Gość: wartburg
IP: *.b.dial.de.ignite.net
08.02.04, 15:52
Komunizmu jako takiego nigdy nie było, jeśli wierzyc teoretykom marksizmu-
leninizmu. Pojęcie to było zarezerwowane dla mającej nastąpić w bliżej
nieokreślonej przyszłości epoki powszechnej szczęśliwości. Chruszczow
zopowiadał, co prawda, że dojdzie do tego w połowie lat siedemdziesiątych,
ale Breżniew z towarzyszami odsunęli go od władzy i sprawę wyciszyli.
Tak więc w tym jednym przypadku rację mieli usuwający sie coraz bardziej w
cień teoretycy ruchu - kapłani i zwiastuni świetlanej przyszłości. Cel
nigdy nie został osiągnięty. Istniał za to socjalizm pojmowany jako droga
do komunizmu. Nie tak jeszcze doskonały, pełen wybaczalnych niedociągnięć,
"burżuazyjnych naleciałości i przyzwyczajeń z poprzedniej epoki", jak
tłumaczyli teoretycy.
Kulało zaopatrzenie i królowała chałtura - synonim złej, niewydajnej pracy,
której efekty dawały się we znaki wszystkim. Wszystko się psuło, brakowało
części zamiennych, produkowano jednynie na zapotrzebowanie planu, który za
cel nr 1 stawiał sobie budowę czołgów dla Starszego Brata. Nawet normy
techniczne były dopasowywane do nierealnych założeń planu. W sumie
produkowano wyłącznie buble. W PRL-u mało co funkcjonowało. Zakup pralki
albo telewizora, który się nie zepsuł po pół roku użytkowania, uważany był
za wielkie szczęście. Podobnie było z żelazkami, magnetofonami i
adapterami, które jako tzw. wyroby luksusowe były na dodatek
nieprawdopodobnie drogie.
Dlatego za największe szczęście uchodziło posiadanie czegoś z Zachodu. Nie
dość że tamtejsze wyroby nie psuły się, to jeszcze przyzwoicie wyglądały. A
poza tym po przeliczeniu na towary powszechnego użytku, jak pasta do zębów,
krem do golenia albo ogórki konserwowe, wcale nie były takie nieosiągalne.
Kto mógł, jechał na handel. Najpierw do Czechosłowacji, NRD i Bułgarii, a
potem do Turcji, Egiptu i krajów Europy Zachodniej. Nasi turyści przywozili,
co tylko się dało. Nawet na kolorowych reklamówkach zbijano wtedy fortuny.
Kto jeszcze pamięta opakowania po "Phillipp Morrisach" i "Camelach" na
słomce z Cepelii w salonach polskich snobów?
Pytanie Homosovieticusa o przyczyny upadku komunizmu wydaje mi się w związku
z tym trochę nonsensowne. Komunizm nie upadł, chociażby dlatego że go nigdy
nie było. Jeżeli już coś upadło, to socjalizm. Choć i tu mam wątpliwości.
W styczniu w czasie największych mrozów nie mogłem otworzyć samochodu.
Zamarzł mi zamek. Jako że od dawna nie palę, nie mialem zapalniczki, żeby
podgrzać kluczyk. Zaczepiałem przechodniów, ale miałem pecha. Także nie
mieli zapalniczki. Obok była stacja metra. Zszedłem do kiosku "Ruchu" i
poprosiłem o najtańszą zapalniczkę. Kosztowała bodajże 1,5 zł.
Niczym nie różniła sie od zapalniczek, jakie pamiętam z dawnych czasów.
Półprzezroczysty batonik z dwoma kanalikami, w których rozpoznać można
poziom płynnego gazu. Gaz był, ale płomienia nie dało się uregulować. Mimo
że poruszałem specjalnym pokrętłem, nic sie nie działo. Płomyczek był zbyt
wątły, żeby móc podgrzać nim klucz do samochodu.
Poprosiłem sprzedawczynię, żeby dała mi inną zapalniczkę. Okazało się, że
wszystkie miały ten sam mankament. To samo było z droższymi - za cztery i
sześć złotych.
W końcu wziąłem tę, którą dała mi na samym początku. Zmarźniętymi palcami
pocierałem oporne kółeczko i kląłem z powodu płomyka, ktory co chwila gasł.
Na dodatek zerwał się wiatr. Kółeczko zacinało się. Musiałem przekładać
zapalniczkę z ręki do ręki, bo skóra na kciukach paliła z bólu.
Wątły płomyczek, toporność wykonania i opór, z jakim obracało się kółeczko
sprawiły, że zapalniczka stała się dla mnie symbolem. "Jak to jest, że w
piętnaście lat po upadku socjalizmu nic się prawie zmieniło. Nawet produkcja
przyzwoitej zapalniczki okazuje się niemożliwa", pomyślałem i zakląłem jak
szewc.