Afryka I

28.09.07, 20:24
Wiem, ze jesli bylam w Afryce tych pare dni, to nie mam prawa
wypowiadac sie na jej temat w ogolnosci, ale zawsze moge opisac
wrazenia a pewne prawdy, ktore sa oczywiste nasuwaja sie po godzinie
pobytu.
Do Johanesburga w RPA, (po angielsku South Africa) lecielismy
przez Londyn z 10-godzinna przerwa. Nie wiem czego, wiekszosc tak
leci, wlasnie z taka przerwa. W Londynie odebrala mnie moja
bratanica, jedziemy metrem do centrum, gdzie ona ma
wycieczke "Londyn w 6,5 godziny" opanowana do perfekcji. Zaliczylam
co potrzeba, nawet sprawdzilam ceny w sklepie (troche wyzsze niz w
NY) , spotkalam tabuny Polakow, co znaczy, ze w weekend nie marnuja
czasu tylko zwiedzaja.
W samolocie jak zawsze dochadze do wniosku, ze odstepy miedzy
siedzeniami sa coraz mniejsze, a pol samolotu to takie lezanki-
trumienki - I-sza klasa i siedzenia z wiekszymi odstepami na nogi -
biznes klasa. Wzielam ambien i szczesliwie zasnelam nie martwiac
sie o moje krotkie nogi.
Na lotnisku w Joburgu (tak mowia w skrocie) wita nas tamtejszy
przewodnik - Polak Rysiu - emigrant z poczatku lat 80-tych. Grupa
wlacznie z naszym wlascicielem biura z Chicago liczy 14 osob, to juz
jego trzecia wyprawa, za kazdym razem organizuje inna trase, bo sam
jest wielkim pasjonatem podrozy. Nam to nie przeszkadza, a skad mamy
wiedziec - ktora trasa bylaby lepsza.
Wymieniamy pieniadze, w RPA sa randy, w sasiednie Botswanie pule,
mamy jeszcze zaliczyc dwa inne kraje, ale tam najlepiej placic w
stabilniejszej niz lokalna walucie. Strasznie dlugo trwa ta
procedura, oczywiscie nasze towarzystwo nie omieszka ocenic, ze to
dlatego, ze robia to czarni, zapewne racja, chociaz potem okazalo
sie, ze w innym miejscu trwalo to 5 razy szybciej - tez w wykonaniu
czarnych. W porownaniu z lotniskiem w NY, czy Londynie tutaj
pasazerowie wydaja sie jednolicie biali. Podchodzi do nas jakas
pracownica lotniska - bo uslyszala polska mowe - Polka, mowi, ze w
koncu gdzies trzeba pracowac (jej wypadlo na lotnisku w RPA).
Polacy w tym kraju licza sie na 9 tys. - raczej niezorganizowani.
Czy ich dzieci mowia po polsku? Chyba nie.
No to wsiadamy do autobusu przystosowanego do jazdy w Afryce
produkcji brazylijskiej (marcopolo), na 22 osoby i jazda do miasta.
Pan Rysiu zaczyna opowiadac - tutaj opuszczone budynki biurowe,
teraz zamieszkale przez czarna biedote i nielegalnych emigrantow -
co sie tam dzieje, mozna sobie wyobrazic, tam dalej inne slumsy, a
tu jedziemy do centrum. Budownictwo porzadne - takie z poczatku
zeszlego wieku, duzy ruch, biurowce, tak jak we wszystkich
miastach, ktore cos znacza na mapie gospodarki swiatowej. Stolica
kraju jest Pretoria, ale jeszcze gdzie indziej sa jakies urzedy
centralne. Nasz pilot niedawno przeprowadzil sie do Captown, po
polsku Kapstadt - czyli zalezy z jakiego jezyka mowimy - bo tu
niebezpiecznie. Biali dalej mieszkaja w zamknietych osiedlach,
czesto podmiejskich - widac to bylo ladnie z samolotu.
Kierujemy sie autostrada do miejscowosci Bela - Bela ( pan mowi z
przekasem, ze dopiero teraz, kiedy czarni dostali wladze tak sie
nazywa, przedtem byla inna nazwa - dla nas pies tracal jak sie
nazywa.) Autostrada przyzwoita, potem przyzwoita droga i dojezdzamy
do osrodka z goracymi kapielami, odkryte wody, pod dachem baseny.
Duzo tego i rozlegle. Cos jak na Wegrzech, tylko omal pusto, no i
domki rozrzucone na wielkiej przestrzeni wsrod buszu (pierwsze
dzikie zwierzeta - antylopy, dzikie swinie, strusie - ale czy one
dzikie, skoro buszuja na terenie osrodka tak samo jak poza nim?).
Tak pusto, ze nawet na jakis atrakcjach wodnych nie ma nikogo.
Uwielbiam wode, i jeszcze te wspomnienia z Hajdusoboszlo, czy Heviz -
wiec natychmiast siedze w wodzie, zaliczam omal wszystkie kapiele i
natryski, a potem jedziemy do miasteczka na kolacje. Parking pod
restauracje, restauracja - jak w Ameryce. Tyle jechac, zeby znow
znalezc sie w tym zuniformowanym swiecie? Jak to w goracych krajach
ciemnosc zapada blyskawicznie i potem jest naprawde ciemno. Po
powrocie znow kapiele. Przyjemny chlodek, a w wodzie goraco i tak
schodzi dlugo. Ale potem jak trafic w tych ciemnosciach do swojego
domku? Gdybysmy byly same baby to chyba zeszlo by nam do rana, bo i
panowie mieli klopoty z odnalezieniem swoich i naszych domkow.
Nasz pilot przez te dwadziescia kilka lat mieszkania w RPA ma jak
przystalo na bialego w RPA poglady appartheidowe. Uwaza,ze wszystko
upadlo po roku 1996, kiedy czarni przejeli wladze, a czarni nie sa
zdolni do kierowania czymkolwiek. Wszystkim dobrze sie zylo, kiedy
czarni pracowali w servisie, czyli uslugach dla bialych i w prostych
robotach. Teraz obstawili wszystkie stanowiska, ale doradcow maja
bialych, bo sami by nie dali rady. Biali swoje dzieci wypychaja z
tego kraju. Teraz jest 26 milionow czarnych i niecale 4 miliony
bialych - jakie byly proporcje w najlepszych dla bialych czasach
nie chce mi sie sprawdzac. Pan mowi, ze tutaj biali zawsze byli
fachowcami - tak wygladala emigracja. Mysle, ze tez i dlatego taki
rozdzial klasowy i rasowy, ze nie przyjezdzal tu niepismienny chlop
z Galicji, czy Irlandii, tu na miejscu mieli czarnych prostakow do
prostych prac. Tego prostaczka z Europy w Ameryce dzieci jednak od
czasu do czasu sie wybijaly i rozplynely sie w tlumie, a czarny
jest naznaczony na zawsze. Natomiast tlumaczenie naszego pana
Rysia, ze caly swiat nie mial pojecia o problemach RPA i nie
rozumial, ze zakaz przebywania czarnych w pewnych dzielnicach po
godzinach takich i takich, albo przesiedlanie calych skupisk
czarnych w jedno miejsce dla czarnych mialo sluszne uzasadnienie
wzbudzil pewien sprzeciw grupy, ktora oczywiscie generalnie nie
lubila czarnych, ale jednak majac z kolei po amerykansku uprane
mozgi czula jednak, ze moze nie jest do konca tak. Ktos
stwierdzil, wiesz Rysiek, ty masz swoje poglady, w Ameryce troche
inaczej sie na to patrzy. Afrykanersi, czyli biali urodzeni w Afryce
bialych emigrantow nie kochali, dlatego przyjmowali tylko tych,
ktorych musieli z powodu ich kwalifikacji, ale mysle, ze z drugiej
strony tez nigdy nie bylo takiego pedu do wyjazdow tutaj.
Co to jest busz i jak wyglada?, chyba zalezy w jakim sezonie. Nasz
sezon to byl koniec pory suchej (zimowej), dlatego busz przedstawil
nam sie jako spalona piaskowa i pylista ziemia z suchymi
kolczastymi krzakami i drzewami, a na okrase czasami jakies zielone
drzewo. Okres wegetacji nie jest jednakowy dla wszystkich roslin.
Wyschniete koryta rzek, pierwsza rzeka, w ktorej bylo nieco wilgotno
to byla Lilpopo. Zaleta tego okresu, w ktorym jest pelnia sezonu
turystycznego jest brak komarow (malaria), przejezdne tereny i
rzeki, suche, a nie wilgotnepowietrze, nozsze temperatury.
Im dalej na polnoc tym wiecej rzek calorocznych, a poniewaz
zaczynal sie sezon deszczowy, dwukrotnie mielismy juz problemy z
przekroczenie wbrod wody ( nie autobusem - dzipem), bo w znajdujacej
sie powyzej (na mapie) Angoli juz sie zaczela pora deszczowa.
Pytalam sie na czym polega pora deszczowa - odpowiedz: - a roznie,
czasem duzo pada, czasem nieduzo, w kazdym razie nie jest ona
wszedzie o jednym czasie. Czy jest wtedy naokolo zielono: a roznie,
i krotko, bo to zwierzatka objadaja i slonko wypala. Typowym
jednak widokiem jest ten spalony, plaski busz. Nawet stwierdzilam,
ze coraz bardziej przychylam sie do teorii sprzed Kopernika, ze
ziemia jest plaska. Wystarczy tam pojechac i popatrzec. Nasz Rysiu
jest solidnym pilotem, wiec zjezdzamy z glownej drogi, zeby juz
zobaczyc interior. Widac zebry, strusie, malpy, ale z tej
glowniejszej drogi tez bylo widac. Wszystkie pola odgrodzone od drog
siatkami, podobno to fermy dla mysliwych, ale potem widze, ze
kolejne kraje tez sa pogrodzone. Okazuje sie, ze w ten sposob
walczy sie z zaraza krow. Po prostu z jednego o
    • wedrowiec2 Re: Afryka I 28.09.07, 21:16
      Czas kupić nowy toner do drukarkismile
      Maryno, pisz, wklejaj, a my będziemy drukować i czytacsmile
    • maryna04 Re: Afryka II 28.09.07, 23:45
      po prostu z jednego obszaru nie przejda do drugiego. Zreszta na
      drogach stawalismy ze 20 razy, przed szlabanami sluzb
      weterynaryjnych, czy nie przewozimy zwierzat, czy to dziala nie
      wiem, ale ludzie maja prace. Zatrzymujemy sie, przed supermarketem
      calkowicie czarnej okolicy, towary jak w NY. Gdzie lokalne
      specjalnosci. Pan Rysiu radzi co nieco pokupowac, bo jedziemy w
      dzikie kraje. Wiec ja kupiuje dwie paczki herbatnikow z kokosem,
      trzy banany, torebke orzeszkow i ziarenek i dwie wody. Wszyscy z
      grupy dzwigaja pelne torby towaru, a nikt nie jest gruby. Dziwne. .
      No to kierujemy sie na botswane. nagle mijamy zwrotnik koziorozca, o
      czym oznajmia stosowna tablica. Zdjecia okolicznosciowe, juz nie
      bedzie mi sie mylil z Rakiem na ktorej polkuli, a ja przepytuje
      dokladnie co to zwrotnik i na konkurs proste pytania bede miala jak
      znalazl.
      Przekraczamy granice, ogromniaste pieczatki w paszportach, chociaz
      raz jest lepiej z paszportem amerykanskim, bo z polskim trzeba miec
      zaplacic za wize. No i dalej ten sam busz i takiej samej jakosci
      drogi. Drogi tu oczywiscie bardzo rzadkie, bo ludnosci w Botswanie
      niecale 2 miliony, a obszar 5 razy wiekszy niz Polska, ale te co sa,
      to zycze Polsce zeby takie miala. Mysle, ze wielce kosztowne, z
      powodu temperatur budowane wg zupelnie innej technologii niz
      europejskie. Nie zniszczone, zapewne dlatego, ze ruch bardzo
      niewielki, ale tez i dlatego, ze od poczatku niezwykle trwale. To
      drogi z miasta do miasta, boczne do wiosek w buszu tylko
      piaszczyste trakty. Ruch w tych krajach jako spadek po angielskim
      kolonizatorze jest lewostronny, urzedowym jezykiem jest angielski.
      To znaczy wszystkie napisy, formularze, gazety sa po angielsku, ale
      trudno powiedziec, zeby wszyscy mowili plynnie w tym jezyku. Miedzy
      soba zawsze mowia w swoim plemiennym jezyku, ktory naogol nie ma
      pismiennictwa. Mysle, ze problemem jest tez akcent, bo przeciez tego
      angielskiego ucza czesto ci co uczyli sie juz od lokalnych
      anglistow, wiec trudno ich zrozumiec. Zreszta widac to najlepiej jak
      mowia jacys zawodnicy afrykanscy - biegle i niezrozumiale. Botswana
      to kraj, z ktorego bardzo wczesnie usuneli sie Anglicy, bo juz w
      latach 20-tych ubieglego stulecia. Mysleli, ze nie ma tam bogactw
      naturalnych, potem okazalom sie, ze sa. Kraj nigdy nie byl
      wstrzasany wojnami plemiennymi, ma obecnie wielce rozwiniety
      przemysl wydobywczy, i to nie prostego wegla kamiennego, ale
      diamentow i metali kolorowych. W miescie przemyslowym, w ktorym
      zatrzymalismy sie bardzo od czasu do czasu mozna bylo spotkac
      bialego, jest ich wiecej, w swoich osiedlach, bo pracuja na bardzo
      dobrych kontraktach rzadowych w przemysle. Miasto to wygladalo
      omal "normalnie", w godzinach popoludniowych korki na ulicach
      wielkie, jakies domy towarowe, ale juz za nimi place pokryte pylem
      piaskowym. Ludnosc w ogolnosci mloda i urodziwa. Szczupli, kobiety
      chodza z gracja. Szlachetnie sklepione czaszki, piekne, smutne oczy.
      Mozna by powiedziec - rasowi. Chlopaki nie w wyciagnietych
      podkoszulkach, tylko glownie w koszulach z krotkim rekawem. Nie ma
      zebrzacych, dzieci pozdrawiaja, ale nie zebrza. Jak przeczytalam juz
      po powrocie ile wynosi dochod narodowy w tym kraju to zdebialam -
      9tys. dol na osobe. To cos jednak niemozliwe, gdy porownam z Polska,
      gdzie dochod jest tylko o jedna czwarta wiekszy, a poziom
      cywilizacyjny nieporownywalny. Na Botswane kladzie sie, podobnie jak
      w calej Afryce straszliwy cien - AIDS. Omal 40% spoleczenstwa jest
      nosicielem wirusa HIV, albo ma juz AIDS. Jest to wielka troska
      rzadu, powszechne sa akcje uswiadamiajace, rozdawnictwo prezerwatyw,
      dostepnosc lekow. Ogladalam o tym wczesniej program dokumentalny w
      USA. Nie wiem co sie poprawilo, w kazdym razie srednia zycia wynosi
      niecale 34 lata. A mogloby byc zupelnie przyzwoicie. Kazdy kto chce
      dostaje tv i satelite, baterie sloneczna do podgrzewania wody,
      dzieci wyposazenie do szkoly, szkolnictwo i lecznictwo jest za
      darmo. procent analfabetow jednak jest stisunkowo duzy 20%, ale na
      tym olbrzymim obszarze zyja niektorzy o zdala od cywilizacji...
      Oczywiscie AIDS to nie tylko problem tego kraju, wszedzie gdzie
      indziej w Afryce jest podobnie, ale tu widac jakas normalnosc, nie
      ma powszechnej nedzy, mozna znalezc prace. Czyzby to wszystko mialo
      zniknac?
      Wieczrkiem w skromniutkim barze hotelowym, gdzie jestesmu jedynymi
      goscmi dziewczyna za barem pisze cos pracowicie w duzym skoroszycie.
      po angielsku, ladnym pismem. pytam, zo pisze, a ona, ze... powiesc i
      pokazuje ile juz napisala i ze juz publikowala w gazecie wiersze, a
      jak napisze to bedzie szukac wydawce. Mzonki? Nie szkodzi, takie
      same jak innych zapoznanych poetow i pisarzy w "naszym" swiecie.
      Rano sniadanie opoznione, po raz niewiadomo ktory slysze od
      uczestnikow, nawet nie w zlosci tylko po prostu tak, ze te czarne
      to sie tak powoli ruszaja, ze im nie zalezy, ze sa malo
      inteligentni... juz to wszystko slyszalam, ile razy tak mozna?
      Wszyscy jak sie zorientowalam sa praktykujacy katolicy, a pan pilot
      z RPA wielce pobozny innego gatunku chrzescijanin. Skoro czarnych
      stworzyla ta sama bozia, to dlaczego tak nimi pogardzaja, dlaczego
      nie przejda chociaz na wakacjach do porzadku dziennego, ze ktos
      jest niewystarczajaco szybki? A czy ty ganiasz w tym upale?
      Wspominal Wodnik, ze Afryka smierdziala, ci czarni z ktorymi sie
      zetknelismy - zawsze byli "uprani" i schludnie wygladajacy. Podobnie
      zreszta w NY nikt im nie zarzuci, ze sa brudni czy nie umyci. Pan
      Rysio skreca gdzie w bok , zatrzymujemy sie przy jakiejs wiosce,
      podobno to jacys nielegalni emigranci z innych krajow, strasznie,
      jakies budy sklecone, niektore okragle, niektore nie, pusto. Rysio
      przepytuje, czy mozemy podejsc i pofotografowac, oczywiscie mozemy,
      to jedyne prawdopodobnie pieniadze jakie dostaja. Wioska pusta, przy
      pierwszym domu siedzi matka z corka. Jedna kura, corka sliczna,
      ostatnie stadium AIDS, bo ma na ciele jakies miesaki. Fotografujemy
      sie dzielnie z nimi, nie biegna zadne dzieci, zadnej innej domowej
      zwierzyny. Czyzby w tym swoim kraju mieli jeszcze gorzej? Trudno
      sobie wyobrazic. Corka zaprasza nas do srodka. Jeden okraglak to cos
      na ksztalt kuchni, drugi to jakas sypialnia z lachmanami na ziemi,
      posprzatane. Z czego zyja, gdzie pozostali mieszkancy?
      A te okragle domy stawiane w Afryce to wynik doswiadczen. W takim
      ksztalcie robactwo nie ma sie gdzie zalegnac i najlepsza jest
      cyrkulacja powietrza. Nieraz widac zupelnie wspolczesnie pobudowane
      domy skladajace sie z prostokatnego i okraglego budynku. Zjezdzamy
      na pierwsze safari, na wyschniete w obecnej porze slone jeziora.
      Kiedys byly tu morza, a teraz jak sie dorozumowali geologowie jest 7
      km wglab slonych warstw muszlowych. Upal niemilosierny, ale
      powietrze nie stoi, wrecz przeciwnie glowe chce urwac - taki wiatr.
      Na horyzoncie tumany kurzu, takie male traby powietrzne, albo tez
      zwierzeta wznosza ten pyl. Stada strusi, gdzieniegdzie antylopy, ale
      zwierzeta w ogolnosci pochowane w niklych cieniach, tylko glupie
      turysty wystawiaja sie na slonce i upal. Nocleg w wielce
      afrykanskim, ale cywilizowanym resorcie. Spimy albo w "szaletach",
      albo w namiotach. Jedno i drugie luksusowe, z lazienkami,
      prysznicami, moskiterami,biurkami itd. nasz szalet ma prysznic za
      palisada, na dworze tak jak by wykuty w skale, jak by komus bylo
      malo w srodku przepiekna stylowa wanna o takim starozytnym, oblym
      ksztalcie na pieknych nozkach. Z olbrzymiego loza widok przez taras
      w las moze nietropikalny, ale zielony - przedziwny. Jest basen,
      jedzenie - niestety juz tak wiecej niesmaczne. Kupuje
      kartki,wychodzi po dolarze za sztuke, w NY jak sie uwine to za
      dolara dostaje 10. Wieczor schodzi na pogwarkach o czarnych, sa
      dwie inne grupy, z Holandii i Wloch, w grupie holenderskiej jest
      Polka z synem. Nawiazuje r
    • kanoka Re: Afryka I 29.09.07, 15:40
      Czytam z zainteresowaniem smile
      Afryka zawsze budzi we mnie skojarzenia
      - "W pustyni i w puszczy" - no i oczywiście - Staś i Nel, oraz niestety
      - AIDS wśród tubylców
      (polecam też książkę A. Leszczyńskiego
      www.puls-swiata.subnet.pl/biblioteka.php?id_art=441&ID_dzial=2
      no i niechlubne działania w tej sprawie KK i J.P II....
      - malaria, którą - niestety czasami ze skutkiem śmiertelnym, Polacy przywożą
      sobie z kilkudniowej wycieczki do Parku Krugera
      Ale te dwie ostatnie kwestie, to skrzywienie zawodowe - ciekawe, jak długo
      będzie mnie to trzymać?
      • maryna04 Re: Afryka III 29.09.07, 20:26
        Pani Polka z Holandii mowi, ze slyszac nasze rozmowy zastanawiala
        sie z synem skad jestesmy, bo przeciez to taka droga wycieczka.
        Naiwna, nie wie na jakie podroze stac Polakow z Polski i z jakimi
        portfelami jezdza. Oczywiscie nie wszyscy. U nas przedzial
        finansowy znacznie wezszy - najwyzej chyba stoi dentysta - zreszta
        przemily Slowak z Chicago, a najnizej ja i ze dwie inne samotne
        kobitki. W praktyce nie tylko na tej wycieczce, ale kazdej innej
        zadnych roznic "klasowych" miedzy Polakami z USA nie ma. Co innego
        ideologiczne, azeby zyc w zgodzie nie zabieram glosu, chyba, ze ktos
        jest z Polski i czasami p.....y jak potluczony. To taka dygresja.
        Switem otwieram oczka. Przezornie, kiedy wspolmieszkanka zasnela
        odsunelam calkowicie zaslony i teraz mam widok taki, ze moze to ja
        juz w niebie? Szarowka, mglisto, lekka poswiata, wsrod tego
        szarozielone drzewa o najrozniejszym ksztalcie i uzielenieniu, jakas
        tajemnicza glebia, odglosy zwierzat i ptakow. Duzo lepsze niz
        najlepsze ujecia Szpilberga, czy przyroda w "Zagubionych." smile)
        Wywlekam krzeselko na taras - mistyczna chwila.
        W czasie podrozy Rysiu opowiada o Botswanie i diamentach.
        uwielbia teorie spiskowe, ale jak juz wspomnialam, w tym wypadku nie
        mysle, ze tak do konca bajdurzy. Diamentami zarzadza korporacja ,
        na ktorej czele stoi tajemnicza rodzina Oppenheimerow, (nie wiem,
        czy to ta sama co od finansow swiatowych). Nikt o nich nic nie wie,
        a oni pociagaja za sznurki w roznych krajach z diamentami i innymi
        dobrami, tu taki przewrocik, tam taki dostaje sie do wladzy.
        Rozpetano mode na diamentowe pierscionki - w Ameryce kazda panna
        mloda musi dostac od narzeczonego diamentowy pierscionek. Kosztuja
        one wiele tysiecy dolarow. (Znam dwa takie pierscionki po pow.
        10tys. - co w nich tyle kosztuje?). Moda rozpowszechnia sie coraz
        bardziej, wydobycie rosnie. I kto mi wytlumaczy dlaczego kartel
        Oppenheimerow, czy inne sa potega finansowa, a kraje, w ktorych sa
        kopalnie diamentow i innych drogich kopalin (z wyj. RPA) naleza do
        najbiedniejszych na swiecie. A jakie sa zarobki w tych kopalniach?
        Zapewne za kolonii angielskich, francuskich byl tam porzadek i ci co
        pracowali jako sluzacy bialych nie cierpieli nedzy, ale nikt nie
        dbal o edukacje tej ludnosci. Potem zawirowania historii
        spowodowaly, ze kolonialisci odeszli, weszli komunisci, albo nawet
        nie i kto umial rzadzic. Tak samo jest w porewolucyjnych krajach,
        ale poniewaz nie zmienia sie kolor skory, tych ktorzy doszli do
        wladzy to mniej sie wypomina ruskiemu chlopu, ze sami sobie winni,
        bo przeciez car coraz bardziej sie oswiecal. Tu nasz pan Rysio
        wprawdzie obwinia kartele o wyzysk, ale w ogolnosci caly czas
        powtarza, ze czarne sami sobie winni. Zaraz tez cala grupa, po
        slowach wspolczucia dodaje kazdorazowo, ze sami sobie winni.
        Chol... ja mam pisac o zwierzatkach, a nie o polityce, ktora na tym
        kontynencie jest szczegolnie nierozwiazywalna.
        Wioski przydrozne, jesli zdala od miasta to takie ubostwo jak na
        filmach, ale przy drodze, przy miastach to juz wprawdzie inaczej niz
        nasze wyobrazenie o cywilizacji, ale nie skrajna nedza. Pasa sie
        wychudzone stada krow, koz, czesto przy drodze, przed plotem, bo w
        dalszym ciagu caly kraj jest drutem podzielony na sektory. Tak
        dokladnie nie wiem co te bydlo znajduje do zjedzenia w tym
        zeschnietym swiecie. Nieraz stada zwierzat domowych mieszaja sie z
        dzikimi, ale sa to roslinozerne, wiec jakos koegzystuja. Dojezdzamy
        do miejscowosci Maun, u progu delty rzeki Okavango. Spod hotelu
        natychmiast przesiadamy sie na dwa dzipy i wio na pierwsze safari
        wodne. Najpierw 57 minut jazdy buszem (siedzacy obok mnie uczestnik
        nastawil stoper - stad wiem), po drodze dwa brody wodne. Jeden
        przechodzimy gladko, przed drugim nasz kierowca przepuszcza jadacy
        za nami drugi pojazd. I slusznie - tamten przejechal, a my nie.
        Pierwszy cofnal sie i z pomoca liny jakos sie wytargalismy.
        Kierowcy komentuja wydarzenie. Ta terenowka, ktora nas wyciagnela
        to samochod japonski z benzynowym silnikiem. Najlepsze terenowe
        samochody na Afryke produkuja od lat oczywiscie Japonczycy(mozna by
        pomyslec, po prostu lata doswiadczen w podrozach po wlasnym terenie:-
        )), chyba toyota, nasz to byl jakis skromny diesel z Europy i z gory
        wiedzieli, ze tylko toyota da rade przez rzeke. Dojezdzamy do rzeki
        Okavango,bezkresne rozlewisko.Mamy plywac miejscowymi czolnami. Po
        takich, czy innych perturbacjach organizacyjnych, z ktorych nasi
        przewodnicy wybrneli doskonale (chol...a ja juz tez patrze na nich
        jak na insekty - przepraszam za wyrazenie - jak z ich inteligencja)
        zjawiaja sie skads miejscowe wioskowe chlopaki. Po dwoje nas na
        czolno i plyniemy. Opowiadaja po angielsku, czasem lepsza, czasem
        gorsza angielszczyzna ciekawostki lokalne, wypatruja zwierzeta i
        ptaki, pokazuja rosliny. A czym to sie oni roznia od polskich czy
        slowackich flisakow? W koncu, jakos sie skrzykuja, dobijamy do
        brzegu. Ma byc cicho i idziemy swiezym tropem slonia. Nie bujali, w
        koncu jest slon pod drzewm, z bardzo bliska. Wyglada jak szara
        sciana. To nasz pierwszy slon, robi wrazenie, chociaz nie najwiekszy
        bo to slonica - kiedy odchodzi u nog placze sie male. Dzieci zawsze
        sa wzruszajace - sloniowe tez. Wracamy do lodzi, jemy jakis posilek
        z naszymi chlopakami, szczegolnie jeden jest bystry. Drobny,
        umiesniony, mlody, dyryguje pozostalymi, to on wypatrzyl z wody tego
        slonia i teraz nam mowi wiele o ich zyciu. Z przyjemnoscia go
        sluchamy, bo jego angielski jest taki znajomy - brooklynski- mowi,
        ze nauczyl sie akcentu od turystow. bystry z niego chlopak, zegnajac
        sie mowie mu to i zeby koniecznie poszedl do szkoly. Szkoda go w tym
        buszu.
        • mammaja Re: Afryka III 29.09.07, 22:34
          Podziwiam Maryno twoj zapal do podrozy. Czyta sie swietnie, ale
          jechac tam to zupelnie bym nie chciala. Ale to juz moj problem smile
          • maryna04 Re: Afryka IV 30.09.07, 04:41
            Wracamy do miasteczka w zachodzacym czerwonym sloncu. Juz okolo
            piatej popol. Pogoda robi sie mila, a nawet lepiej, slonce juz nie
            pali, nadchodzi ochlodzenie, w nocy jest calkiem chlodno, podobnie
            rankiem, do 9-tej. Nie ma wilgoci, to i upal lepiej znosic. Czy to
            slonce opala, chyba tylko wysusza. Cala nasza "ekipa" ubrana jest
            jak w "ksiazkach pisze.". Jasne spodnie, jasne gory, bluzy zawsze z
            dlugim rekawem, kapelusze prosto do Afryki z bajerami. Niektorzy to
            nawet maja odziez gwarantujaca sunblock 30, czy wiekszy. Nie wiem
            czy po praniu tez tak jest, w kazdym razie widac, ze na wszystkim
            mozna zrobic pieniadze, nawet na spodniach z sunblockiem. Ja tak
            raczej odstaje z tym wyposazeniem odziezowym, bo nie wierze w takie
            cuda, ale jakos sie nie poparzylam, zwierzeta mnie nie zjadly, a co
            do chorob tropikalnych, to sie okaze. W kazdym razie kuracji na
            malarie nie wzielam, bo raz, ze nie pokrywa jej ubezpieczenie a
            kosztuje okropnie, a dwa dowiedzialam sie, ze niektorzy maja takie
            efekty uboczne, ze wycieczka zepsuta. Odswiezylam tylko szczepienie
            przeciwko tezcowi, a inne dziwne choroby se odpuscilam. Nie mowie,
            ze zrobilam slusznie. Ale komarow nie bylo praktycznie wcale, bo nie
            sezon na nie, wode pilam z butelki lub gotowana, rece wycieralam
            dezynfekujacymi srodkami..., i chwatit. Zatruc pokarmowych zadnych
            nie bylo.
            Wracajac z delty rzeki spotykamy kobiety w przedziwnych XIX-
            wiecznych sukniach i dziwnych kapeluszach. Trzymaja sie pieknie,
            chodza dostojnie, to kobiety z plemienia herero, te stroje narzucili
            im kolonisci niemieccy chyba w sasiedniej Namibii i tak juz zostalo.
            Malownicze to wielce, ale czy aby teraz to juz nie tylko "Cepelia".
            No to czas juz opuscic wygodne hotele, nastepne noce w buszu w
            zwyklych namiotach w rezerwacie Chobe. Po drodze nasz pilot nagle
            skreca w busz i jedziemy dlugo nie wiadomo dokad. Nagle jeden za
            drugim wyrastaja przepotezne baobaby, juz troche bylismy
            nimi "znudzeni", ale ta ilosc, wielkosc, formy wzbudzaja okrzyki
            podziwu. No i w koncu tabliczka - rezerwat tych drzew. Jakies
            budynki swiezo pobudowane na styl "afrykanski" wychodzi naprzeciw
            taki Irlandczyk z czarnym synkiem na reku. Wybudowal sobie tu
            osrodek, tak w tutejszym stylu - jest restauracja, jakies sale,
            piekny basen, czesciowo przykryty, zeby slonko nie palilo, jacuzzi,
            zeby w wieczorne chlody zazywac wypoczynku i z dziesiec "szaletow",
            pieknie wyposazonych w "folklorze"- - kazdy inaczej. Wytyczone
            sciezki do chodzenia, dziwimy sie - przeciez nic nie ma na tej
            spieczonej ziemi, widocznie jest, i on stara sie, zeby cos sie
            ukorzenilo i w razie wiatrow nie pylilo. Urodzil sie w RPA, w
            Botswanie mieszka juz kilka lat i taki znalazl pomysl na zycie. Za
            bufetem stoi jego czarna, urocza zona. Pytam, czemu na drodze nie
            ma zadnej tablicy informacyjnej, cos tam tlumaczy, ze jest w
            internecie i biurach podrozy, ale tablica by mu nie zaszkodzila. Nie
            umialabym tak zyc, ale podziwiam ludzi, ktorzy maja swoj wlasny
            pomysl na zycie i pasje.
            Prujemy dalej, Rysio ma dosyc dziwne poglady, ale jest doskonalym
            kierowca i przewodnikiem, zna Afryke. Coraz lepiej widze jak
            przyjacielsko i ze znajomoscia rzeczy odnosi do Afrykanczykow, on
            ich lubi, tylko, ze uwaza, ze do rzadzenia, kierowania i nauki to
            nie maja glowy. Zatrzymalismy sie w pustkowiu przy stacji
            benzynowej. Jakis mini - market. Lada z goracymi posilkami,
            zamrazarka z lodami z calego swiata, do napoju pan kasjer przy
            nowoczesnej kasie podaje slomke. Kupuje loda, inni nawet jakies
            niezachecajace jedzenie, ktore do styropianowych pojemnikow kupuja
            na lunch podjezdzajacy autami czarni.Jak w Ameryce, tyle, ze
            obskurnawo. Nie wydaje Wam sie to interesujace? Jednak na tle
            calosci, to byl jakis duzy krok cywilizacyjny a ja stwierdzam: jak
            juz w tym miejscu otworza McDonalda, a obok Dunkin - Donatsa, a za
            plecami beda tylko huczec TIR-y to znaczy, ze w Botswanie jest juz
            swiatowy dobrobyt, tylko czy bedzie warto jeszcze tu przyjezdzac?
            Jak by w odpowiedzi ktos z naszych krzyczy, na horyzoncie w buszu
            widac zyrafe. Pierwsza, rozne gatunki antylop krecace sie tu i tam
            nie robia juz wrazenia. Tacy juz jestesmy zepsuci.
            Zjezdzamy na kamping, autobus z mozolem porusza sie po
            piaskowo -klepistej drodze, zwyczajny nie przejechalby tego nigdy.
            Dojezdzamy, wita nas kobieta , kolorowa, moze Filipinka, obok stoi
            maz o urodzie arabskiego terrorysty i kilkunastoletni syn - tez jak
            tatus. Brytyjski akcent calej trojki. Kiedy nastepnego dnia jechala
            z nami dzipem po zakuopy zagadnelam ja skad jest, jak to skad,
            urodzila sie w Botswanie, maz tez. Juz nie spytalam kogo z ich
            przodkow rzucilo kiedys w te strony. Mieszkaja na kampingu, za
            budynkiem recepcji, stolowki, kuchni maja duza przyczepe
            kampingowa, strasznie lubi swoje zycie, bo tyle sie dzieje.
            Teraz rozgaszczamy sie w namiotach. Kamping jest ogrodzony, ale i
            tak po drzewach skacza malpy - pawiany. W namiotach polowe lozka,
            walizke zostawiam na lawce przed namiotem, zeby bylo wygodniej, cos
            zawieszam na drzewie, jednak uprzedzaja gospodarze, zeby nie
            zostawiac nic luzem, bo malpy moga posprzatac. A niech tam, tylko
            zrzucily mi buty z postawionego zadaszenia. Odpoczywamy nieco i nad
            rzeke, ktora jest co "rzut beretem". Rzeka nazywa sie Zambezi i to
            juz wielce powazna rzeka, ktorej nie straszne pory suche.
            Przedwieczorna cisza, tylko gdzies slychac jakies ptaki. Chlopak z
            personelu pokazuje cos na wodzie. Coraz lepiej posluguje sie
            lornetka, wiec wylapuje - to slipia hipopotama. Znikaja, chlopak
            mowi za jakies 7 minut znow wystawi leb. Wystawil. Kiedy wracamy za
            jakims fantazyjnie ukonarzonym drzewem zachodzi czerwone slonce. Jak
            to wyglada? A tak jak na najpiekniejszej kartce z
            kalendarza "Afryka". Wieczorem mamy grilla, uwija sie kucharz,
            nielegalny emigrant z sasiedniego Zimbabwe, niestety nie bardzo mu
            wychodza steki z antylopy, powiem uczciwie niejadalne z twardosci,
            ale za to ile radosci bylo w trakcie ich jedzenia. Do tego czerwone
            wino z winnic z RPA, polecam ich wina. Moze nie slynne, ale bardzo
            smaczne. No to spac, bo jutro nowe zadania.
            • kanoka Re: Afryka IV 30.09.07, 08:35
              Piękna podróż, Maryno, ale Lariam może należało brać? Kiedy syn pojechał do
              Argentyny i tylko na dwa dni wpadł z wycieczką do wodospadów Iguazi, był jednym
              z niewielu, którzy brali profilaktykę antymalaryczną,. Opłaciło się.
              Jeżeli w ciągu najbliższego miesiąca po powrocie, będziesz miała gorączkę i
              objawy grypopodobne(tfu! tfu! tfu!), powiedz lekarzowi, gdzie byłaś i poproś o
              badanie krwi(rozmaz)
              • jan.kran Re: Afryka IV 30.09.07, 12:00
                Nie mam czasu przeczytac ... a wydrukowac moge dopiero pojutrze.
                Ale juz sie ciesze na nowe opowiescismile
                Kran
                • maryna04 Re: Afryka odpowiedz 30.09.07, 16:35
                  Mysle, ze raczej powinnam wziac na ta malarie. Bylam u lekarza, a
                  jakze. Medytowalam, medytowalam i... nie wzielam:
                  -bo okazalo sie straszliwie drogie, a ubezpieczenie nie pokrywalo,
                  to juz zaczelam sie zastanawiac
                  - potem corka przekonsultowala to w swojej pracy z kolezanka, ktora
                  byla w podrozy poslubnej tam w zeszlym roku, ona nie brala, maz bral
                  i mial okropne efekty uboczne, drugi lekarz obyty w tamtych krajach
                  powiedzial, ze w tym sezonie co jade jest znikoma szansa na
                  spotkanie tego gatunku i on nie bral
                  - moje lekarstwo bylo wielce skomplikowane w dawkowaniu, co mnie
                  zniechecilo, wiedzac, ze warunki do brania beda rozne. Jakas glupia
                  byla moja lekarka, bo wszyscy inni mieli do wziecia 3 pastylki w
                  odstepach tygodniowych, a i tak sobie na okraglo przypominali
                  -W dwa dni po przyjezdzie wielce sie zaziebilam, ale absolutnie nie
                  malarycznie
                  - bylam w Iguasu Falls na granicy argentynsko-brazylijskiej i
                  szczerze mowiac nie przyszlo mi by do glowy, ze tam tez moze byc
                  malaria.
                  - wiem, ze jestem nierozsadna, ale pan pilot powiedzial, ze w tej
                  chwili jest nadrewelacyjny lek na malarie, zapewne kosztuje milion i
                  moze jeszcze nie jest dopuszczony na amerykanskie rynki, ale w razie
                  czego sprowadze, wydam pieniadze.
                  - nawet nie zaszczepilam sie na zoltaczke, bo najpierw pobrano mi
                  krew, czy nie mam juz cial odpornosciowych, potem pojechalam do
                  grecji itd, kiedy przyszlam, to okazalo sie, ze zrobiono mi badanie
                  na watrobe, a nie ciala odpornosciowe (lekarka pocieszyla mnie - ,
                  ale za to watrobe ma pani zdrowa - tez milo), kiedy w koncu okazalo
                  sie, ze moge sie zaszczepic, i ze pelny cykl to 4 zastrzyki w
                  wielotygodniowych odstepach, a kazdy po 130 dol. (ubezpieczenie
                  pokrywa tylko ludziom pracujacym w szpitalach, domach opieki itd),
                  wiec stwierdzilam, ze mi sie nie oplaci. Wiem, ze na zdrowiu nie
                  nalezy oszczedzac. W instrukcji do odwiedzanych przeze mnie krajow
                  napisano, ze ewentualnie mozna sie zaszczepic na jakies cholery...
                  ale niekoniecznie. Bardzo tez zalecano zdrowy rozsadek w czasie
                  pobytu.
                  Raz tylko chorowalam na wycieczkach- w Peru, na infekcje zoladkowa -
                  na szczescie pod sam koniec wycieczki. Jest to bardzo tam
                  powszechne dla wycieczkowiczow, mysle, ze nie tylko z powodu zlej
                  higieny i nieprzystosowania sie zoladkow do tamtych bakerii
                  zatruciowych, ale i z powodu wysokosci oslabiajacej organizmy.
                  Moja corka w zeszlym roku byla w podrozy poslubnej Peru, Boliwia.
                  Po powrocie pytam o Boliwie. Jak tam bylo? Bardzo tanio - brzmiala
                  odpowiedz. I tyle. ??? Ano tyle. Przekraczajac granice peruwiansko-
                  boliwijska juz byli chorzy. Zatrzymali sie w hotelu w La Paz - w
                  stanie zejsciowym. Goraczka, biegunki, slabosci. Wezwali lekarza
                  przez recepcje, przyszla prywatnie mloda Boliwijka. Za
                  wizyte,obszerne porady, nawet jak w razie czego dostac sie na
                  pogotowie na kroplowke zazyczyla sobie... 25dol., oczywiscie ziec
                  dal jej wiecej niz dwukrotnie. Z apteki przyniesiono leki najnowszej
                  generacji - 5 dolarow. Sniadanie do pokoju tyle samo. Ale to tak
                  przy okazji.
                  • kanoka Re: Afryka odpowiedz 30.09.07, 17:01
                    Maryno, wybacz mi skrzywienie zawodowe, mam nadzieję, że nic złego ani teraz,
                    ani w przyszłości Ci się nie przydarzyło i nie przydarzy
                    • maryna04 Re: Afryka VI 30.09.07, 22:28
                      Rano ok. 6-tej budza mnie nie odglosy puszczy, czy swiergot
                      ptakow, ale nasi panowie, ktorzy po pierwszych fotografowaniach o
                      brzasku opowiadaja sobie wrazenia, tym bardziej donosnie, bo spod
                      prysznicow, ktore utrudniaja im slyszenie. No to wylaze na
                      zewnatrz, Slowak idzie cos "upolowac" nad rzeke, to ide z nim poza
                      ogrodzenie. Okazuje sie, ze wlasnie wewnatrz ogrodzenia slychac
                      jakies trzaski lamanych galezi, za moment smigaja dwa nie za
                      duze "psy". Na pewno to nie domowe zwierzeta. Moj towarzysz
                      stwierdza, ze to hieny, potem okazuje sie, ze to bardzo mozliwe,
                      jeden z uczestnikow, ktory od poczatku marzy nie tylko w wyciu
                      hieny, ale i zywej jest niepocieszony. He, he. Nad brzegiem rzeki
                      widac slady hipopotamow, pasa sie takie niewielkie antylopy (nie
                      chce mi sie szukac jak sie nazywaja, a zapomnialam) w odleglosci 2
                      metrow od nas, czy to aby naprawde ciagle dziki swiat?
                      Potem jedziemy na Zambezi na juz powazne safari wodne. To czwarta
                      co do wielkosci rzeka w Afryce, z dzipow ladowych przesiadamy sie na
                      takie wodne - czyli motorowki z lawkami. Pan pilot lodzi zna sie na
                      rzeczy i okazuje sie, ze w rzece jest ogromna ilosc hipopotamow,
                      krokodyli, ktore co chwile nam wskazuje. Z wody wystaje i po 10
                      glowek hipopotamowych, z rzadko, ktorys poplynie, a juz zupelnie
                      rzadko gramoli sie na brzeg. Nie ta pora. Natomiast krokodyle w
                      wodzie nawet ruchliwe, na brzegach leza, no wlasnie jak krokodyle w
                      ZOO - niezywo. Te potezne stworzenia sa niegrozne dopoki sie ich
                      nie przestraszy i nie poczuja sie zagrozone. Jak wszystkie
                      stworzenia. Co rusz pilot wskazuje na ptactwo, a to orzel rybny na
                      szczycie drzewa, a to gesi egipskie, kormorany, pokazuje nam z duma
                      ptaka pod ochrona, ktorego zabicie kosztuje ...30 lat wiezienia.
                      Opowiada o wedrowkach ptakow, wlasnie flamingi odlecialy, kto to
                      wszystko spamieta. A wlasciwie to czemu ptaki na calym globie tak
                      nieustajaco wedruja?
                      W drodze powrotnej zatrzymujemy sie w bardzo przyzwoitym
                      miasteczku. Co to dla mnie znaczy przyzwoite, a to co i dla Was,
                      chociaz byscie sie do tego nie przyznawali. Supermarket, sklepy z
                      jakimis dobrami, czynna poczta, nawet jakies uslugi, chodniki,
                      swiatla. Wstepuje do sklepu z pamiatkami, z jednej strony
                      kawiarenka. Za lada stoi dwoch starszych, bialych panow, akcent
                      brytyjski. Zamawiam kawe latte w cenie z NY i pytam skad pochodza.
                      Z sasiedniej Zimbabwe( to jest byla Rodezja, inny kraj z
                      appartheidem, gdzie bialych stopniowo wyrugowano, a resztki farmerow
                      wygoniono, i wymordowano w calkiem ostatnich latach -bylo to bardzo
                      glosne) no tak, ale oryginalnie skad pochodza? Z Zimbabwe, tam sie
                      urodzili. Jeden z nich w koncu mowi, ze jego rodzina pochodzila ze
                      Skandynawi, nie precyzujac kraju i przedstawia siedzaca za kasa zone
                      mowiac - jej rodzice byli z Niemiec. I dodaje z duma - bylismy raz w
                      Europie - 4 dni - ale tam bardzo drogo. Gdzie mieli wyemigrowac w
                      ucieczce ci starsi ludzie, dla ktorych Europa jest obca i gdzie
                      prawdopodobnie nie maja juz wiezow rodzinnych? Wyemigrowali do kraju
                      najbardziej po sasiedzku, podobnego do ich ojczyzny. Pogadalabym z
                      nimi dluzej, ale juz nas wolaja.
                      Wieczorem mamy wystepy mlodziezy, tance plemienne w stosownych
                      strojach. Rysiek, jak dla nas, wie omal wszystko o Afryce, wiec
                      tlumaczy co za plemiona, jakie tradycje itd. Sympatyczne te dzieci,
                      dziewczynki nawet niektore tlustawe, czyzby dobrobyt pukal, zeby ich
                      wczesniej AIDS nie pochlonal. Po czesci, rzeczywiscie "plemiennej" w
                      rytm afrykanskich bebnow podskakuja juz tak wiecej disco, nie
                      szkodzi, w koncu juz wszyscy tancza. Oczywiscie jak zwykle nasza
                      grupa wycieczkowa sypnela duzym groszem, Rysiu mowi, ze byli
                      zakoczeni. Jak to jest, przynajmniej w miescie NY Polacy slyna ze
                      skapych napiwkow, ale na wszelkich wycieczkach zagranicznych nie
                      nadazam finansowo, zeby dorownac hojnosci innych. Podoba mi sie to.
                      Nastepnego dnia safarii ladowe po poludniu, w godzinach schodzenia
                      zwierzat do wodopoju. W moim dzipie kierowca jest wlasciciel
                      kampingu i jego syn. Zaprawia sie do zawodu, ale tez jest przepis,
                      azeby jechalo dwoch obslugujacych, w razie czego. Wiedza kiedy i
                      gdzie nas zabrac, jak juz wspomnialam zaraz po powrocie, w tym dniu
                      ilosc zwierzat jakie obejrzelismy przeszla wszelkie wyobrazenia. Kto
                      nie widzial, to nie uwierzy. Czyzby schodzily sie do Arki Noego?
                      Jaka tam arka Noego, skoro liczenie sloni przerwalam przy prawie
                      dwustu. W zgodzie stoja, pija, wedruja bawoly, z piec rodzajow
                      antylop w duzych i ogromnych stadach, dzikie swinie, malpy,
                      niebotyczne zyrafy, z wody zaczynaja wychodzic hipopotamy,
                      potracajac niezywe krokodyle, co rusz stoja i smigaja jakies male
                      stworzenia. W pewnym miejscu korek drogowy, ze 4 dzippy czekaja az
                      przejdzie stado sloni. Zamykajacy pochod olbrzym jest wyraznie zly,
                      zatrzymal sie i szybkim krokiem ruszyl do pierwszego dzippa.
                      Wszyscy niespiesznie sie cofneli, a slon stanal i juz. Trwalo to z
                      10 minut, ale nie tyle bylo grozne, co zabawne. Pan pilot jest
                      jednak ciagle niezadowolony. Juz wiemy, ze nosorazca nie zobaczymy,
                      bo sa na rozmnazaniu, czyli tylko w zamknietych rezerwatach, ale
                      sa tu lwy. Wreszcie dostaje sygnal, gdzie jest lew. Trzeba sie do
                      niego spieszyc, ale nie za bardzo, bo lew to wielce leniwe zwierze.
                      No to jest, na jakies kilkanascie metrow. Wracajac od niego
                      spotykamy lwice lezaca pod drzewem, zblizamy sie do niej, zreszta od
                      majej strony na jakie 1,5 metra. Czy ten pilot zgupial? Nie, nie
                      zglupial, wie, ze zwierze jest chore. Zaraz po odjechaniu dzwoni na
                      pogotowie weterynatyjne. W drodze powrotnej spotykamy juz jak
                      jedzie. Nasz pilot przystaje, objasnia dokladnie, w ktorym to
                      miejscu. W samochodzie jedzie kierowca , pani weterynarka i trooper
                      do odstrzelenia srodkiem usypiajacym. Raczej lwica nie bedzie
                      wymagala transportu do lecznicy, bo spodziewaja sie co jej jest.
                      Potem widzimy zyrafe ze strasznie powiekszonymi "policzkami", wisza
                      jej takie dwa wole i pilot mowi, ze to nie jest wskutek wypchania
                      przezuwanym jedzeniem, predzej jakies wezly chlonne. Znow siega po
                      komorke, okazuje sie, ze zyrafe juz ktos inny zglosil.
                      Nie po raz pierwszy przychodzi mi do glowy, ze zwierzeta w Afryce
                      maja znacznie lepiej niz ludzie. Wiecej programow bijacych na
                      alarm jak spada poglowie tego, czy owego. Kiedys ogladalam o banku
                      spermy lwow. Czy to jeszcze zachowanie naturalnego srodowiska. albo
                      juz ingerencja w nie? Sloni w Botswanie wskutek scislych rygorow
                      tak przybylo, ze szacuje sie ich ilosc na 140 tys., nie dziwota,
                      ze widzialam ich w roznych miejscach w sumie z tysiac. No i jest
                      ich duzo za duzo, ten busz to wyglada tak dzieki nim, bo musi
                      dziennie zjesc 100 kg tych suchosci. Ile pomieszcza ZOO, na
                      zwierztka domowe jakos sie nie nadaja, inne parki tez maja swoje. A
                      w tym samym kraju poglowie ludzkie spada. Tu przynajmniej rezerwaty
                      zwierzat sa otwarte. W Kenii sa podobno ogrodzone i jak mi mowila
                      siostra, odnosni sie uczucie, ze to zwierzeta sa na wolnosci, a
                      ludzie w klatkach, bo na mniejszych przestrzeniach.
                      • maryna04 Re: Afryka VII 01.10.07, 00:59
                        Kolejny i ostatni etap podrozy to Victoria Falls w Zimbabwe. Za
                        dobrych czasow bialych wlascicieli byla to duza i bardzo modna
                        miejscowosc letniskowa polozana nad slynnymi z urody i wielkosci
                        wodospadani Victorii. Wodospady polozone sa na granicy z kolejnym
                        panstwem - Zambia i nalezy je obejsc po obydwoch stronach, co tez i
                        my uczynilismy. Wodospady odkryl slynny podroznik Livingston, ten od
                        niemniej slynnego powiedzenia: "Przypuszczam ze spotykam sir
                        Livingston'a" - ten drugi podroznik to chyba mial nazwisko Stanley?
                        Juz przy zblizaniu sie do granicy czuc atmosfere upadlego
                        panstwa. Na stacji benzynowej do jakis przedziwnych pojemnikow
                        tankuja ci z Zimbabwe benzyne, na samym przejsciu tlum z tobolami.
                        Wielce powazna akcja paszportowa, posiadacze paszportow polskich
                        musza zaplacic za wize....140dol. Rzadki to przypadek, ze paszport
                        amerykanski jest lepszy. Dojezdzamy do miasta, ladny hotel. Wkrotce
                        okazuje sie, ze jestesmy tutaj jedynymi goscmi. Jest nas 15 osob, a
                        obslugi hotelowej ze 40. W pelnym pogotowiu. Kiedys wlasnosc
                        prywatna, teraz panstwowa, ludzie przychodza do pracy, gdzie nie ma
                        zadnej pracy, ale przynajmniej maja jakies pieniadze. Hotel jeszcze
                        nie zrujnowany, ale tchnie ubostwem. Panowie kelnerzy eleganccy -
                        stoja, zespol sprzatajacy w uniformach cos pracowicie odkurza, nie,
                        nie odkurzaczem - miotelkami. W basenie woda wprawdzie nie
                        zzieleniala, ale na pewno do niej nie wejde. Dostajemy pokoje w
                        czesci szeregowych domkow, kazdy z duzym tarasem. Jak tu musialo
                        kiedys kwitnac zycie. Zaczynam sie orientowac na czym polegala idea
                        tego miejsca. Ano przyjezdzali tu z calego swiata, a takze biali
                        afrykanscy na urlopy. Atrakcji wiele. Piekne osrodki z
                        wysokokwalifikowana sluzba, zapewne stosowne jedzenie i rozxrywki w
                        hotelach, baseny, tropikalna roslinnosc, nieustajaco zraszana
                        woda, bo by sie nie utrzymala. No i wycieczki nad wodospad, rafting
                        na rzece, kanoing, safari najrozniejsze, przejazdzki sloniem, loty
                        nad wodospadem samolotem, helikopterem, lotnia, skoki na linie,
                        spotkania z lwami, targi wyrobow afrykanskich, kasyno, dyskoteki,
                        restauracje, cywilizowane sklepy z pamiatkami, wyrobami jubilerskimi
                        i zapewne wiele innych mozliwosci. Spokojnie mozna bylo tu spedzic
                        kilkanascie dni. Teraz jest tez omal wszystko to samo, tyle, ze juz
                        umarle, albo ledwo zipie. Wiec jedziemy do takiej agencji i
                        wybieramy na dwa dni kto jakie chce atrakcje. Zaznaczam, ze pomimo,
                        ze dochod roczny w tym kraju ksztaltuje sie na poziomie kilkuset
                        dol.rocznie ceny atrakcji wybitnie amerykanskie, a nawet lepiej.
                        Wybieram cos tam, okazuje sie, ze karta kredytowa placic nie mozna.
                        A to niespodzianka - przynajmniej dla mnie. Trzeba bedzie gdzies
                        wybrac pieniadze.
                        To juz kolejny swiatowej slawy wodospad, ktory widze - imponujacy,
                        ale jeszcze bardziej ladny i imponujacy jest ten wspomniany juz tu
                        Iquasu Falls w Brazylii, nie mowie tego glosno, ale na glos mowi to
                        nasz przewodnik z Chicago, a on jest swiatowiec - w sensie
                        zwiedzania- prawdziwy.
                        Przechodzac przez granice do Zambii, zeby obejsc z drugiej strony
                        wodospady jestesmy oblegani przez zebrajace dzieci, jakis
                        sprzedawcow figurek zwierzat. Juz wczesniej z autobusu rozdalismy
                        dzieciom omal wszystkie jedzenie jakie posiadalismy, teraz od tych
                        mlodzianow naprawde nie mozna sie opedzic. Z Zambii wracaja
                        mieszkancy Zimbabwe z worami chleba. Dobrze, ze przynajmniej nie
                        maja trudnosci z przejsciem przez granice. Na poboczu stoi
                        kilkadziesiat platform samochodowych z powiazanymi arkuszami blachy
                        miedzianej. Czekaja na odprawe, wiec cos sie tu produkuje, ale gdzie
                        te pieniadze.
                        Na wieczor zabukowalam sobie przejazdzke sloniem. Jak zwykle
                        zabiera nas autobus. Ta "ferma" sloni - bajkowa. Stylowe budynki
                        kryte trawa, zadbane drzewa, trawniki. Drinki na poczatek. Wychodzi
                        pan, poucza, nadchodza slonie, "ceremonia" zapoznania sie z nimi.
                        Wsiadamy we dwojke i z panem kierowca sloniowym. Pan jest wielce
                        przygotowany, o sloniach wie wszystko, i jak koniuszy konie - kocha
                        je. Zapewne wyuczony na kursach zabawia nas dodatkowymi pytaniami,
                        ja oczywiscie rewanzuje sie pytajac o jego zycie. Pracuje tu juz 12
                        lat 24/7 - tu przebywa przez 24 dni, potem ma tydzien wakacji. To
                        jedziesz do rodziny pytam domyslnie. No, raczej nie, z powodu
                        benzyny. A to masz auto pytam jeszcze domyslniej, nie, to autobus
                        nie ma benzyny, a zreszta bilet jest bardzo drogi. Przejazdzka trwa
                        ze dwie godziny, sloni jest z 10, placza sie dwa male. Oczywiscie
                        widzimy inne okazy zwierzat, zachod slonca. Potem zostajemy
                        zaproszeni do recepcji, film, zdjecia - chlopak dwoi sie i troi,
                        niestety prawie nikt nie kupuje. "Interes" prowadza biali, jakies
                        dwie zlotowlose starsze ladies i starszy dzentelmen, tyle
                        przynajmniej sie pokazalo, dostajemy napoje, przekaski. Moze nie
                        mieli ziemi i dlatego sie uchowali? Siadamy na lawkach na trawniku,
                        wokol pelno zwierzat z buszu. Wiedza, ze karmiac w nagrode slonie
                        pogubimy ich smakolyki, wiec schodza sie na kolacje, malutkie
                        sloniatlo karmi pracownik z butelki. Slonik traktuje go jak matke.
                        Po powrocie do hotelu dowiadujemy sie, ze Ryszard wyslal taksowke
                        do Zambii po prowiant i tym sposobem hotel zapewni nam przewidziane
                        dwa sniadania. Zas na kolacje chlopaki z personelu nalowili ryb i
                        wlasnie bedziemy miec je na kolacje. Kolacja, jak na dworze krolowej
                        angielskiej w czasie kartkowym, w czasie wojny. Na pieknych
                        obrusach, na szlachetnej porcelanie wytworni kelnerzy podaja nam
                        rybe z 5 niedosmazonymi frytkami i takimi 4 straczkami szparagowki.
                        Pala sie swiece. Wody do picia dostac nie mozna, jest jednak jeden
                        napoj gazowany - fanta, no i piwo. Ryba bardzo smaczna, ale stanela
                        mi oscia w gardle, kiedy Rysio na koniec podal cene od lebka tej
                        kolacji jaka jemu podal pan kierownik sali, czyli tarasu. Na dodatek
                        wepchneli nam po dwie galki rozplywajacych sie lodow. Rysiowi
                        zrobilo sie przykro, bo wiekszosc osob spytalo, czy aby mozemy je
                        bez obaw zjesc. A on w takich momentach staje murem za tymi
                        ucisnionymi narodami, chociaz wlasciwie na okraglo mowil, ze sami
                        sobie sa winni. (To tak jak wszyscy - w najgorszych okresleniach
                        mowimy np. o polskim syfie, ale wara innym tak mowic). No to
                        zjedlismy niechetnie te lody, a za nie ekstra doplata. Nie
                        zdzierzylam, reszta osob uszy skulone, a ja jednak zwrocilam uwage,
                        ze to, ze ktos jest biedny nie upowaznia do tego, zeby od nas
                        wyludzac pieniadze.... no itd. Rysiowi zrobilo sie jeszcze bardziej
                        przykro, bo jak nie lubi czarnych tak zupelnie smialo uwaza, ze na
                        ich korzysc mozna smialo drzec z Amerykanow, ale jakie my
                        Amerykany - zwlaszcza ja. Kolacji towarzyszyl meski zespol w
                        afrykanskich skorach, sami mlodzi mezczyzni, ale jakos bez kobiet
                        nie jest taki fajny, a moze myslimy o ich biedzie, a moze o naszej w
                        zwiazku z cena rybki. Nic nie widzialam, bo siedzialam tylem do
                        nich. Sciepka na nich do kapelusza tez niemala, dokladam, chociaz
                        zajrzalo mi juz widmo bankructwa. Maszyny do wybierania pieniedzy
                        juz w tym kraju nie istnieja, poinformowano mnie w luksusowym
                        hotelu, gdzie zapytalam, ze moge wybrac w.. Zambii, zambijskie
                        pieniadze. No nie. Zreszta przelicznik tutejszych wynosi 1 dolar
                        USA do 30tys.dolarow ichniejszych, wiec pod maszyna trzeba byloby
                        stac z workiem, a na dodatek te pieniadze maja date waznosci -6
                        miesiecy. Atmosfera jednak zaraz sie rozladowala, czesc towarzystwa
                        poszla do kasyna, nie tyle pograc, ale ze sa tam jakies wystepy.
                        Zaraz wrocili, zarzadzano od nich zjedzenia pelnej kolacji - do
                        wyboru byla ryba, moze z tego samego polowu. Tak to upadaja
                        obyczaje, kiedy odchodza biali wlasciciele.
                        Mnie na wieczor tez nastroj sie poprawil, bo rozbierajac sie
                        wieczorem wymacalam sobie jakiegos guza, mysle - rak. Nie, to bylo
                        40 dol, ktore zlozone w malutka kosteczke w jakims momencie w ciagu
                        dnia sobie zatk
                        • maryna04 Re: Afryka VIII Znaczy ten zwitek pieniedzy zwy 01.10.07, 01:00
                          • maryna04 Re: Afryka VIII 01.10.07, 15:53
                            Znaczy ten zwitek pieniedzy zatknelam sobie w ciagu dnia zwyczajem
                            naszych babek (przepraszam, jesli czyjes babki tak nie robily)w
                            bezpieczne miejsce i teraz po prostu cud.
                            Na nastepny dzien zamowilam sobie kanoing. Jak zwykle zbiera nas z
                            roznych hoteli dzip. Nalezy wszystko oddac, co nie powinno zmoknac,
                            bo mimo, ze rzeka wydaje sie spokojna i tak zmokniemy - uprzedza.
                            Mnie przypada miejsce (droga losowania)z "panem kierownikiem" ekipy.
                            Nie jestem nowicjuszem, wiem macham wioslami w najlepsze. Jednak
                            pan kierownik ma 8 kajakow do pilnowanie i robi to bardzo
                            skrupulatnie. Rzeke i lad ma oczywiscie w malym palcu, dlatego co
                            rusz cos wskazuje i pilnie wypatruje, najechanie na stadko hippos
                            nie byloby przeciez najlepsza zabawa.
                            Zreszta pouczyl nas co zrobic, kiedy przez pomylke wyplynie takie
                            stworzenie w poblizu nas. Po prostu wioslowac z calej sily i wiac,
                            po cichu. No to komenderuje za jego wskazowkami, nie wyprzedzac,, z
                            tej strony omijamy... potem mamy pozdejmowac okulary,
                            moja lornetke, zabiera do schowka (bo nie jest zolta, a tylko zolte
                            sa odporne na wode, czyzby z powodu kolorusmile) i juz zaraz walnelo
                            nas woda, tak ze kajak jest jej pelny. "kierownik" krzyczy do mnie
                            wiosluj, wiosluj, bo jakas dwojka nakryla sie lodka i teraz
                            usiluje ja zlapac i swoje rzeczy. Kierownik blyskawicznie,
                            oczywiscie z moja pomoca doplynal, pozbieral co trzeba i skonczylo
                            sie na wielkim smiechu, a on kierownik wyciagnal pompe i wypompowal
                            wszystkim wode. Na nastepnej przeszkodzie juz tylko jedna osoba
                            wyleciala do wody, a na trzeciej zadna. W sumie baardzo relaksujace
                            pol dnia. Rozwozac w drodze powrotnej grupe do poszczegolnych hoteli
                            i kampingow (rownie pustych jak nasz) obejrzelismy dokladnie
                            miasto. Toz to prawdziwy kurort, luksusowe hotele w ogrodach, cale
                            ulice prywatnych willi i skromniejszych domow, czesto wszystko
                            tonie w cieniu starych drzew. Z daleka nie wyglada to jeszcze
                            zrujnowane, ale ile mozna tak ledwo, ledwo? W hotelu nad basenem
                            siedza ju uczestnicy prawdziwego raftingu, cos wielce peroruja.
                            Okazuje sie, ze wytluklo ich wielokrotnie w wodzie i zapewne dopiero
                            za pare dni pozostanie tylko wielka frajda, teraz omawiaja
                            przypadek jednego z naszych, ktorego tak silnie wyrzucilo do wody,
                            ze przez dwie minuty nie wyplywal, w kocnu ujrzeli jego kask 100m
                            dalej i wylowil go, bez swiadomosci, inny ponton. Sam mowi, ze to
                            jego wina, bo wbrew komendzie nie trzymal sie liny
                            tylko "zdjeciowal" aparatura wodoszczelna.
                            Po poludniu moja wspolmieszkanka zamowila sobie atrakcje "Spacer z
                            lwami", wrocili potem zachwyceni. Lwy maja do dwoch lat, sieroty z
                            buszu. Po dwoch latach czterostopniowym programem przystosowuje sie
                            do zycia w buszu. Oprocz atrakcji jest to jakis duzy
                            program badawczy, w ktorym uczestniczy wielu woluntariuszy z calego
                            swiata.
                            A ja sobie "zafundowalam" jedna z moich najbardziej ulubionych -
                            atrakcji - spacer po okolicy. Przepytalam do czego w ktora stone
                            prowadzi ulica, czy tez droga i poszla. Ide sobie piaszczystym co
                            chwile slysze "goodafternoon madame", a nie jakies prostackie
                            amerykanskie hi, czy hello. Dochodze da jakiegos ronda, w lewo
                            jakies budynki - dom towarowy, a moze bank. przed budynkami klebi
                            sie z kilkaset osob. Poniewaz bardziej wyglada to na bank, ide
                            zobaczyc i mysle - wybieraja pieniadze z pustego banku. Nie musialam
                            dochodzic - bo odchodzacy niesli po dwa podluzne amerykanskie chleby
                            toastowe. Dalej pasaz sklepow, absolutnie pustych. mozna powiedziec,
                            jak kiedys w Polsce. Tylko, ze w Polsce nikt nie cierpial wtedy
                            nedzy i kazdy mial jakas prace...itd, wie trzeba oszczedzic takich
                            porownan. Dochodze do dumy kurortu - kasyno hotelem. Olbrzymia
                            budowla, jakies fosy, wysepki, fontanny, rzezby, metalorzezby, na
                            parkingu ze trzy samochody. Wchodze do kasyna, a jakze, jak w
                            kasynie miga sie i swieci, dzwiek wypadajacych monet, nawet jakies
                            sklepy butikowe naokolo. No i jestem jedynym ludzkim stworzeniem w
                            tym przybytku. Moze wieczrem tu graja, ale w jakich pieniadzach
                            wyplaty nagrod.
                            Wychodze, na zewnatrz widac grupki dzieci wracajacych ze szkol.
                            Jak wna calym siwcie w bylych koloniach - umundurkowane. Dziwczynki
                            w perkalowych sukienkach w pepitke. Chlopcow stroj to juz uniform
                            przyszlego pracownika panstwowego. Khaki krotkie spodnie, takaz
                            koszula, podkolanowki. Mam nadzieje, ze panstwo placi za ten stroj,
                            potem dowiaduje sie, ze nie i po prostu coraz wiecej dzieci po
                            prostu nie chodzi do szkoly. Tu w tej oazie cywilizacji i dobrobytu.
                            A jak jest w odleglych wsiach, z ktorych polowa ludnosci kraju
                            uciekla przed glodem nedza za granice. Wiem, ze duzo ich koczuje w
                            sasiedniej Botswanie, ale czy tam jest dla nich praca?.
                            Dzieci mowia miedzy soba w swoim jezyku, czsami wtraca cos po
                            angielsku, a pozdrowieniom juz nie ma konca. Jestem juz za
                            miastem, co rusz jakas grupka skreca do buszu do swojej osady i tyle
                            widze tych ich wiosek. W koncu jednak busz przecina szeroki trakt i
                            zdala widze zwyczajne domu, zapewne ubogie, ale nie sklecone budy,
                            doprowadzany jest prad. Dzieci schodza na te sciezki, a z nich
                            wychodza "mundurowi", do fikcyjnej pracy. Zawsze wyprani,
                            wyprasowani, jesli koszula ma byc biala, to taka jest, zapewne
                            slonko pomaga utrzymac ta biel. W koncu zakreca jakie podniszczony
                            pik -up, ktory mnie wlasnie inal. podjezdza do mnie starszy, bialy
                            mezczyzna, bez watpienia tutejszy. Pyta, gdzie ide, czy nie
                            zbladzilam, moze mnie podwiezc w kazda strone. Odmawiam mowiac, ze z
                            przyjemnoscia sobie spaceruje. O.K. Widocznie biala ladyspacerujaca
                            w tym miejscu nie jest jednak powszechna, a tak naprawde ci ludzie
                            byli o wiele bardziej przyjazni niz wielokrotnie czarni w NY. No to
                            wracam jednak do hotelu, przed podjazdem zaczepia mnie jakis
                            tubylec, jakies dziela w drzewie chce sprzedac. Mowe, ze juz nie
                            moge sobie pozwolic na wydawanie, to pyta, czy nie mam jakis meskich
                            butow, to by chetnie zamienil te figurki na nie.
                            Wieczorem czesc idzie na probowanie dziczyzny polaczone z
                            wystepami. Ci co zostaja i ja wsrod nich idzie do baru. Podrywamy z
                            10 gaworzacych kelnerow. Niestety jedynie ja zamawiam jedno piwo.
                            Pan bufetowy otwiera z klodki sterana lodoweczke i otwiera mi jedno
                            piwo. Daje mu banknot 20-dolarowy, bo jak na razie wszedzie
                            przyjmowano dolary. A on mi wydaje w tutejszej walucie - 17 dol.
                            Mowie, ze jutro w poludnie wyjezdzamy i nie mam tych pieniedzy na co
                            wydac, potrzebuje dol. No i jest problem, on naprawde nie ma
                            inaczej, w koncu radze mu zeby zamknal to nie napoczete piwo
                            spowrotem i sprzedal klientowi, ktory juz bedzie po jednym piwie, a
                            mnie niech odda dwudziestke. No to siedzimy sobie bez tego piwa,
                            inni pija wlasna wode, lub wlasne piwo. on podchodzi do nas.
                            Rozmawiamy, co tu duzo mowic, przepytany dokladnie powoduje, ze
                            towarzystwo poderwalo sie, azeby poszukac co ma z jedzenie i ubrania
                            na zbyciu. Ktos przynosi mi 3 dol. drobnymi ( nie bojcie sie,
                            zwroce) no i kupuje znow ta otwarta butelke dodajac typa w postaci
                            funta brytyjskiego. Wymieniam adres z barmanem przysle mu paczke, a
                            moze jakies pieniazki, jemu tez bardzo potrzebne sa buty, bo do
                            pracy w japonkach chodzic nie moze podobnie jak synowie do szkoly.
                            Rano wszyscy znosza dobolki do autobusu, rozstajemy sie dzisiaj z
                            Ryszardem, odwozi nas na lotnisko w Victoria Falls i wraca do RPA,
                            jak wspomnial wczesniej, pomaga w takiej wynedznialej wiosce w
                            Lesoto, gdzie wstepuje w drodze powrotnej. Ja wczoraj wypralam sobie
                            na droge takie sportowe sandaly i zostawilam przez noc na tarasie do
                            wysuszenia. Zniknely, niech wyjda komus na zdrowie.
                            • maryna04 Re: Afryka IX 01.10.07, 16:18
                              W Johannesburghu mamy 4 godziny czasu, lazimy po mallu handlowym,
                              jak to na lotniskach, ktory jest tu szczegolnie duzy.
                              Rysio "obiecywal" mi, ze takie koszule safari, ktore postanowilam
                              kupic wszystkim "chlopakom" w rodzinie znajde tu w wielkich
                              ilosciach. Nie ma ani jednej, no to kupuje wielce smaczny likier
                              Amarula i po stojaczku ze sloni na serwetki. Och jak milo, posluzyc
                              sie karta kredytowa. A koszule kazdemu kupie on - line pod choinke,
                              zapewne taniej.
                              Lazac tak spotykam dwie pary, bez watpienia z Polski, skad ja wiem,
                              ze z Polski? Chociaz jedna pani ubrana byla w obcisle czarne
                              spodnie i taka wiatroweczke i wszystko to miala wyhaftowane
                              cekinami, koralikami, a do tego kozaki szpilkito wygladaloby, ze z
                              Teksasu? Nie przebierajac w slownictwie debatowali nad zakupem
                              jakiejs skory. Druga para byla bardzo akuratnie i elegancko ubrana i
                              cos tam grzebala w rozlozonych towarach, ale podniesionym glosem,
                              chociaz na jednym tonie i bez przeklenstw tak straszliwie sie
                              klocili, o jakas odbyta kolacje w restauracji. Trwalo to i trwalo.
                              Odeszlam, zeby sie nie zorientowali, koro ktos z naszych zagai do
                              mnie, ze ich rozumialam. Nasze kobitki orzekly, a trzeba bylo
                              odezwac sie - jak milo uslyszec mowe ojczysta na obczyznie. Nie
                              watpie, ze nie wszyscy uczestnicy tamtej wycieczki, tak sie
                              prezentowali. Nasz Rysio mowil, ze z Polski przyjezdzaja ludzie i
                              tacy, ale bardzo duzo takich, ktorzy poswiecaja wszystkie swoje
                              dochody wlasnie na podroze, nie bedac wcale wielce zamoznymi. Bo
                              chca zobaczyc, bo to tez jest jakis bakcyl. I tym zakoncze te
                              dlugie wspomnienia
                              • kanoka Re: Afryka IX 01.10.07, 16:58
                                Dzięki Maryno, za ciekawą opowieść.
                                Nasuwa mi się jedna refleksja - jak mogła by dzisiaj wyglądać Afryka, gdyby nie
                                nigdy istniał kolonializm i niewolnictwo?
                                • jan.kran Re: Afryka IX 10.10.07, 12:18
                                  Wydrukowalam , przeczytalam , bardzo dziekuje Maryno.
                                  To co mnie fascynuje w Twoich podrozach to oprocz zdolnosci
                                  przekazania swoich wrazen umiejetnosc wybrania odpowiednich
                                  przewodnikow i towarzyszy podrozy. Pamietam opisy Twoich innych
                                  podrozy i zawsze umialas nawet z krotkiego pobytu wyciagnac i
                                  skorzystac maksymalnie , to bardzo cenna umiejetnosc...
    • podrozniktom Re: Afryka I 04.11.07, 16:39
      RPA na
      wczasy to dobry kierunek smile i diamenty można kupić i złoto smile
      • warum Re: Afryka I 04.11.07, 17:50
        Jak tam byles to opowiedz wrazenia smile bo od razu mam dziwne skojarzenie,ze to
        "nagroda" dla tych , co skorzystali z zaposzenia na sasiednim watku, gdzie
        podano,ze "tymczasem wysokie stałe zarobki z rozmaitych powodów nie są najlepszą
        drogą do zamożności i finansowej niezależności"smile
        Dolaczanie wlasnych fotek z podrozy mile widziane, nie tylko z RPA ale i z
        kazdego innego miejsca na ziemi , ktore poruszylo.
Pełna wersja