Gość: ram
IP: *.adsl.inetia.pl
01.04.10, 00:18
W obecnej sytuacji nie kolejne porażki siatkarzy są najgorsze, a
brak możliwości dokonania zmian, które pozwoliłyby klubowi powrócić
na należne mu miejsce. Odkąd bowiem AZS stał się sportową spółką
akcyjną, pełnia w nim władzy należy li tylko do zarządu i rady
nadzorczej. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że ów zarząd
i owa rada, wespół z dyrektorem sportowym, postanowili przed kilku
już laty utworzyć pod szyldem częstochowskiego Akademickiego Związku
Sportowego własny folwark, pozbywając się po drodze wszystkich,
których można określić mianem wybitnie zasłużonych dla klubu (by
wspomnieć tylko Panów Gościniaka czy Skorka). W taki oto sposób
powstało hermetyczne środowisko, w którym ręka rękę myje i nikt nie
powie złego słowa o drugim.
Czy wyobrażacie sobie bowiem, że po sezonie dyrektor sportowy
zarekomenduje zarządowi i radzie zwolnienie trenera,
którego "serdecznie" polecił, a polecił dlatego, że chcąc usunąć
niewygodnego (czytaj dbającego o niezależność swojego warsztatu
pracy) trenera Panasa jednocześnie pilnie szukał zatrudnienia dla
swojego zięcia? (tak dla przypomnienia – trenera pozbyto się w
niezwykle kulturalny, wręcz wersalski sposób przez wysłanie do niego
smsa z informacją o nieprzedłużaniu umowy). Płonne nadzieje. Nie
liczcie na to, że ktoś z tego towarzystwa przyzna się do błędu.
Teraz zacznie się tłumaczenie wszelkich niepowodzeń kryzysem
gospodarczym, który, choć trwa od ponad roku, nie pozwala
przedstawicielom klubu znaleźć strategicznego sponsora od kilku już
lat. Inna sprawa, że mam nieodparte wrażenie, że strategicznego
sponsora nie chciano i nie chce się znaleźć, bo ten, w celu kontroli
nad sposobem wydawania pieniędzy domagałby się miejsca w zarządzie
dla swojego przedstawiciela (obcego nie można jednak dopuścić, bo
nuż okaże się bardziej kompetentny i pomysłowy). Orzech do
zgryzienia będą też stanowili sami siatkarze, którzy wbrew
oczekiwaniom dyrektora sportowego, który – jak się okazało – niczym
stryjek zapragnął zamienić siekierkę na kijek (czytaj Panasa na
Wagnera), obniżyli w tym roku loty i sprawiają na parkiecie –
przynajmniej w końcówce sezonu – wrażenie dzieci błądzących we mgle,
na których grę można jedynie patrzeć z zażenowaniem i politowaniem.
Prawdę powiedziawszy, niezależnie od tego, jak ten sezon się
skończy, można się było tego spodziewać. Większość ligowych zespołów
wzmocniła się bowiem, a nasze szeregi od kilku lat, poza młokosami,
zasilają głównie – przepraszam za określenie – zapchajdziury w
postaci zawodników, którzy stanowili tło w swoich poprzednich
zespołach. A do tego pozbyto się z klubu prawdziwych fachowców,
którzy, tak jak to było pod koniec lat 80-tych, w latach 90-tych czy
na początku ostatniej dekady, potrafili stworzyć z młodych
zawodników kolektyw walczący o mistrzostwo kraju.
Obecnie ten zasłużony klub wydaje się zmierzać do nikąd, dryfuje, a
jedyne, co przyświeca sterującym nim kompletnie niekompetentnym
ludziom jest utrzymanie stołków i wyciągnięcie jak największej kasy
zanim zapadnie on w nicość. I żeby było jasne – nie mam nic
przeciwko zarabianiu pieniędzy w ramach działalności klubu. Piętnuje
jedynie przedkładanie własnego interesu i korzyści finansowych nad
wynik sportowy, bo ten pierwszy (profit) w funkcjonującym na
zdrowych zasadach klubie powinien zawsze być efektem tego drugiego.
Jest sukces – jest kasa. To przecież takie proste, wręcz banalne.
Jak widać – po obecnie zarządzających klubem – nie dla wszystkich.