Gość: KAROL Wlazły: Przykro mi. Gruszka: To jakaś masakra IP: *.dynamic.isadsl.co.za 02.10.10, 07:48 My Polacy jak i siatkarze potrzebujemy wiary w siebie ,a oni natychmiast psychologa na stalych konsultacjach kadry i w klubach takze.To dotyczy wszystkich dyscyplin sportowych.Za 20 lat kiedy dojdziemy do poziomu w EU wszystko sie zmieni na dobre.My Polacy przez historie mamy panujacy w naszych genach brak wiary w siebie,w przeciwienstwie do Niemcow ktorzy jej maja chyba najwiecej. Odpowiedz Link Zgłoś
poborowy102 Wlazły: Przykro mi. Gruszka: To jakaś masakra 02.10.10, 09:38 Tak, tak, ale w Lidze Światowej to grali rezerwowi, bo gwiazdy wypoczywały. A teraz gwiazdom smutno. Nie smućcie się - najważniejszy jest długi wypoczynek! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gosc kto pierwszy przeprosi Lozano? IP: *.aster.pl 02.10.10, 12:42 za styl rozstania i jego absurdalne uzasadnienie, wywalonoi jedynego trenera który potrafil wziac za mordy nasze preplacane gwiazdki Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: andy Wlazły: Przykro mi. Gruszka: To jakaś masakra IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.10.10, 13:23 O jakich członkach mowa? Przecież MŚ to nie agencja towarzyska,a mecz to nie sex! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Zuchwały Pierdoła Wlazły: Przykro mi. Gruszka: To jakaś masakra IP: *.compnet.pl 02.10.10, 19:39 Mecze z Brazylią i Bułgarią na obecnych mistrzostwach świata we Włoszech, to Wielka Żenująca Improwizacja (sam A. Mickiewicz by się zadumał i z niedowierzaniem oczy przecierał) w wykonaniu polskich siatkarzy, zagrali jak "Cajmer o północy" - to po prostu kosmiczna katastrofa. Cztery lata temu, na poprzednich mistrzostwach świata w 2006 r. w Japonii, nasi siatkarze również trafili na te dwie drużyny. Grając w półfinale z Bułgarią, jeszcze jakoś sobie poradzili, ale już grając w finale z Brazylią, stchórzyli i oddali mecz bez walki, że aż przykro było patrzeć, zachowywali się na boisku jak jakieś panienki i wymoczki, zupełnie się kompromitując - daleko im było do "mężczyzn z jajami". Gdybym był wtedy trenerem, czy gdyby to ode mnie zależało, to z wszystkich tych zawodników, jako graczy, bym zrezygnował a odesłał do klubu paralityków i zerżniętych dziewic. Później w mistrzostwach Europy w Turcji sobie jakoś poradzili i zagrali nieźle, zdobywając mistrzostwo i się rehabilitując. Do drużyny doszło wtedy kilku nowych, młodych zawodników i do zmurszałej drużyny wniosło młodzieńczą pasję, werwę i radość z gry, zarażając tym stare marudy (pisząc "stare", mam namyśli staż w drużynie a nie wiek, bo jakby nie patrzeć, to jeszcze młodzi ludzie). Teraz, cztery lata później, na obecnych mistrzostwach świata we Włoszech, sytuacja znów się powtórzyła, z tym, że do klęski z Brazylią doszła też klęska z Bułgarią. Stare marudy, zbuki i wymoczki zdążyły zarazić, zepsuć i rozprawiczyć młody narybek. I już nie ma co się łudzić, bo z tym chorym i zerżniętym materiałem wymoczków, lapsów i maminsynków nie ma co budować narodowej drużyny. Trzeba rozpocząć pracę od podstaw i postawić na nowych zawodników, o zdrowym, silnym fizycznie i psychicznie kręgosłupie, na zawodników błyskotliwych, a nie z próchniejącym i sflaczałym napędem jądrowym i z refleksem szachisty. W nowej drużynie, wśród zawodników powinno się też znaleźć, co najmniej dwóch takich uznanych przywódców, takich autorytetów czy pozytywnych hersztów, którzy w razie jakichś zwątpień bądź wzajemnych pretensji między zawodnikami na boisku a nawet w szatni, będą potrafili krzyknąć, huknąć i pociągnąć drużynę do przodu, ją zmobilizować, rozruszać i dać jej wiarę w zwycięstwo. Trenerzy, z kolei, niech wprowadzą do gry, więcej mądrych zagrywek i rozegrań, więcej piłki kombinacyjnej, sprytnej, szybkiej i zaskakującej, łącznie z wymyślonymi nowościami, niech zawodników uczulą na taką większą zdrową złość, zadziorność na boisku i asekurację [ale taką efektywną, a nie żeby do piłki jednocześnie skoczyło 5 zawodników (w dodatku ze spóźnionym zapłonem-reakcją) i się porozbijali o siebie bez efektu wyłapania piłki; w zespole powinny być ustalone jakieś zasady, kto do takiej piłki ma lecieć i ją bronić-podbić, zawodnik taki powinien dać znak, innym swoim kolegom na boisku, krótkim, głośnym, jednoznacznym krzyknięciem typu "moja", "ja", żeby inni zawodnicy niepotrzebnie się nie trudzili i nie przeszkadzali mu w odbiorze piłki], na nie odpuszczanie żadnej akcji. Trenerzy również, i przede wszystkim, powinni być niezłymi psychologami, takimi dla zawodników roztropnymi przyjaciółmi czy tatami; od razu, bez zamiatania pod dywan, powinni rozwiązywać i wyjaśniać wszelkie nadarzające się konflikty i animozje między zawodnikami, w zespole powinna panować rodzinna, przyjazna atmosfera, a każdy zawodnik powinien znać swój cel (co się od niego oczekuje i wymaga) i miejsce w zespole. Trener powinien dokładnie obserwować wydarzenia na boisku i umiejętnie na nie reagować. Powinien wiedzieć, kiedy zawodnika zmienić i dać mu okazję do odpoczynku czy uspokojenia a kiedy jeszcze go pozostawić. Ze słabą formą, zawodnika powinno się zmienić, a nie pozostawiać go na boisku i jeszcze bardziej go dołować i stresować. Trener powinien wiedzieć, kiedy zawodnika pocieszyć i uśmiechnąć się do niego, nawet za złe zagranie, dając mu znak typu: "nic się nie stało, gramy dalej", a kiedy na niego huknąć czy mu dowalić, choćby za pychę lub arogancją czy inne złe zachowanie na boisku. I właśnie, do wykonania powyższych zadań, potrzebni są mężczyźni z jajami, a nie zbuki. Przegrać mecz, po zaciętej walce, gdy się wie, że na boisku zostawiło się ostatnie krople potu, to nie jest też żadna ujma czy wstyd - to też dla przeciwnika czy drużyny przegranej, szacunek i uznanie. Ale gdy się to robi w beznadziejnym, kompromitującym stylu, jak to zrobili nasi siatkarze, to aż ręce opadają i płakać się chce. I tyle moich głupich, nieprzyzwoitych uwag odnośnie spartolonych przez nasz zespół meczów, a wśród kibiców rozbudzonych nadziei. Odpowiedz Link Zgłoś