jot-es49
12.12.12, 19:42
Poczytałem sobie trochę wynurzeń Jarusia i coś mnie, zazdrość jakaś, dopadła. Czemu nad tym biedakiem tak się znęcano - pojęcia nie mam. Combatant prawdziwny on ci jest!
No dobra - wolno jemu, wolno i mnie!
Jak napisałem w tytule wątku - było to 31 lat temu, w sobotę po godzinie 20.30 (jak w każdą inną sobotę o tej samej porze). Przyszło do nas znajome małżeństwo z butelczyną i zakąską (krakersy posmarowane pastą boczkową - pychota) na cotygodniowego brydżyka.
Dzieci uśpione - noc należy do nas...
Pierwsze kółeczko i pierwsza buteleczka zabrała nam około 2 godzin. Około 23 dzwonek do drzwi. I tu muszę się przyznać do najgorszego - mąż mojej koleżanki szefował wydziałowi Przestępstw Gospodarczych - reżimowej MO. No więc dzwonek, otwieram drzwi - stoi facio jakiś a z tyłu za nim dwóch milicjantów (jak koszmar grudnia 70. w hełmach z automatami).
- Dobry wieczór! Czy jest u pana pan O.?
- Ano jest - co prawda lekko niedysponowany (nasze panie nie piły więc mieliśmy już po 250 gram w czubie)
- Nic nie szkodzi - niech wyjdzie!
- Włodek - jacyś gliniarze do ciebie (kątem oka zauważyłem nerwowy ruch jednego z mundurowych i głupawy uśmieszek cywila).
Podszedł Włodek a cywil do niego: panie kapitanie jest akcja specjalna proszę z nami jechać!
- Dobra zejdźcie na dół ja zaraz przyjdę.
Krysia mocno się wkurzyła ale zapowiedź grania z dziadkiem nieco ją uspokoiła!
Włodek wyszedł ale uprzedził o swym rychłym "kambeku" (smutek go ogarniał na widok drugiej nienapoczętej butelczyny).
Nie minęło nawet 5 minut jak ponownie odezwał się dzwonek u drzwi. Stał za nimi Włodek (dziwnie trzeźwy - bez uśmiechu na twarzy - blady jakiś taki) - zawołaj Krysię...
Krystyna wyszła z nim na korytarz i po chwili wróciła blada jak papier...
Prawie w tym samym momencie telewizja przestała nadawać jakiś film... nadawała śnieg i szum.
Naturalne zaraz pytanie - co się stało?
- Nie mam pojęcia! Włodek kazał mi zasuwać do domu i jutro raczej z domu nie wychodzić - wam też nie radził nosa wysuwać...
Bohatersko odprowadziłem ją do domu i pożegnaliśmy się do poniedziałku (pracowaliśmy w tej samej firmie). Po ulicach przemykały samochody milicyjne i gaziki wojskowe - poza tym cisza i spokój.
Po powrocie do domu włączyłem radio... quźva też się zepsuło... tak jak telewizor...
Zaczynałem coraz bardziej trzeźwieć!
Był już 13 grudnia 1981 roku...
O 5 rano - hymn w radiu poderwał mnie z łóżka!
"Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej!..."
Tak właśnie zapamiętałem tamten czas...
P.S. Krystyna przez trzy tygodnie nie miała żadnego sygnału od męża (na Komendzie też nabrali wody w usta)...
Mnie również nie internowali - psia mać! Może przez tą znajomość z reżimowym oficerem?
No ale za to odważnie, pod lufami reżimu, przed świętami, przemycałem połówkę poszatkowanego świniaka i też mnie nie zatrzymali...
No i ta teczka - cieniutka jakaś taka... żadnej lojalki a przecież należałem do Solidarności, ulotki pisałem nawet (ale to całkiem inna bajka).
Jak się ma pecha... to 5,5!