Gruszka: mieliśmy wszystkie atuty, żeby sięgnąć...

IP: *.chello.pl 02.10.10, 15:19
Kolejny raz, kolejna polska drużyna, deklarująca: "jedziemy po złoto" zajmuje w efekcie 13 miejsce !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Pytam wiec: Po co to nadymanie balona? Czy nie lepiej pojechać na takie MŚ i przed wyjazdem powiedzieć: "Pojedziemy, pogramy i zobaczymy co z tego wyjdzie"! A tak to jest niesmak i brak współczucia dla Was Panowie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Ja to myślę, że zdobycie mistrzostwa Europy, to był efekt katorżniczej pracy przy Lozano, plus "Brat Łata - Castelani". A teraz zabrakło najnormalniej "PARY", czyli kondycji fizycznej, nie mówiąc o psychicznej, której, tak po prawdzie to niemieliście Panowie NIGDY. Dopóki nie trafi się trener, który wyzwoli w Was mentalność KILERA, to nie wygracie z Brazylia na żadnym oficjalnym forum czyli na MŚ, lub na Olimpiadzie!
    • Gość: hen-live Gruszka: mieliśmy wszystkie atuty, żeby sięgnąć... IP: *.adsl.inetia.pl 02.10.10, 18:05
      Po prostu zabraklo cwaniactwa.Jak wymyslono idiotyczny regulamin rozgrywek to nalezalo go bez skrupolow wykorzystac a nie unosic sie honorem. Inni to wykorzystali.
    • Gość: Zuchwały Pierdoła Gruszka: mieliśmy wszystkie atuty, żeby sięgnąć... IP: *.compnet.pl 02.10.10, 18:54
      Mecze z Brazylią i Bułgarią na obecnych mistrzostwach świata we Włoszech, to Wielka Żenująca Improwizacja (sam A. Mickiewicz by się zadumał i z niedowierzaniem oczy przecierał) w wykonaniu polskich siatkarzy, zagrali jak "Cajmer o północy" - to po prostu kosmiczna katastrofa.
      Cztery lata temu, na poprzednich mistrzostwach świata w 2006 r. w Japonii, nasi siatkarze również trafili na te dwie drużyny. Grając w półfinale z Bułgarią, jeszcze jakoś sobie poradzili, ale już grając w finale z Brazylią, stchórzyli i oddali mecz bez walki, że aż przykro było patrzeć, zachowywali się na boisku jak jakieś panienki i wymoczki, zupełnie się kompromitując - daleko im było do "mężczyzn z jajami". Gdybym był wtedy trenerem, czy gdyby to ode mnie zależało, to z wszystkich tych zawodników, jako graczy, bym zrezygnował a odesłał do klubu paralityków i zerżniętych dziewic.
      Później w mistrzostwach Europy w Turcji sobie jakoś poradzili i zagrali nieźle, zdobywając mistrzostwo i się rehabilitując. Do drużyny doszło wtedy kilku nowych, młodych zawodników i do zmurszałej drużyny wniosło młodzieńczą pasję, werwę i radość z gry, zarażając tym stare marudy (pisząc "stare", mam namyśli staż w drużynie a nie wiek, bo jakby nie patrzeć, to jeszcze młodzi ludzie).
      Teraz, cztery lata później, na obecnych mistrzostwach świata we Włoszech, sytuacja znów się powtórzyła, z tym, że do klęski z Brazylią doszła też klęska z Bułgarią. Stare marudy, zbuki i wymoczki zdążyły zarazić, zepsuć i rozprawiczyć młody narybek.
      I już nie ma co się łudzić, bo z tym chorym i zerżniętym materiałem wymoczków, lapsów i maminsynków nie ma co budować narodowej drużyny. Trzeba rozpocząć pracę od podstaw i postawić na nowych zawodników, o zdrowym, silnym fizycznie i psychicznie kręgosłupie, na zawodników błyskotliwych, a nie z próchniejącym i sflaczałym napędem jądrowym i z refleksem szachisty.
      W nowej drużynie, wśród zawodników powinno się też znaleźć, co najmniej dwóch takich uznanych przywódców, takich autorytetów czy pozytywnych hersztów, którzy w razie jakichś zwątpień bądź wzajemnych pretensji między zawodnikami na boisku a nawet w szatni, będą potrafili krzyknąć, huknąć i pociągnąć drużynę do przodu, ją zmobilizować, rozruszać i dać jej wiarę w zwycięstwo.

      Trenerzy, z kolei, niech wprowadzą do gry, więcej mądrych zagrywek i rozegrań, więcej piłki kombinacyjnej, sprytnej, szybkiej i zaskakującej, łącznie z wymyślonymi nowościami, niech zawodników uczulą na taką większą zdrową złość, zadziorność na boisku i asekurację [ale taką efektywną, a nie żeby do piłki jednocześnie skoczyło 5 zawodników (w dodatku ze spóźnionym zapłonem-reakcją) i się porozbijali o siebie bez efektu wyłapania piłki; w zespole powinny być ustalone jakieś zasady, kto do takiej piłki ma lecieć i ją bronić-podbić, zawodnik taki powinien dać znak, innym swoim kolegom na boisku, krótkim, głośnym, jednoznacznym krzyknięciem typu "moja", "ja", żeby inni zawodnicy niepotrzebnie się nie trudzili i nie przeszkadzali mu w odbiorze piłki], na nie odpuszczanie żadnej akcji.
      Trenerzy również, i przede wszystkim, powinni być niezłymi psychologami, takimi dla zawodników roztropnymi przyjaciółmi czy tatami; od razu, bez zamiatania pod dywan, powinni rozwiązywać i wyjaśniać wszelkie nadarzające się konflikty i animozje między zawodnikami, w zespole powinna panować rodzinna, przyjazna atmosfera, a każdy zawodnik powinien znać swój cel (co się od niego oczekuje i wymaga) i miejsce w zespole.
      Trener powinien dokładnie obserwować wydarzenia na boisku i umiejętnie na nie reagować. Powinien wiedzieć, kiedy zawodnika zmienić i dać mu okazję do odpoczynku czy uspokojenia a kiedy jeszcze go pozostawić. Ze słabą formą, zawodnika powinno się zmienić, a nie pozostawiać go na boisku i jeszcze bardziej go dołować i stresować. Trener powinien wiedzieć, kiedy zawodnika pocieszyć i uśmiechnąć się do niego, nawet za złe zagranie, dając mu znak typu: "nic się nie stało, gramy dalej", a kiedy na niego huknąć czy mu dowalić, choćby za pychę lub arogancją czy inne złe zachowanie na boisku.

      I właśnie, do wykonania powyższych zadań, potrzebni są mężczyźni z jajami, a nie zbuki.

      Przegrać mecz, po zaciętej walce, gdy się wie, że na boisku zostawiło się ostatnie krople potu, to nie jest też żadna ujma czy wstyd - to też dla przeciwnika czy drużyny przegranej, szacunek i uznanie. Ale gdy się to robi w beznadziejnym, kompromitującym stylu, jak to zrobili nasi siatkarze, to aż ręce opadają i płakać się chce.
      I tyle moich głupich, nieprzyzwoitych uwag odnośnie spartolonych przez nasz zespół meczów, a wśród kibiców rozbudzonych nadziei.
Pełna wersja