yossarian18
20.08.04, 19:46
W związku z dyskusją nad Czesławem Miłoszem i wielce kontrowersyjnymi
opiniami o Miłoszu jako autorytecie i planami pochowania Miłosza na Skałce
chciałbym przytoczyć parę tekstów, które moim zdaniem skuteczniej
obalają "autorytet moralny" Miłosza niż wszystkie wywiady w Naszym Dzienniku
(choć ten z prof. Majdą dużo o Miłoszu mówi). Mam nadzieję, że GiWi nie
usunie mojego wątku.
Fragment ostatniego wywiadu z Januszem Szpotańskim(kolejny dowód na
potwierdzenie stosunku Miłosza do polskości):
"Herbert był szalenie związany
uczuciowo ze Lwowem. I nie znosił wyrzekania na Polaków. Kiedyś pojechał do
paryskiej "Kultury" i Giedroyc z Miłoszem swoim zwyczajem gadali na Polaków.
Wtedy Herbert zdjął spodnie i kazał się całować w polską dupę".
Całość tutaj:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=15022597&v=2&s=0
Marian Hemar "Prawo azylu"(początek):
"Dopóki pensja z Moskwy,/ A biurko z Paragwaju -/ Dopóty on wierny eunuch/
radzieckiego seraju"
Wielce ciekawy esej Jacka Trznadla o stosunku Miłosza do komunizmu a także
Polski(szczególnie polecam):
www.jacektrznadel.pl/04_esej/cz_milosz.html
Na koniec obszerny fragment książki Sergiusza Piaseckiego "Autodenuncjacja"
zawierający artykuł "Były poputczik Miłosz" z paryskiej "Kultury" z 1951r.
Jan Lechoń napisał o tym tekście: "To samo właściwie chciałem napisać, ale
nie wiem, czy potrafiłbym to zrobić z taką pasją, taką, powiedziałbym,
bezpośredniością oburzenia. (...) Właśnie ten artykuł, w którym każdy
argument trafia >> bez pudła<< jest dowodem jego[Piaseckiego oczywiście]
talentu"
Sergiusz Piasecki
Były poputczik Miłosz
Przeczytałem w „Kulturze” (nr 45/46) artykuł Juliusza Marchlewskiego Sprawa
Miłosza. Autor twierdzi, ze Miłosz nie jest nawet oportunistą i że „tego
rodzaju postawa [nieufność do „nawróconego” Miłosza] jest obelgą dla narodu
polskiego”. Jeśli uwzględnimy inne podobne głosy, okaże się, że postać tego
dyplomaty Bierutowego zaczyna się powoli wywindowywać na piedestał bohatera
narodowego.
Sprawa Miłosza świadczy, że wielu ludziom brak wyobraźni w ocenianiu
rzeczywistości „na dystans”, jak to często obserwujemy u ludzi Zachodu. Będą
czule reagowali na krzywdę psa lub kota w zasięgu ich wzroku, lecz nie
potrafią wczuć się w tragedię Polaka – patrioty, od wielu lat pozbawionego
ojczyzny. Miłosz rozczula do łez swym strasznym losem aktualnego „samobójcy”,
który wybrał gorzki chleb emigracyjny, by tylko nie iść na kompromis ze swym
sumieniem poety. I znikła gdzieś w tumanie słów i frazesów istotna postać
poputczika, który przez wiele lat reprezentował za granicą narzucony Polsce
rząd bolszewicki jako prawowitą władzę, opartą na demokracji ludowej i
prowadzącą Polskę w krainę socjalizmu. Jeśli „nawrócony” Miłosz ośmiela się
pisać w czasopiśmie emigracyjnym (Nie w nr. 43 „Kultury”): ”...cieszyłem się,
iż półfeudalna struktura Polski została złamana...”, łatwo domyślić się, w
jakim świetle i w jakich barwach jako dyplomata Bieruta ukazywał obcym swoją
ojczyznę.
Warto w tym miejscu przytoczyć z książki znakomitego publicysty Stanisława
Mackiewicza (Cata) Lata nadziei (Londyn [1946], str. 145) opinię jego o całej
grupie wileńskiej:
„...Było mi smutno i wstyd, że bolszewizm w Wilnie szerzyła grupa
utalentowanych młodych ludzi najautentyczniej wileńskiego pochodzenia,
których same nazwiska przypominały stronice Pana Tadeusza lub Pamiętniki
kwestarza [powieść Ignacego Chodźki]. Bujnicki nazywał się Nieściuszko
Bujnicki i był prawnukiem starego miłego grafomana, który tak rzewnie
opisywał północną Białoruś. Putrament... nazwisko to figuruje w
sienkiewiczowskim Latarniku jako symbol starej, tęsknej litewskości,
<<Putrament z Pikturną>> - czytamy w Panu Tadeuszu. Miłosz... I oto ci
ludzie, którzy powinni byli najlepiej rozumieć miłość kraju, pierwsi
sprowadzili na niego infekcję wroga, zdradzali go, sprzedawali, sprzedawali
także siebie, bez godności, o ileż gorzej niż zwykła kurwa. Jakaż silna jest
ta infekcja i jakże wielką mieliśmy rację, gdyśmy z nią walczyli. Dzisiaj
podobno niejeden z tych poetów chadza w cylinderku, zajmując dygnitarskie
stanowisko, sprzedawszy kraj własny, sprzedaje państwo całe. Może kiedyś
poczuje do samego siebie pogardę, gdy znajdzie się po jakiejś czystce na
Kołymie lub w republice Komi”.
Ale Miłosz ani na Kołymie, ani w republice Komi się nie znalazł. Uniknął losu
wielu innych poputczików i setek tysięcy uczciwych Polaków. Był dostatecznie
rozsądny, by w porę zostać na Zachodzie. Co więcej, znalazłszy się wśród nas,
zachował się bezczelnie, topiąc prawdę w powodzi kłamstw. Sięgnął nawet po
uznanie dla swoich zasług. Powinniśmy wymierzyć mu je w pełni.
***