leszek.sopot
28.04.04, 13:22
Szperając dziś przed południem po necie natknąłem się na bardzo ciekawy
tekst - przynajmniej dla mnie. Poruszono w nim wiele tematów obecnych w
dyskusjach toczonych w ostatnim czesie na forum kraj gazeta pl. Główną tezą
tego tekstu jest założenie, że państwo polskie jest słabe bo są w nim zepsute
narzędzia rządzenia. Polską nie rządzą lobbyści, tajne służby, partie i
układy - rządzi bezwład.
Kilka cytatów z artykułu Roberta Krasowskiego "Gdzie jest władza"
"Pytanie jest proste. Dlaczego Leszek Miller, polityk, w którym trzy lata
temu widziano Napoleona, któremu wieszczono kilka kadencji władzy, po
niespełna jednej odchodzi w niesławie? A jego partia - wzór jedności i
skuteczności - rozpada się i stoi u progu wyborczej klęski? Odpowiedź jest
równie prosta - ponieważ to, co na całym świecie polityków wzmacnia, czyli
władza, w Polsce ich zabija.
Obiegowa opinia jest inna. Wedle publicystów Miller miał wady, i to one
sprawiły, że tak szybko upadł. Wady wymieniają jednym tchem: arogancja,
niekompetencja, narcyzm, cynizm. Mniejsza z tym, że jeszcze niedawno wad tych
nie widzieli i wieszczyli Millerowi wielkie sukcesy. Ale czy aby na pewno te
wady skazują premierów na porażkę? Kiedy przyjrzymy się innym krajom albo
innym czasom, znajdziemy podobnych władców, często nawet gorszych, zupełnych
idiotów, złodziei i cyników, którym te "słabości" nie przeszkadzają w
spokojnym trwaniu u władzy. Doprawdy, jeśli tak typowe grzechy władców
prowadzą w Polsce do ich nieuchronnego upadku, to jesteśmy politycznym
ideałem. Powinniśmy zapraszać filozofów z całego świata, by opisali wspaniałą
krainę, w której źli władcy, z których lud jest niezadowolony, z miejsca
tracą posadę".
"Pierwsza interpretacja na temat klasy panującej to teza z początku lat 90.,
iż transformacja ustrojowa jest pozorem, za którym kryją się gracze z PZPR,
SB, a nawet z KGB. Choć z perspektywy lat teza wydaje się może szalona, była
ona bardziej racjonalna niż wiara że olbrzymie, brutalne i chytre imperium
padło z dnia na dzień. Bo ta wizja była jeszcze bardziej absurdalna. Gdyby
jeszcze imperium przegrało krwawą wojnę, ale ono padło w wyniku wyborów.
Przygniotło je kilkanaście kilogramów papieru zużytego na karty do
głosowania. Kto nie czuł wtedy zdziwienia, ten niewiele rozumiał z tego, co
się działo przez ponad pół wieku na ponad połowie globu.
Nawet nowi władcy byli zaskoczeni. Premier Tadeusz Mazowiecki, polityk
przytomny i nieskory do histerii, do końca swych rządów nie wierzył w
lojalność wojska i policji, choć był ich zwierzchnikiem. Panowało wówczas
przekonanie, że komunistyczni władcy wycofali się, ale dysponują potężnymi
środkami, z przemocą włącznie. Czemu z nich nie skorzystali? Czemu sprawna do
końca część imperium - tajne służby - z taką łatwością zrezygnowała z władzy
i przestawiła się na działalność gospodarczą? Pełna abdykacja klasy panującej
była wydarzeniem zaskakującym. Nawet z dzisiejszej perspektywy.
Jednak z czasem, widząc że wojsko i policja są lojalne, a liderzy dawnej
klasy panującej to trzęsący się emeryci, których głównym zmartwieniem jest
wybielanie życiorysów, zaczęto szukać klasy panującej w sferze gospodarki.
Tam działo się najwięcej ciekawych rzeczy. Był to czas wielkich afer, w
których splatały się wielkie pieniądze i wielka polityka; nic dziwnego, że
uznano, iż tu wije sobie gniazdo nowa klasa panująca. Hipotezę wzmacniała
coraz silniej odczuwana atmosfera niemożności, poczucie słabości władzy nawet
w tych sferach, które podlegają pełnej kontroli rządu. Także rządzący miewali
podobne odczucie. Sławna stała się wypowiedź premiera Jana Krzysztofa
Bieleckiego, który odwiedziwszy wielką państwową fabrykę, zobaczywszy, że
władza mówi swoje, a podwładni swoje, wyszedł wściekły i oznajmił: "To zwykły
sabotaż".
"To wyobrażenie było coraz powszechniej podzielane. Sprzyjały mu kolejne
polityczne zawody, jakie przeżywali Polacy. Zaczęło się od tego, że z wolą
wielkich zmian poszedł do władzy Lech Wałęsa, by po kilku miesiącach ogłosić,
że nic z nich nie będzie. Spora część Polaków pomyślała sobie: "widać
istnieje ośrodek silniejszy i to on Wałęsę zablokował". Potem doszedł do
władzy Jan Olszewski i po pół roku jego rząd upadł bez żadnego sukcesu. Kiedy
tracił władzę, uznał - a za nim wielu Polaków - że natrafił na jakąś
olbrzymią i straszną potęgę.
Potem było jeszcze ciekawiej. Ożywiła się grupa, która wcześniej w
poszukiwaniu drugiego dna polityki skłonna była widzieć obłęd. Sprawił to
powrót do władzy postkomunistów w 1993 roku. Korupcja, zawłaszczanie
gospodarki, czystki w państwie wywołały poczucie déja vu. Z początku
nieśmiało, potem coraz mocniej zaczęto mówić o ciągłości politycznych
zachowań PZPR i SLD. Nawet politycy Unii Wolności - wcześniej odrzucający
wizję postkomunistycznego układu władzy - zaczęli mówić, że ostatnie lata
były kamuflażem. Biznesowe kariery ludzi z dawnego układu budziły powszechne
już emocje. Spięte w intelektualną całość, wyrażały one pogląd, że istnieje
klasa panująca oparta na wspólnej biografii. Że byli komuniści budują wielki
holding polityczny (były to czasy mitologizacji sprawności organizacyjnej
SLD), w którym wielkie pieniądze, media publiczne i wpływy polityczne miały
się ułożyć w niewywrotną całość".
"Smutne losy solidarnościowej koalicji (1997-2001) na całe lata oduczyły
Polaków szukania ukrytych centrów władzy. Nic dziwnego. Porażka prawicy była
zarazem porażką antykomunizmu, a przecież wszystkie dotychczasowe wyobrażenia
klasy panującej kojarzyły ją z SLD.
Drugim powodem była szczególna niechęć, jaką wzbudzili politycy z ekipy
Buzka. Poszukiwanie klasy panującej zastąpione zostało krytyką jakości elit
politycznych. Uznano, że zło nie jest gdzieś z tyłu, nie w chorych
strukturach władzy, ale w tym, co najbardziej widoczne - w samych politykach.
Rządowi AWS-UW nie udało się, bo Buzek był ofermą, Krzaklewski tępym
zarozumialcem, Balcerowicz ciasnym technokratą...
Ten typ uzasadnień oznaczał intelektualny regres. Z pozoru wyglądał na triumf
trzeźwego sądu, wolnego od nadmiernej podejrzliwości, w istocie jednak
absolutyzował kwestie wtórne, a objawy choroby brał za rzecz samą.
Najbardziej spektakularne było sprowadzenie kłopotów z władzą do korupcji,
rozumianej nie jako słabość państwa, ale jako słabość ludzi. Myśl polityczna
została sprowadzona do postulatu moralnej i intelektualnej odnowy polityków.
Do infantylnej formuły: dobre rządy to rządy dobrych ludzi, mądre rządy to
rządy mądrych ludzi, uczciwe rządy to rządy uczciwych ludzi".
"Obraz supersilnego rządu upadł wskutek dwóch wydarzeń: afery Rywina i
skandali pokazujących wpływy wielkiego biznesu (zwłaszcza Gudzowatego i
Kulczyka). Nagle odżyło wyobrażenie klasy panującej, dla której oficjalne
struktury władzy są jedynie parawanem. "Grupa trzymająca władzę" (wedle słów
Rywina) czy "towarzystwo" (wedle nomenklatury Michnika) stały się symbolem
podziału rzeczywistości politycznej na widzialną (i nieistotną) oraz ukrytą,
w której rozstrzygane są najważniejsze sprawy. W ten obraz uwierzono tak
mocno, że hipoteza klasy panującej przestała być hipotezą, stała się
oficjalną teorią polityczną, głoszoną również przez elity. Ona też zrodziła
główne hasło polityczne tego okresu: zamknięcia oczu Trzeciej RP i
zainicjowania Czwartej.
Najnowsza spiskowa koncepcja ma jednak wszystkie słabości poprzednich. Przede
wszystkim wyolbrzymia potęgę klasy panującej. A przecież jeśli Polską tak
mocno rządzi "towarzystwo", to upadek Czarzastego, Kwiatkowskiego czy Millera
jest zupełnie niezrozumiały. Błąd wziął się stąd, że nie dostrzeżono, iż
korupcyjny rozmach towarzystwa wcale nie musi być dowodem jego siły, a
jedynie bezczelności. A ta brać się może ze słabości państwa, z poczucia, że
sędziów i prokuratorów można kupić albo bezkarnie lekceważyć.
Różnica jest istotna. Chodzi o to