appfunds
25.09.07, 11:54
Każdy, kto wkracza w ten świat ma wielkie nadzieje i koncentruje się na tym
jak najszybciej i najwięcej zarobić.
Owszem zdarza się czasem fartem zaatakować Fona za 10 000 PLN i zrobić z tego
zaraz 50 kawałków, ale częściej dzieje się odwrotnie.
Najpierw należy spojrzeć od innej strony, czyli jak w kawale o Rappaporcie :
"Ile mogę na tym stracić ?" Zawsze, podkreślam zawsze, trzeba wiedzieć PRZED
jakąkolwiek transakcją /inwestycją ile mogę maksymalnie stracić i być
konsekwentnym do bólu.
Nie znaczy to, że należy np kupić PKO po 55 PLN i ustalić, że jak spadnie 5
%, wywalamy. Podobnie głupie jest kasowanie zysku po zarobieniu 5 % - no może
jak ktoś bawi się w daytrading tak sobie z sukcesami pogrywa w hossie. Tacy
ludzie są ulubieńcami biur maklerskich, bo wykonują setki transakcji i bulą
niesamowite prowizje ciesząc się z liniówki 0,25 %. Nieszczęśnikom zawsze
proponuję: podsumujcie ile zapłaciliście razem prowizji i porównajcie do
waszych zysków. Oni rzecz jasna odpowiadają, ale ja płacę tylko 0,25 %
prowizji i nawet nie chcą oglądać tego zestawienia.
Kolejną sprawą jest dyscyplina. Wg mnie zupełnie jej nie sprzyja śledzenie na
bieżąco notowań giełdowych w trakcie sesji. Na mnie takie gapienie się w
monitor wpływa bardzo źle, bo nagle zaczynam dokonywać więcej transakcji i w
dodatku takich bez sensu. Po prostu włączają się mi emocje i żyłka
hazardzisty. Niespodziewanie zamiast inwestować przenoszę się na tor wyścigów
konnych, zresztą z podobnym skutkiem jak tamci gracze.
Dlatego staram się już od jakiegoś czasu jak najmniej obserwować notowania w
ciągu sesji. A najgorszym miejscem na świecie do zarabiania pieniędzy jakie
znam jest biuro maklerskie. Jak zasiądę tam z innymi przed monitorem, mogę od
razu założyć, że znalazłem się w kasynie na stołku przed jednorękim bandytą.
Skojarzenie najtrafniejsze dla grających na futures. 90 % z nich to drobne
płotki, których tak naprawdę nie stać na lewarowane granie, a jednak jak
wszyscy hazardziści są pewni wygranej i walczą aż do końca depozytu. Proszę
mnie opacznie nie zrozumieć, że gra na kontraktach futures jest czymś złym -
absolutnie nie. Trzeba po pierwsze być świadomym, że gramy na lewarze i
pozycja z 20 kontraktami równa się położeniu na stół, z reguły nie swoich, 750
000 PLN, czego nie jest świadoma, albo przynajmniej nie chce być większość
graczy. A po drugie w Polsce co kilka lat dochodzi na tym rynku do przekrętów,
kiedy zlewarowani bankrutują z powodu oszukańczych "zjazdów/odpałów" po
kilkaset punktów w godzinę i nikt z odpowiednich organów władz z tym nic
konkretnego nie robi.
Kolejnym etapem większości wtapiającej na naszych futach jest z reguły
przejście na FOREX ( większy lewar) lub odpuszczenie sobie giełdy.
Oczywiście biura maklerskie uwielbiają takich ludzi i starają im się stworzyć
jak najlepsze warunki do handlowania. W końcu mają z tego grubą kasę z prowizji.
W Polsce czasem ta promocja jest dość karykaturalna. Pewne biuro przysłało mi
kilka lat temu płytę z kolędami ... w marcu.
Podsumowując, uważam, że najważniejsze w tym całym biznesie jest odpowiednie
zarządzanie kasą ( kontrola strat, rozsądna dywersyfikacja) i dyscyplina.
Dopiero później idą analiza techniczna, fundamentalna czy wróżbiarstwo no i
nasz Graal czyli magiczny system inwestowania.
O giełdzie napisano już niemal wszystko i można znaleźć setki książek i stron
w internecie, ale jeśli ktoś nie czytał bardzo zachęcam do UWAŻNEGO
przestudiowania ksiązki Van Tharpa " Giełda, Wolnośc, Pieniądze".
Polecam lekturę w trakcie sesji giełdowej.