Gość: OzRM
IP: *.poznan.sdi.tpnet.pl
12.03.02, 11:52
pewnym zaniepokojeniem można przeczytać wypowiedź Arcybiskupa Życińskiego w
artykule zatytułowanym "Obrażeni na wszechświat?", opublikowanym w
Rzeczpospolitej w dniu 6 marca, 2002. Artykułem tym Arcybiskup Życiński włącza
się do polityczno - gospodarczej debaty na temat integracji Polski z Unią
Europejską. Szczególnie niebezpiecznym staje się to wtedy, gdy dla poparcia
eurointegracji osoby reprezentujące Episkopat nadużywają powagi swego urzędu
wykorzystując zaufanie katolików do przywódców polskiego Kościoła.
Należałoby tu przypomnieć, że nauki Kościoła i jego reprezentantów obowiązują
katolików jedynie w sprawach wiary i moralności (res fidei et morum), natomiast
nie wymaga Kościół posłuszeństwa w kwestiach polityki czy gospodarki. Wypowiedź
Arcybiskupa Życińskiego należy tu traktować jako wypowiedź przedstawiciela
Kościoła o polityce, a nie naukę dotyczącą prawd wiary i moralności, pomimo iż
do celu politycznego próbuje on wykorzystać przesłanie Ewangelii. Dlatego też z
jego wypowiedzią można, a nawet należy podjąć polemikę, ponieważ - niestety -
nie jest ona wygłoszona z myślą o dobru naszego Narodu i państwa.
Wraz z postępem negocjacji w sprawie członkostwa polski w UE, do społeczeństwa
dociera coraz więcej prawd o stratach gospodarczych i politycznych związanych z
akcesją. Staje się coraz bardziej oczywistym, że niewiele od Unii otrzymamy,
natomiast wyłania się realne niebezpieczeństwo, że w efekcie końcowym nasze
wpłaty do budżetu Unii przewyższą unijne dotacje, czyli że właściwie Polska
stanie się płatnikiem netto. Natomiast nasi negocjatorzy i politycy
(Cimoszewicz) już sygnalizują, że ogromnym sukcesem polskich negocjacji będzie
uzyskanie takich warunków, aby w pierwszych latach członkostwa Polska do Unii
nie dopłacała. Nasuwa się więc wniosek, że propaganda nagłośni to jako ogromny
sukces, jeśli Unia odda nam nasze własne pieniądze, które do niej uprzednio
wpłacimy. Doprawdy, świetny interes. W miarę ujawniania nowych faktów coraz
bardziej staje się oczywistym, że król, który miał być odziany w piękne szaty,
w rzeczywistości jest nagi.
Już teraz rząd, którego głównym celem politycznym jest - według jego własnych
oświadczeń - wprowadzenie Polski do Unii dosłownie za każdą cenę, traci grunt
pod nogami, gdyż - w miarę ujawniania nowych faktów na temat akcesji Polski do
UE - zarysowuje się coraz bardziej realna możliwość przegrania referendum
akcesyjnego. W tej sytuacji rząd rozgląda się za sojusznikiem, który
mógłby “dorobić“ jakieś słuszne podłoże ideologiczne do polskiej integracji z
Unią - sojusznikiem, którego społeczeństwo polskie darzy kredytem zaufania, a
który to sojusznik zechciałby to posunięcie rządu firmować powagą swego urzędu.
Czyli ideologia miałaby zasłonić brak istotnych wymiernych korzyści dla państwa
i Narodu. Ponieważ globalizm, europejska ojczyzna, świat bez granic i tym
podobne brednie nie znajdują zbyt wielkiego oddźwięku u Polaków, zahartowanych
na tego typu propagandę latami niemalże identycznej propagandy sowieckiej,
wybór padł na Kościół Katolicki jako cieszący się jeszcze ciągle szerokim
poparciem społeczeństwa, a którego niektórzy przedstawiciele zdają się ochoczo
firmować swoimi osobami i godnościami to wątpliwej jakości przedsięwzięcie.
W związku z powyższym, wszelkie prounijne wypowiedzi najwyższych
przedstawicieli katolickiej hierarchii są sprytnie wychwytywane i nagłaśniane
przez środki masowego przekazu - ba, nawet zwiększyła się ilość wywiadów z
prounijnymi biskupami. Nie słychać już ze strony rządowej i prorządowych mediów
ulubionego zarzutu, tak chętnie powtarzanego przy każdej innej okazji, że
Kościół nie powinien mieszać się do polityki. A przecież integracja z UE jest
decyzją polityczną bardziej niż jakąkolwiek inną.
Charakter polityczny ma też wypowiedź Arcybiskupa Życińskiego. Na samym wstępie
proponuje on aby miejsce surrealistycznego pytania: "Czy Polska ma dołączyć do
Unii Europejskiej?", zostało zajęte przez kwestię: "Jak, tzn. na jakich
warunkach, Polska ma wejść do Unii Europejskiej?".
Przede wszystkim, dziwi w ustach arcybiskupa sugerowanie, że pytanie dotyczące
polskiej racji stanu może być pytaniem surrealistycznym. Prymas Tysiąclecia
odpowiedziałby na to zapewne słowami: Kościół polski staje w obronie narodowej
racji stanu. Albowiem polityczna racja stanu zmienia swoje wymiary, natomiast
naród - trwa, ma swoją wiarę, swoje zasady moralne, swoją kulturę religijno-
narodową, obyczaj narodowy i stoi na straży tych wartości, które nie od razu
powstają i zniszczyć się od razu nie dadzą. Czy dziś Kościół w Polsce przestał
już upominać się o Naród i jego wartości? Czy po ostatnich wiekach naszej
historii, w których Kościół troszczył się o Naród pozostawiony bez opieki,
przejdzie teraz Kościół do roli rządowej tuby propagandowej i zmieni swe
posłannictwo na polityczne?
Poza tym należałoby tu odwrócić kolejność tych pytań, czyli zapytać najpierw na
jakich warunkach Polska ma wejść do Unii Europejskiej? Ano, na takich żeby były
one dla Polski jako państwa i dla naszego Narodu korzystne. Ponieważ w miarę
postępu negocjacji z Unią okazuje się, iż warunki te są nie tylko niekorzystne,
ale wręcz grożą unicestwieniem Polski jako suwerennego państwa, a Narodowi
polskiemu grożą utratą podmiotowości i zepchnięciem do roli parobków żyjących w
nędzy we własnym kraju. Prorocze słowa Prymasa Tysiąclecia z 1981 roku nic nie
straciły dziś na aktualności: W Polsce trzeba bronić spraw własnej Ojczyzny, a
nie obcych zamówień. Czy włączając się do dzisiejszych spraw politycznych
również i Kościół zaprowadza politykę grubej kreski, odsyłając przestrogi
Prymasa Kardynała Wyszyńskiego do lamusa? Cóż myśleć ma katolik, który pamięta
tamte słowa, a dziś słyszy, że jego Kościół pomija obronę spraw własnej
Ojczyzny?
Dotychczasowe negocjacje pokazały, że Polska ze względu na swoją słabość
polityczną i ekonomiczną, występując w roli petenta, nie jest i nie będzie w
stanie dyktować warunków, na jakich znajdzie się w Unii Europejskiej. Warunki
dyktują Niemcy, Wielka Brytania, Francja i Włochy, być może mają jeszcze coś do
powiedzenia kraje Beneluksu. Z tego to względu, wszelkie próby mówienia naszemu
społeczeństwu o naszym ewentualnym wpływie na politykę wewnętrzna lub
zewnętrzną Unii są niczym innym jak mydleniem nam oczu. Czyżby ks. Arcybiskup
nigdy nie słyszał o teorii „dośrodkowych kręgów z rdzeniem”, czyli Europy
o „rożnych szybkościach” lub „zróżnicowanej geometrii”? Wszak plany dotyczące
takiego systemu „zjednoczonej” Europy są już od dawna znane. Zawierają one
różnego rodzaju warianty, które w efekcie sprowadzają się do jednego:
stworzenia tzw. „twardego rdzenia” krajów wysoko rozwiniętych i „dośrodkowych
kręgów” w skład których będą wchodziły kraje słabiej rozwinięte. Zarówno
wariant francuski jak i niemiecki tej teorii posiadają jeden wspólny motyw:
rozwój UE, ze względów ekonomicznych i politycznych, musi być zróżnicowany,
ponieważ kraje wyżej rozwinięte nie są w stanie czekać z dalszym rozwojem na
kraje słabsze, a za europejską wersję Planu Marshalla dla krajów kandydujących,
UE płacić ani nie chce, ani nie może.
Dopiero teraz, po dogłębnym rozważeniu wszystkich możliwości, wszystkich „za i
przeciw”, należałoby zadać to pierwsze pytanie, które Arcybiskup Życiński
chciał zastąpić drugim, czyli Czy Polska ma dołączyć do Unii Europejskiej?
Ponieważ zadawanie jedynie pytania na jakich warunkach, ze względu na
przedstawione powyżej okoliczności nie ma większego sensu - odpowiedź może być
tylko jedna: na takich, jakie nam podyktują. To nie brukselski moloch
dostosowuje się do poszczególnych krajów (chyba że tych najpotężniejszych,
które posiadają odpowiednie możliwośc