witek.bis
15.07.10, 09:30
Kiedy kilka tygodni temu Komomorowski zwołał posiedzenie RBN, na którym miał
zaprezentować stenogramy rozmów w kokpicie, Jarosław Kaczyński pod zupełnie
absurdalnym pretekstem wykręcił się od brania udziału w tej imprezie i wysłał
na nią swojego... adwokata. Prawdopodobnie przeczuwał, że w tych strzępach
rozmów będzie o wiele więcej niż było w istocie. Ale zabawa się nie skończyła,
bo taśmy poszły do dalszej obróbki i było pewne, że polscy specjaliści
wyciągną z tego materiału dużo więcej. Wiadomo było, że do końca kampanii
prezydenckiej żadnych wyników ani przecieków nie będzie, bo każdy przeciek
byłby odebrany jako atak na Kaczyńskiego i zamiast w niego uderzyć,
przysporzyłby mu jeszcze głosów. Ale kampania się skończyła a wraz z jej
końcem zaczęły kursować plotki, że już coś ważnego odczytano. I wtedy, jak na
komendę, pisowcy rozpoczęli akcję "Tusk bezczeszczący ciało Prezydenta". Wiele
wskazuje na to, że akcja ta rozwija się według jednego, konkretnego
scenariusza, bo przecież trudno sobie wyobrazić, by dwaj naoczni świadkowie
wydarzeń zupełnie niezależnie od siebie uroili sobie ten nieszczęsny deszcz,
którego przecież nie było. Pisowcy, których specjalnością jest granie na
uczuciach "ciemnego ludu" dwoją się i troją, by stworzyć histeryczną
atmosferę, w której mają utonąć wyniki prac fonoskopijnych. Jarosław Kaczyński
bardzo się tych wyników boi. I tym razem, zupełnie wyjątkowo, ma rację.