Gość: antka
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
10.01.05, 09:55
W niedzielę 2 stycznia w katedrze siedleckiej ministranci zbierali po mszach
św., zgodnie z apelem ks. bpa Kiernikowskiego o pomoc ofiarom trzęsienia
ziemi w południowo-wschodniej Azji, fundusze dla "naszych indonezyjskich
braci i sióstr dotkniętych katastrofą". Z tego co pamiętam z listu bpa,
zebrane pieniądze miały być JAK NAJSZYBCIEJ przekazane potrzebującym. Idąc
wczoraj na mszę św. do katedry, spodziewałam się zatem usłyszeć w
ogłoszeniach duszpasterskich informację o tym, jaką sumę zebrano i gdzie
konkretnie ją wysłano. Miast tego usłyszałam, że... "jeszcze dziś (czyt. 9
stycznia) ministranci będą kontynuować po mszach św. zbiórkę do puszek dla
Azjatów".
Efektem tejże decyzji był... wyścig wolontariuszy WOŚP i ministrantów z
puszkami między parafianami, rozpoczynający się... tuż przy drzwiach
kościoła. Rywalizacji, kto kogo ubiegnie i pierwszy do człeka podbiegnie,
towarzyszyły niewybredne komentarze osób wchodzących do świątyni lub
wychodzących z niej.
Patrzyłam na te przepychanki i myślałam sobie, że im więcej dumam, tym mniej
qmam (pewnie dlatego, żem nie żaba ;). Bo czym różnili się zbierający? Tym,
że jedni mieli puszki z logo Caritasu (uważny dostrzeże, że słowo Caritas,
wpisane w rozpłomieniony czerwony krzyż, przybrało graficzny kształt serca),
a drudzy mieli puszki w serduszka ze skrzydełkami? Celem, na który zbierali
pieniądze? Majka Jeżowska śpiewała kiedyś: "Wszystkie dzieci nasze są...".
Wygląda jednak na to, że czasem jedne są bardziej nasze, a drugie bardziej
mniej...