leszek.sopot
03.06.04, 02:12
Do wyborów 4 czerwca 1989 roku namawiał amerykański szeryf mierzący prosto w
nas wyborczą kartką. Szedł - i nas namawiał do tego samego - na pojedynek w
samo południe z komunistyczną bandą. Na pojedynek poszło już wtedy jedynie 60
proc. Polaków.
Dlaczego aż 40 proc. nie poszło? Czy nie wiedzieli kogo wybrać, bo komunistów
mieli już dosyć, a solidaruchów obrzydził im Urban, Dziennik TV i Trybuna?
Może nigdy nie mieli ochoty głosować i jedynie ze strachu przed jakimiś
zmyślonymi lub realnymi konsekwencjami szli za PRL-u głosować i jak już tego
strachu zabrakło, to zostali w domu? Niektórzy też pewnie dlatego, ze
rozkręcali już własny biznes, handlowali korzuszkami, sweterkami, czekoladami
itd. Mało kto pamięta, ale w 1989 r. już prawie 1,8 mln ludzi w Polsce
prowadziło prywatna działalność gospodarczą (w 1981 r. jedynie ok. 0,6 mln).
Znałem kilku takich "biznesmenów", zupełnie nie interesowały ich wybory, tak
samo jak w stanie wojennym na studiach nie brali udziału w żadnych akcjach.
Dla 60 proc. było to jednak święto. Większość z nich po raz pierwszy w życiu
mogła wybrać listę i kreślić. Było to niesamowite dla wielu przeżycie.
Szefryf więc przybył, ludzie zagłosowali i... Poczuliśmy z chwilą ogłoszenia
wyników co znaczy siła głosów, co znaczy demokracja. Wiedziliśmy już, że nie
ma mowy by wybory nie pociągnęły za sobą radykalnych zmian w naszym kraju.
Niestety szeryf zniknął ze słupów wraz z goniąca inflacją. Musiał zastąpić go
inny wojownik - szeryf od finansów. Nie było już plakatów, euforii i masowego
poparcia. Choć szeryf od finansów miał dużo groźniejszego przeciwnika i
prowadził bardzo ciężką walkę. 4 czerwca nikt chyba jeszcze nie przypuszczał,
że pół roku później będziemy wkraczali z dna gospodarki socjalistycznej w
nurt rwącej rzeki wolnego rynku, że sterowanie i przejście do tej gospodarki
będzie cięższe od obalenia władzy PZPR. Musieliśmy się zmagać z wieloma
trudnościami i zmagać się musimy w tej rzece jeszcze długo zanim wypłyniemy
na szerokie wody. Chyba tylko dzięki tak fenomenalnemu wynikowi wyborczemu
możliwe było to, ze Leszek Balcerowicz zdecydował się na szybkie i radykalne
reformy, że poparł go w tym rząd Tadeusza Mazowieckiego. Przypuszczam bowiem,
że gdyby wybory przebiegły tak, jak zakładano podczas obrad okrągłego stołu,
to zamiast premiera Mazowieckiego, mielibyśmy co najwyżej redaktora
Mazowieckiego, zamiasta Drawicza w TV mielibyśmy najwyżej jakieś 15-minutowe
okienko, Wałęsa nadal byłby szefem "S", a grupa posłów w "S" w Sejmie
prosiłaby o respektowanie praw pracowniczych i związkowych. Historia byłaby
zupełnie inna...
PS
Przy okazji w dniu imienin mojego imiennika - Leszka Balcerowicza,
wszystkiego najlepszego i podziękowania za rozpoczętą 15 lat temu reformę, za
ciężką pracę i niezłomność. Szkoda, że nie wszystko mogłeś zrobić tak jak
planowałeś, że niektóre sprawy musiały być odłożone, bylibyśmy teraz w dużo
lepszej sytuacji. Byłoby dobrze gdybyś mógł znów się objawić jak szeryf
ratujący Polskę wkraczającą do Europy. Teraz, na ten czas politycznych
igrzysk i afer, byłbyś nalepszym premierem dla Polski.