Gość: Piotr
IP: 80.240.229.*
14.10.04, 19:43
Dziś jednym z najgorętszych przedmiotów sporu jest klonowanie. Uczeni
wielekroć sprzeniewierzali się dogmatom wiary, co mieszało szyki i wzbudzało
gniew religijnych przywódców. Naukowcy płacili za głoszenie odkrywanych przez
siebie prawidłowości przyrody życiem lub wolnością, nie tylko słowa.
Konserwatywna ze swej natury religia nie akceptuje odkryć podważających
zastany porządek rzeczy. Nic dziwnego – nowe zawsze budzi obawy, a dogmaty
wiary widziane w zaskakującym dla współczesnych świetle wiedzy szybko bledną.
W odruchu samoobrony Kościół katolicki palił na stosach naukowców-bluźnierców
(Giordano Bruno), zmuszał do wypierania się poglądów (Galileusz), cenzurował
(Kopernik, Darwin). Ukrywana ad maiorem Dei gloriam prawda wychodziła jednak
zawsze na jaw. Kościół tracił twarz.
Szczególna alergia Kościoła na postęp nauki panowała za Piusa IX (1846–1878).
Powstał wtedy Syllabus, czyli spis zakazanych tez i założeń w filozofii i
nauce dołączony do encykliki Quanta Cura z 1864 r. Później stosunek Kościoła
do nauki złagodniał, czego przejawem było unowocześnienie Papieskiej Akademii
Nauk przez Piusa XI w 1936 r. Po II Soborze Watykańskim Kościół otworzył się
nie tylko na inne religie, lecz także na naukę. Jan Paweł II zrehabilitował
Galileusza, choć trzeba było na to czekać aż 350 lat. Znikły kłopoty z
darwinowską teorią pochodzenia gatunków, z teorią Wielkiego Wybuchu, czyli z
teorią powstania Wszechświata.
polityka.onet.pl/artykul.asp?DB=162&ITEM=1194373&MP=1