Polytykal fikszon- oszust na forum

28.07.10, 12:58
Polytykal Fykszon by K.A.Piąha

Andy Odleżyna wodził wzrokiem po szpitalnych ścianach, gdzie jego
przełyk wypoczywał. Pojedyncza sala lśniła a łóżeczko było
nadzwyczaj wygodne. Ubrana w kusy fartuszek siostra właśnie
przyniosła kolejną kroplówkę. Zmęczonemu Andiemu przez chwilę
opakowanie medykamentu zdało się produktem…. Poliżknota, partyjnego
kolegi. Kurwa ja pie..., pomyślał Odleżyna, kiedyż on zainwestował
w przemysł farmaceutyczny? Po podłączeniu wężyka i tradycyjnej,
leczniczej inhalacji papieroskiem Odleżyna zapadł w błogostan, z
którego wyrwało go dopiero uciążliwe parcie. Andy pomyślał, że to
odzywa się jego odwieczne parcie na władzę. Niestety, było to
jedynie parcie na pęcherz. Siostro! BASEN!- wydarł się Odleżyna.
Przecierając oczy dostrzegł wyłaniającą się z kłębów tytoniowego
dymu postać w bieli. Szefie, jest BASEN, usłyszał znajomy głos
Odleżyna. Tak, to Mateusz Kosztowny- nadworny architekt ubrany w
białe, wymiętolone ciuchy i apostolskie sandałki człapał po
szpitalnej posadzce. Kurwa mać, pomyślał zaskoczony Andy. Kosztowny
nie chwalił się, że jest również pielęgniarzem, lecz troska o
potrzeby przełożonego wzruszyła go prawie do łez. D-a-w-a-j!- jęknął
Andy. Kosztowny z gracją podał mu kolorową makietkę. Oto nasz BASEN-
rzekł z dumą. O żesz ty ku..., ja pie...!- wrzasnął Odleżyna
widząc aquapark z kartonu zamiast emaliowanego naczynia ulgi. Na
szczęście wszedł Bobo Sałatka dzierżąc w dłoniach przedmiot marzeń
Odleżyny. „Sikają na nas”. Słowa Bobo sprawiły, że Andy spojrzał
lękliwie na sufit. Był suchy. Nie tu, Sze-e-e-fie, burknął Sałatka,
gdy Kosztowny rozglądał się nerwowo. „W i-n-t-e-r-n-e-c-i-e”.
Sałatka cedził słowo „Internet” przez zaciśnięte zęby. Kurwa, ku...,
ku...…. Odleżyna wykrzykiwał rytmicznie krótkie, warczące słowa.
Najgorszy jest wujek1. Mój wujek o mnie źle pisze?- wymamrotał
Odleżyna patrząc na Bobo z rozpaczą. A ja zrobiłem go pełnymnocnikie…
e.., no, tego, ten, ku..., pełnomocnikiem!- wyjąkał. Wujek1 to nick,
odrzekł uczenie Sałatka, takie przezwisko. To ku..., my też możemy
mieć wujka, co pisze w Internecie, ja pie...!- huknął uradowany
Odleżyna. „Nie tak całkiem”. Słowa sałatki były jak zimny prysznic.
Ktoś od nas nie może się tak samo podpisywać, dodał z miną profesora
Bobo. „To zmjyńcie jedna litera”- odezwał się nagle
Kosztowny. „Ludziy to kupiom”- dodał bezczelnie. Odleżyna załapał.
Wziął kartkę papieru i namazał flamastrem „h...ek”, co brzmiało
prawie tak samo jak „wujek”. Bobo miał już przygotowaną stosowną
umowę o dzieło a usłużny redaktor rozgrzaną klawiaturę. Odleżyna
oddał makietkę Kosztownemu a urynał Sałatce, albowiem parcie
cudownie ustąpiło. Na jego twarzy zagościł błogi uśmiech. Po wyjściu
obu panów na sali zapanowała cisza a czas odmierzało miarowe,
kroplówkowe kap- kap- kap- kap……
W tym samym dniu na miejscowym forum można było przeczytać pierwszy
tekst podpisany „h...ek”.

K. A. Piąha

Wszelkie podobieństwo osób i sytuacji opisanych w tekście do
rzeczywistych jest przypadkowe.
Pełna wersja