goniacy.pielegniarz
08.02.04, 14:37
Małymi kroczkami zbliżają się wybory prezydenckie. Toczą się w związku z tym
na forum różne dyskusje na ten temat, od kalkulowania kto ma szansę wygrać z
żoną miłościwie panującego nam Aleksandra oraz krytykę ewentualnych „godnych”
rywali (często egzotycznych, to fakt), po całkowitą kontestację w przypadku
kandydatów z głównego mainstreamu polskiej polityki. Dużo osób wyraża
poglądy, z którymi trudno się nie zgodzić, ale problem polega na tym, że za
alternatywę dla tych, których chcemy odrzucić, służy raczej zbiór dość
ogólnych haseł. Są to oczywiście hasła, których żaden zdrowo myślący człowiek
nie zakwestionuje, czyli uczciwość, moralność, itp., itd. W ogóle nie mówi
się o tym, co stanowi jeden z głównych atrybutów polityki, czyli kolokwialnie
rozumiana polityczność. Mają one oczywiście znaczenie pejoratywne w naszym
kraju, jako synonimy nieuczciwości, kolesiostwa i dbania o własny interes. Z
jednaj strony bardzo chcemy mieć ludzi uczciwych w polityce, przez co
odrzucamy zgranych polityków, a jednocześnie skupiamy się właśnie na takich
ogólnych (bardzo ważnych) hasłach. Czy nie jest w związku z tym tak, że te
wszystkie rzeczy, które mają negatywne znaczenie w naszej rzeczywistości,
mogą promować ludzi o miękkich kręgosłupach politycznych, ludzi bezideowych,
czyli paradoksalnie do początku tego wątku, ludzi takich jak Jolanta
Kwaśniewska? Pomijam tutaj kwestię jej uczciwości, bo tutaj raczej chodzi o
to, jak ona jest postrzegana przez ogół, a nie o to, jaką przeciwnicy ją
postrzegają.