ze tego
alfabetu naucza sie rowniez cudzoziemcy, bo ogromna ilosc szyldow, nazwy w
metrze.. pisane