elamigo1
12.10.07, 16:06
Czy łatwo jest “wyżyć” się z giełdy?
Postawione w tytule pytanie należałoby doprecyzować.
Oczywiście w domyśle chodzi o porzucenie pracy i utrzymywanie się z
tego co się uda zarobić na giełdzie.
Rozpatrzymy dwie możliwości. Spekulację i rentierstwo.
Ostatnie lata wydają się zachęcać do podejmowania decyzji o
porzuceniu pracy i poświęceniu się wyłącznie inwestowaniu. Nawet bez
szczegółowego konstruowania portfela inwestycyjnego kapitał rzędu 10
tys. złotych wystarcza by obracać jednym kontraktem terminowym,
czyli portfelem o wartości 38000 złotych. Taki kapitał jest
potrzebny by wnieść zabezpieczenie, posiadać rezerwę gotówki na
wypadek “przejściowych” strat , oraz kapitał konieczny do zamknięcia
pozycji. Tyle w przypadku jednego kontraktu.
Oczywiście w teorii wystarcza zaledwie kapitał na depozyt oraz na
margines strat, lecz zakładamy, że granie bez stop lossów jest
samobójstwem finansowym, stąd konieczność posiadania dodatkowej
rezerwy środków na wypadek konieczności zamknięcia pozycji.
Ostatni rok, podobnie jak kilka poprzednich przyniosły wzrosty rzędu
20-50% a to oznacza zarobek na jednym kontrakcie w rzędu 8- 24tys...
rocznie. Czyli teoretycznie, wystarczy kapitał rzędu 50 tys złotych
by obracać (czytaj kupić i trzymać) pięć kontraktów które “powinny”
dać co najmniej 36 tys rocznie po uwzględnieniu podatku Belki.
Zakładam, że 36 tys rocznie netto, czyli 3 tys. miesięcznie jest to
kwota za którą jakoś się da w tym kraju przeżyć – szczególnie jeśli
się uwzględni, że w dobrym roku , czyli takim gdzie wzrost indeksu
będzie rzędu 40% , kwota do dyspozycji się podwoi. Piękna
perspektywa? Wiele osób myśli o takiej możliwości. Niestety trudno z
niej skorzystać. Zakładając kapitał 10k to w najprostszyym układzie
potrzebne jest 3,8 na depozyt + 6,2 jako rezerwa. To oznacza, że
rezerwa się skończy w momencie gdy indeks spadnie o 620 punktów.
Ostatnio ze zbliżonymi sytuacjami mieliśmy do czynienia w maju 2006
(jako % spadek indeksu) oraz latem bieżącego roku. Tak więc
występowanie głębokich korekt w praktyce wymusza znacznie większą
rezerwę na koncie, a co za tym idzie większy kapitał potrzebny by
sobie zapewnić minimum “socjalne” na poziomie 3k/mc... Przy czym
przyjście nadspodziewanie głębokiej korekty – takiej przekraczającej
naszą już powiększoną rezerwę – zmusiłoby do zamknięcia pozycji w
najmniej sprzyjającym momencie – ze stratą prawie całego
zainwestowanego kapitału (notabene: powiększonego)
W ostatnich latach tego rodzaju gracz zyskiwał siwych włosów podczas
korekt. Zakładając, że konsumował całość zysków (a to przecież
założenie “życia z giełdy”). Tak więc wykorzystywanie tylko długiej
pozycji na kontrakcie jako źródła utrzymywania się z giełdy wiąże
się z ryzykiem utraty CAŁOŚCI kapitału, czyli powrotu np. na zmywak
w Dublinie i cofnięcie się w rozwoju finansowym o miesiące lub lata.
Częstotliwość występowania głębokich korekt każe nam szacować
prawdopodobieństwo ich wystąpienia jako stosunkowo wysokie.
Wchodzisz w to? Wątpię...
Skoro utrzymywanie długiej pozycji na kontraktach nie jest maszynką
do zarabiania pieniędzy, to pozostaje nam spekulacja na kontraktach.
Gra zarówno na spadki jak i na wzrosty.
Tu jednak należy brać pod uwagę, że jest to gra o bilansującej się
sumie przepływów finansowych – zysk jednego gracza oznacza stratę u
innego. Zakładanie, że będzie się akurat tym który będzie ciągle
wygrywał z rynkiem (czytaj: z innymi – podobnymi – graczami) jest
dosyć naiwne. W praktyce najlepszym i najbardziej doświadczonym
spekulantom udaje się osiągać długoterminowo dodatnie stopy zwrotu –
ale są one zazwyczaj ułamkiem tego ile rośnie lub spada rynek
podczas trendu na którym taki gracz zajmuje pozycję. Każde “wygrane”
wejście w rynek okupione jest zazwyczaj kilkoma próbami zajęcia
pozycji, które się nie udały. Uznaje się, że stosunek 4 udanych
transakcji do 6 nieudanych jest normą dla wytrawnego gracza. Przy
czym warunkiem koniecznym dla zapewnienia sobie zysków jest
zarabianie znacznie więcej na tych dobrych niż strata na tych złych.
Bilans takiej gry w skali wielu lat (powtarzam: u wytrawnego gracza)
zazwyczaj nie jest diametralnie różny od rynkowej stopy zwrotu gdyby
te aktywa zainwestował (długoterminowo) w portfel spółek. Lewar
kontraktu terminowego pozwala na zamianę ułamkowych (względem delty
indeksu) zysków na zyski porównywalne z utrzymywaniem
długoterminowego portfela.
Oczywiście w tej grupie graczy będą tacy którzy mają szansę na
stanie się wielkim asem giełdy w Warszawie jak i ogromna ilość
przegranych, którzy zazwyczaj wrócą do swoich (zazwyczaj)
przyzwoicie opłacanych zawodów. Przy czym należy pamiętać, że spora
część “asów” pewnego dnia będzie miała pecha. Każda stracona
transakcja powoduje zmniejszenie kapitału. Wyrzucenie monetą orła 5
razy pod rząd (bez aluzji politycznych) jest mało prawdopodobne.
Wynosi 0,0,5^5 czyli zdarza się około 3 razy na sto prób po 5
rzutów. Jeśli każde nieudane wejście na rynek oznaczałoby utratę 10%
wartości kapitału , to gracz zajmujący raz dziennie pozycję
narażałby się 10 razy w ciągu roku na utratę 40% zainwestowanego
kapitału a raz w roku na utratę ponad 60% zainwestowanych środków. W
ciągu całej kariery zawodowego inwestora , taki spekulant zapewne
zdąży kilka razy zbankrutować, jeśli mu nerwy nie wysiądą. Kilku,
którzy będą mieli szczęście – stanie się multimilionerami i będą ich
stawiać za wzór inwestora. Ja, nie umniejszając ich umiejętnościom –
jestem bardziej sklonny stawiać ich za wzór szczęściarzy...
Dzisiaj media szeroko opisują tych którym się udało. Znam nawet
kilka takich osób które się chwalą, że żyją ze spekulacji – a ich
ostentacyjny tryb życia wskazuje, że nie kłamią. Armii tych którym
się nie udało nikt nie opisuje w gazetach. Nie przyznają się
znajomym. Nie widać ich. Stąd też wydaje się , że tych wygrywających
jest znacznie więcej . Nieprawda!. Jest ich znacznie mniej niż
przegranych. Przy czym najczęściej jest tak, że na przeogromny
sukces jednego spekulanta składa się setki lub tysiące pozornie
drobnych, ale indywidualnie znaczących, strat u innych graczy. Tak
więc, życie z giełdy w formie spekulacji (czystej) niekoniecznie
jest najwygodniejszą drogą, którą mógłby obrać “rozsądny” inwestor.
Jest raczej ścieżką desperatów, którzy bardzo, bardzo chcą się
szybko dorobić i są skłonni postawić na to dotychczasowy dorobek
życia.
Ale inwestowanie w kontrakty terminowe nie wyczerpuje
możliwości “życia z giełdy”. Można przecież inwestować w portfel
spółek, wybierając te, które oferują “teoretycznie” najlepsze
perspektywy wzrostu. Wówczas, pomijając gorsze lub lepsze zdolności
selekcji tych najbardziej odpowiednich, osiągniemy stopy zwrotu
zbliżone do rynkowych. Więc zarobimy z grubsza tyle, ile wzrośnie
indeks. Przeciętnie.
Myli się jednak ten który patrząc na kilkuletnie przyrosty zakłada,
że w skali 5 lat mógłby zarobić i wydać 600% zainwestowanego kapitału
(bo o tyle zwiększył się indeks). Po pierwsze, nawet zakładając
dotychczasową pięcioletnią stopę zwrotu z indeksu to rzeczywisty
przyrost środków wynosi 500%. Wydaje się dużo... Nieprawda! Żyjąc z
giełdy zakładamy, że zyski są konsumowane.... Przynajmniej ich
część. A to oznacza, że musialibyśmy przyjąć miesięczną stopę
zwrotu – zamiast pięcioletniej. Ta, w wyniku działania procentu
składanego wynosi zaledwie 3% miesięcznie... Podczas arcyhossy. Tak
więc aby uzyskać względnie stałe dochody na poziomie
wspomnianego “minimum socjalnego” czyli 3 tys złotych miesięcznie,
konieczna by była inwestycja rzędu 120 000 złotych ( uwzględniając
podate