4_oddech_kaczuchy
14.04.11, 16:28
Panią Herbertową przepytuje red. Jacek Żakowski
Co Państwo tam robili? [w Ameryce]
- Ja to samo co zawsze, od kiedy byliśmy razem. Prowadziłam dom i samochód, bez którego nie można się było w Ameryce poruszać, opiekowałam się Zbyszkiem. A Zbyszek uczył dramatu europejskiego w college'u, gdzie była ogromna liczba studentów nie mających żadnego pojęcia o literaturze europejskiej. Poziom był gimnazjalny. Na dodatek wciąż musiał poprawiać dziesiątki wypracowań. Ślęczał nad tym nocami. To dla Zbyszka było udręką. Na szczęście prowadził też seminaria poetyckie, które go interesowały, bo przychodzili na nie różni młodzi poeci. Ale przede wszystkim pisał.
Co pisał?
- Głównie "Pana Cogito".
Widziała Pani, jak ten tom powstawał?
- Wie pan, że nie mam pojęcia.
Naprawdę?
- Ja nie mam pojęcia, jak powstawały wiersze. Nic na ten temat nie wiem i nigdy nie wiedziałam. Z wierszami jest bardzo tajemnicza historia, bo wiersze rodzą się w duszy. Do tego nikt nie ma wglądu.
Ale okoliczności narodzin Pani obserwowała. Przecież to Pani je przepisywała.
- Przepisywałam. Nic więcej. Jak skończył pisać wiersz, dawał mi go do przepisania.
I nie zauważyła Pani przy przepisywaniu, że nagle w wierszach Pani męża pojawił się bohater, porte-parole autora, poetycka figura, która zawsze będzie się kojarzyła z Herbertem?
- Oczywiście, że zauważyłam obecność Pana Cogito, ale wiersze Zbyszka prawie zawsze miały jakiegoś bohatera. Były narracyjne. Chyba między innymi dlatego tak dobrze się je czytało, że były jak mininowele. Ale może nie od razu doceniłam rolę, jaką miała odegrać postać Pana Cogito.
Bo, wie pan, ja zawsze przepisywałam w jakimś potwornym napięciu, więc przepisując, dużo nie myślałam. Zbyszek pisał bardzo niewyraźnie. Trudno go było odczytać. Co gorsza, ja też byłam z ortografią na bakier. A strasznie się bałam, żeby się nie pomylić w przepisywaniu i żeby nie przepisać jakiegoś błędu.
Okropnie był niecierpliwy, jak coś było źle w maszynopisie. Denerwował się, krzyczał. Bo każde słowo w wierszu miało dla niego ogromne znaczenie. Skreślał, zmieniał, poprawiał, zanim mi wreszcie dał do przepisania.
Jest masa jego notesów, w których to doskonale widać. Zawsze miał taki notes przy sobie. Często pisał od końca. Najpierw budował jeden czy dwa ostatnie wersy, a potem dobudowywał resztę. Czasem zaczynał od jakiegoś zdania, a potem się okazywało, że to jest wers środkowy. Jakby budował wiersze na myśli albo frazie, która decydowała o tonie i sensie późniejszej całości. A czasem to był nawet sam tytuł. W "Epilogu burzy" jest taki wiersz o srokach. Nazywa się "Pica pica L.". Miłośnicy księdza Twardowskiego się na ten wiersz oburzają, bo myślą, że to przeciwko niemu. A chodziło o sroki. Ksiądz Twardowski dostał się tam przypadkiem.
Po prostu mieliśmy najazd srok. Było lato, Zbyszek nie wstawał już z łóżka. Bardzo cierpiał, z trudnością oddychał, więc okno w jego pokoju było prawie zawsze otwarte. A w ogródku od rana do wieczora setki srok robiły dziki, potwornie męczący hałas. Nie można było sobie z nimi poradzić. Zbyszek ich nienawidził. I zemścił się na nich wierszem.