neceser
22.09.04, 05:24
Ten sam styl, prymitywizm pojeciowy, cel atakow - ZACHOD, KAPITALIZM,te same
klamstwa i cele.
Upadek mitu Zachodu
Przez dziesiątki lat Berlin był jednym z najbogatszych (jeżeli nie
najbogatszym) miast Europy, miastem wolności i dobrobytu, wielu małych i
średnich przedsiębiorstw, uśmiechniętych ludzi. Kiedy w latach 60. Berlin
odwiedził prezydent USA John Kennedy, powiedział: "Każdy wolny człowiek na
świecie jest berlińczykiem. Ja jestem berlińczykiem". Dziś Berlin podupadł,
zbiedniał, stał się miejscem, w którym, jak w całej Europie, koncerny wyparły
inicjatywę prywatną, a supermarkety doprowadziły do upadku większość średnich
i małych placówek handlowych.
Niedawno po raz szósty odwiedziłem Berlin Zachodni. Pierwszy raz byłem tam
przejazdem jako student ponad dwadzieścia lat temu. Po 1989 r. odwiedzałem
miasto co kilka lat, obserwując z przerażeniem, jak upada i ubożeje. Jeszcze
kilka lat temu Berlin był zadbany, czysty. Każdy wolny trawnik, pas zieleni
między jezdniami, obsadzone były kwiatami. Tysiące sklepów i sklepików
kipiało od towaru. Mówiło się, że to najlepiej zaopatrzone miasto w Europie,
do którego wielu przyjeżdżało na zakupy.
Tandeta i bezguście
Spędziłem z rodziną w Berlinie prawie tydzień. Gościli nas miejscowi Polacy.
Codziennie samochodem wozili nas po wszystkich dzielnicach i pokazywali różne
oblicza Berlina.
To już nie jest to samo miasto. Brudne i zaniedbane, wieje z niego
beznadzieją. Biedniejsze dzielnice, takie jak Kreuzberg, to dosłownie slumsy.
Na każdym kroku widać zubożenie. Bezdomnych jest o wiele więcej niż w
Warszawie. Spotkać ich można prawie wszędzie, żyje się im coraz gorzej.
Zamknięto przed nimi nawet przydomowe śmietniki, umieszczając je w wielkich
stalowych klatkach, ale zdesperowani biedacy często się do nich włamują.
Różnią się od polskich bezdomnych chyba tylko tym, że mają własne czasopismo,
które starają się sprzedawać na dworcach i ulicach - chcą w ten sposób
przypominać i informować o sobie.
Kilka lat temu obserwowałem, jak w Berlinie upadają małe i średnie sklepy.
Trzy lata temu moja żona robiła pokaźne zakupy w domach towarowych. Dziś te
domy plajtują. Wiele z nich ma na wyższych piętrach powybijane okna, a na
parterze wyprzedawane są za bezcen resztki towarów. Wszędzie mnożą się super-
i hipermarkety oferujące mydło i powidło, buty, ciuchy i telewizory, naczynia
kuchenne, rowery, a nawet książki. Można odnieść wrażenie, że w Berlinie
nawet księgarnie splajtowały. W czasie swojej intensywnej i wszędobylskiej
wędrówki po mieście nie widzieliśmy ani jednej.
We wszystkich centrach handlowych (których jest w Berlinie kilkanaście)
królują oddziały światowych koncernów, sprzedające dosłownie ten sam, zresztą
w bardzo małym wyborze, i najczęściej lichy towar. Nawet nowe centrum miasta,
które ma z założenia przyćmić nowojorski Manhattan (naśladuje go do
złudzenia; pobudowano tam nawet dwa olbrzymie drapacze chmur - taki berliński
World Trade Center), opanowane jest przez hipermarket "Arcady", oferujący
dosłownie to samo, co jego oddziały na peryferiach.
Po pierwszym wrażeniu związanym z natłokiem wyłożonych wszędzie towarów i
przejściu się wzdłuż półek dochodzimy do wniosku, że wybór jest mniejszy niż
w Polsce i że dominuje tandeta i bezguście - oferta dla tzw. masowego
odbiorcy, który ma chudy portfel i niewielkie wymagania. Żona, która
przygotowała się na większe zakupy, już po pierwszych kilku dniach
stwierdziła, że niczego nie kupi. Z nostalgią zaczęła też wspominać pasaż
handlowy przy reprezentacyjnej ulicy Białegostoku - Lipowej, który odwiedziła
podczas naszych wakacyjnych wędrówek w lipcu bieżącego roku i zaopatrzyła się
w wiele potrzebnych ubrań i kobiecych szmatek.
Sklepy w Berlinie są z reguły puste. Tłum kłębi się tylko w działach
spożywczych i na wyprzedażach, gdzie towar jest bardzo tani, ale najgorszej
jakości. Elegancka warszawianka, których przecież nie brakuje, miałaby dziś
poważne kłopoty z zaopatrzeniem się w Berlinie, chyba żeby wygrała w
totolotka. Jej potrzeby mogłyby tu bowiem zaspokoić tylko butiki przeznaczone
dla najbogatszych, gdzie za byle szmatkę trzeba płacić setki lub nawet
tysiące euro.
Dziś Berlin to miasto ludzi, którzy z konieczności muszą oszczędzać na
wszystkim. Najbogatsi, których pałace (dosłownie pałace) skupiają się wokół
jezior, stanowią tak niewielką liczbę, że sklepom nie opłaca się adresować do
nich swojej oferty.
Bezrobotnym trudniej
Ile zarabia przeciętny berlińczyk - pracownik najemny? Dochody wahają się
pomiędzy 700 a 1300 euro miesięcznie. Coraz więcej jest tych, którzy
zarabiają poniżej 1000 euro. Obciążenia typu naszego ZUS-u stały się w pewnym
momencie tak wielkie, że wiele (jeżeli nie większość) firm (w tym również
ponadnarodowe koncerny) zrezygnowało z etatowych pracowników. Jak grzyby po
deszczu rozmnożyły się firmy nazywane tu "handlarzami niewolników", które
podpisują z ludźmi umowy o stałą pracę na poziomie 800 euro miesięcznie (i
poniżej), a więc na poziomie progu, od którego nie płaci się podatku
dochodowego, a następnie wynajmują tych ludzi do pracy innym firmom. Z reguły
jest to praca na kilka tygodni czy dni, rzadziej na kilka miesięcy czy lat.
Firmy, które korzystają z ich pracy, starają się to robić jak najrzadziej,
tylko w niektóre dni robocze. W efekcie ludzie ci pracują mniej niż 20 dni w
miesiącu i otrzymują mniejsze pensje, niż to wynika z umowy o pracę. Mogą
oczywiście dochodzić swoich racji na drodze sądowej, domagając się pełnej
pensji, ale tylko nieliczni to robią. Nikt nie chce utracić pracy. Poza tym
sądy niechętnie i bardzo rzadko rozstrzygają takie spory na korzyść
pracownika. Zdarza się, że tacy pracownicy są posyłani na kilka dni do pracy
daleko poza Berlin, by w następnym tygodniu otrzymać pracę z drugiej strony
miasta. Za kosztowne dojazdy muszą płacić sami. Odrzucenie oferty oznacza
rezygnację z pracy, a co za tym idzie - pozbawienie zasiłku dla bezrobotnych
(otrzymują go tylko ci, których zwolnił pracodawca).
Niemieccy bezrobotni otrzymywali do niedawna bardzo dobre zasiłki (mówi się w
Berlinie, że lepiej być bezrobotnym niż zatrudnionym). W pierwszym roku
bezrobocia dostawali od 65 do 75 proc. ostatniej pensji, a w każdym następnym
roku o 5 proc. mniej, aż do osiągnięcia progu zasiłku socjalnego, który
wynosi około 400 euro. Ci, którzy dobrze zarabiali i utracili pracę, mogli
więc otrzymywać zasiłek dla bezrobotnych przez wiele lat. Teraz jednak to się
zmieniło. Od 1 stycznia 2005 r. na zasiłku dla bezrobotnych będzie można być
tylko przez rok. Potem wchodzi zasiłek socjalny. Otrzymać go może tylko ten,
kto już nic nie posiada. Jeżeli bezrobotny po utracie zasiłku posiada jakiś
majątek (mieszkanie, samochód czy np. wartościowy obraz), musi go sprzedać i
za te pieniądze żyć bez pomocy państwa tak długo, jak długo wystarczy mu na
utrzymanie się na poziomie minimum socjalnego. Gdy nie posiada już nic, może
zwrócić się o pomoc do państwa i otrzyma zasiłek w wysokości ok. 400 euro
miesięcznie (plus stałe opłaty - za czynsz, prąd itp.).
Nikt nie utrzyma się w Niemczech, a tym bardziej w Berlinie za 400 euro. Kto
jest więc na zasiłku, otrzymuje pomoc od państwa. Państwo płaci czynsz (ale
tylko po obejrzeniu mieszkania przez urzędników i uznaniu, że nie jest ono
ekstrawagancją; jeżeli mieszkanie jest za dobre czy ma atrakcyjne położenie
lub jest za drogie, urzędnicy żądają przeniesienia do mieszkania mniejszego,
wskazanego przez nich). Państwo pokrywa też opłaty za prąd i telefon (ale
tylko w ramach tzw. pakietów socjalnych), kupuje dwa razy do roku ubrania i
bieliznę, dostarcza używanych sprzętów potrzebnych w domu (mebli, lodówki,
telewizora itp.). Wszystkie te pieniądze skrupulatnie są liczone i gdy ktoś
znajdzie pracę, musi je zwrócić. Jeżeli więc był na zasiłku np. 5 czy 10 lat,
do końca życia potrącają mu z pensji,