haen2010
09.07.11, 08:36
Wrzucę trochę dziegciu do tych wspanialości unijnych, jakie wczoraj serwowali nam Tusk i Barroso. Te piwko na warszawskiej Starówce, lunche, kolacyjki, zachwyt totalny pospólstwa...
Co widzę? Tusk wszędzie holuje swoją tłumaczkę. Dość ładną, na szczęście. Rozumiałbym, gdyby Barroso był angol lub amerykaniec, ale on mówi tak wyraźnie swoim European English, że widok tłumaczki budzi poważne obawy.
Tusk od wielu lat niby bryluje na salonach high society, gdzie przyzwoity angielski jest niezbędnym narzędziem pracy. Jak czysta koszula. Od lat zamyka się też na trzy dni każdego tygodnia w swoim M4 w Sopotach. Można by sądzić, że tam dyskretnie super-lektor usuwa jego braki w kindersztubie. Ale dlaczego bez rezultatów?
Angela podobno widzi swego kumpla na miejscu Barroso po jego prześwietnym, polskim epizodzie. Ale wielu ludzi widząc mizerną percepcję umysłową Tuska w ogóle zwątpi, czy facet nadaje się na jakiekolwiek stanowisko w unijnej Europie.
Tak, panie Tusk! Dobry bajer i cynizm od Machiavellego to jeszcze nie wszystko. Trzeba mieć coś do powiedzenia madrym ludziom od siebie, nie z napisanych przez fachowców i wyuczonych na pamięć kartek. Wstyd mi za pana, Panie Premierze.