emerytka.z.rzeszowa
29.09.04, 13:47
Piszę do Was trochę w sprawach osobistych, przekładają się one jednak wiernie
na obecną sytuację społeczeństwa, a ta najbardziej leży mi na sercu (nawet
bardziej niż własna, wychowana jestem wszak na Żeromskim). A mianowicie:
emerytury i renty. Przez ostatnie trzy lata lewicowa koalicja zajęta była
wciskaniem Polski do Unii Europejskiej, zakupywaniem F-16 i mydleniem Polakom
oczu ofsetem (tak to się pisze?) itd itp. To wszyscy dobrze rozumiemy, nie o
tym więc będę pisać: przedstawię po prostu egzegezę swojej sytuacji
materialnej jako emeryta w III RP, posłuży ona jako podkład do ogólniejszych
refleksji nad kondycją emerytów:
na rękę otrzymuję od państwa co miesiąc 1521 zł. Niby to dużo (najniższa
emerytura wynosi w Polsce 1022 zł, za 'Trybuna' 23/2003, potw. 'Przegląd'
49/2002), ale porównując chociażby ze średnią pensją (2200 zł w lutym 2004,
2100 w lutym 2003: tu dane mogą się trochę nie zgadzać, ale idzie o
tendencję) to zdecydowanie mało. Nie będe już pisać ile zarabiają
menadżerowie albo żołnierze w Iraku, bo to się już w głowie nie mieści...
Jeśli chodzi o dodatki to nie otrzymuję jakichś wyjątkowych apanaży, dostając
tylko 313 zł od Wojska Polskiego (co też idzie zresztą przez budżet).
Tak więc mój dochód rozporządzalny wynosi: 1834 zł [to jest duże uproszczenie
na użytek tego artykułu]
Nadal mało? Sytuuje sie on pomiędzy najniższą w Polsce emeryturą (1022 zł) a
średnią pensją (2200 zł) i najwyższą emeryturą (12 678 zł) - do kogo należy
ta ostatnia, nie powiem, domyślcie sie sami, zresztą to tylko informacje
jednej z gaet - jak jest naprawdę, nie wiem.
Moje wydatki w ciągu miesiąca (szacunkowe, bo to się zmienia w zależności od
tego czy jest wiosna, zima czy jesień).
opłaty mieszkaniowe (do tego prąd, energia itp.) - 573 zł
telefony - 231 zł (stacjonarny) + 206 zł (komórkowy) razem - 437 zł
opłaty sztywne wynoszą zatem 1010 zł (55% zarobków).
Na życie zostaje więc 824 zł
Do tego można by doliczyć kieszonkowe dla wnuka (100 zł miesięcznie) i
składki na stowarzyszenia (150 zł) = 250 zł
Zostaje 574 zł.
Te pieniądze idą więc na wyżywienie (ok. 60%), bilety PKP i PKS (miejskimi
autobusami jeżdżę za "darmochę"). Od czasu do czasu trzeba sobie kupić jakieś
ubranie i sprzęt do mieszkania, co też jest wydatkiem sporym.
Ja te dane przytaczam nie dlatego, żem ekshibicjonistka, ale żeby wspólnie
zastanowić się z wami, jak w dzisiejszym czasach emeryt w ogóle może
funkcjonować, szczególnie taki, który zarabia np. 1000 zł? Przecież to prawie
niemożliwe.
Mnie pomaga córka pracująca w firmie prywatnej, ale gdyby nie jej pomoc to
chyba bym nie wyżyła. A trzeba przecież pojechać gdzieś na wakacje albo do
sanatorium. Sam zeszłoroczny wyjazd na Kubę z oferty 'ostatniej minuty'
kosztował mnie ca. 4000 zł (zbierałam na to ze trzy miesiące). No,
przynajmniej zobaczyłam marzenie mego życia, ale wnuczek przez miesiąc nie
miał kieszonkowego i nie wiem kiedy następny taki wyjazd (w tym roku wakacje
spędzałam w Polsce). Syn z kolei jest od lutego na bezrobociu i nie wiadomo,
kiedy znajdzie pracę, mimo że mieszka w Krakowie, a tam podobno najniższy
procent ludzi bez pracy w całej III RP. Całe szczęście, że już ma coś
odłożone w banku (wcześniej harował po 10 godzin dziennie!), utrzymuje dzięki
temu dzieci. Dosyć jednak już spraw osobistych.
Wniosek: Czy Suchocka jak zamrażała nam wypłaty w 1993 roku, wzięła pod uwagę
złą sytuację materialną 90% społeczeństwa? A może miała już tylko w głowie
podpisywanie ważnych umów międzynarodowych? Zaiste, nie wiem, ale bardzo
chciałabym się dowiedzieć od pani premier. Chyba napiszę list elektroniczny
do Watykanu.
Zapraszam do dyskusji.
---
za zgodność z oryginałem -
emerytka z Rzeszowa