camille_pissarro
11.12.10, 21:39
W torbie kanapki z szynką, wywalczoną przez żonę w sklepie mięsnym , termos herbaty z cytryną ( bez prądu jakby ktoś chciał fantazjować ), w kieszeni paczka „ Caro” i prezent od kolegi z wojska – niezłej jak na owe czasy zapalniczka, a pod pachą społeczna lista na kredyt dla tych, którzy rozpoczynają wspólny start w dorosłe życie . Na dworze jakieś minus 10, zaczyna mocno śnieżyć , a co gorsze ostro wiać - nawet stojąc ukryty za filarem budynku jednego z oddziałów banku na rogu Marszałkowskiej i Nowogrodzkiej zaczynam odczuwać w kościach tę wredną aurę , ale to dopiero ósma wieczorem, później będzie jeszcze zimniej , a zacinające ostro płatki śniegu dadzą mi jeszcze nie raz w znaki. Niedaleko słynny z opowieści Pigalak, ale kto jako taki przy zdrowych zmysłach wychodziłby w taką noc, noc z 12 na 13 grudnia 1981.O godzinie jedenastej w nocy na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Al. Jerozolimskimi pojawia się kilka „Skotów” , wysypują się z nich grupki „szwejków” z giwerami w rękach , rozstawiają koksowniki i nie mają wcale zamiaru się ewakuować , tylko pozostają na swych stanowiskach. Jeszcze kilka wojskowych pojazdów pojawia się około pierwszej w nocy, przebijają się w stronę Placu Konstytucji ( dopiero po latach domyślam się , że ich celem była prawdopodobnie siedziba związku na Mokotowskiej ) .Różne myśli chodzą człowiekowi po głowie, nawet miałem w pewnym momencie podejść do ogrzewających się przy koksownikach żołnierzy , ale zrezygnowałem , bo od strony Poznańskiej , zamajaczyła jakaś męska sylwetka, tak to zbliżał się mój zmiennik ze społecznej listy. Wymieniliśmy się uwagami o wrednej pogodzie , nawet nie zagailiśmy o "szwejkach" przy rondzie, bo organizm domagał się codziennej, solidnej dawki od Morfeusza. Nieco zdziwiło mnie , że na ulicach nie widać nocnych , a w sumie powinny pojawić się już te , które kursują w dzień, ale złożyłem to na karb zaczynającej się ostrej zimy. Poganiany wiatrem i szalejącą śnieżycą po około czterdziestu minutach byłem już na warszawskiej Woli. Spać, spać i jeszcze raz spać…
Wyrwany z sennych marzeń przez małżonkę , gmerającą przy naszym nowym nabytku telewizorze Vela w morelowej obudowie próbuję złapać jedną z dwóch stacji – nic z tego. Nie mogłem już zasnąć. Przygotowując śniadanie, wreszcie go ujrzałem , siedzącego na tle naszego godła, nienaturalnie wyprostowanego .Znałem go bardzo dobrze , w domu był jednoznaczny stosunek do tego co się określa mianem praskiej wiosny, a także do wypadków grudniowych z 1970 roku. Nie musiał mi tłumaczyć swym beznamiętnym głosem co się stało, asocjacje funkcjonowały poprawnie. Wówczas nie przypuszczałem, że nic już nie będzie takie jak było wcześniej, w okresie tego karnawału wolności , który zaczął się w sierpniu 1980…
To już 29 lat od tamtych chwil, fakt, upływający czas łagodzi kanty ludzkich cech charakteru, wycisza i wyhamowuje negatywne emocje , tym niemniej jestem w grupie tych 39%, którzy stan wojenny oceniają bardzo negatywnie. Nie chcę go już więcej oglądać, nie interesują już mnie jego kolejne przesłuchania oraz wyrok jaki zapadnie. Chcę już o nim zapomnieć, chcę zapomnieć, że zmarnował mnie jak wielu innym wówczas młodym Polakom kilka najlepszych lat z ich życia, wyrwał ich z marzeń o budowie normalnego życia tu nad Wisłą…