kataryna.kataryna
21.09.04, 11:05
Pomysł walki z dyskryminacją płci poprzez narzucanie parytetów nigdy mi się
nie podobał a nie podoba mi się jeszcze bardziej jak widzę jak jest
wprowadzany w życie.
W jednym z programów finansowanych z "wiejskiego" funduszu strukturalnego UE
jest wymóg, że udział żadnej z płci w zarządzie instytucji starającej się o
dofinansowanie nie może przekroczyć 60%. W praktyce jest to możliwe tylko
przy parzystych zarządach, gdzie miejsca można podzielić między płcie
idealnie po równo. Problem w tym, że najczęściej zarządy są nieparzyste (ze
względów praktycznych) a z nieparzystych zarządów wymóg 40/60
jest "spełnialny" tylko w pięcioosobowym.
No i niech mi ktoś powie czy to nie jest wyjątkowy kretynizm? Kto wymyślił,
że najskuteczniej walczyć o równość płci poprzez wymuszanie? I co, jak w
zarządzie jest przewaga kobiet, to trzeba je wywalić, żeby proporcje
wyrównać? A jak zmaskulinizowany zarząd świetnie sobie radzi, to też trzeba
to rozwalić i wstawić kobiety-figurantki, żeby się zgadzało? Ciekawa jestem
ile instytucji wiejskich straci szanse na fundusze unijne z tego programu
tylko dlatego, że mają niepoprawne politycznie składy zarządu.