szpikulec1
15.10.04, 00:36
Wystarczy zastosowac kilka z ponizszych receptur, a zaczna piskac cala prawde:
O torturach
Tortury były używane w sprawach gardłowych, kiedy winowajca albo przez
inkwizycją nie był doskonale o występek przekonany, albo choć był, ale się
nie chciał przyznać do tego, co mu inkwizycjami dowodzono; którego wyznania
winy podług zwyczaju, w wszelkich sądach praktykowanego, koniecznie po
winowajcy wyciągano i choć go zaprzeczanie inkwizycjom nie uwalniało od
śmierci, jeżeli te były dokładne, przecięż go w takowym razie brano na
tortury, których żaden kryminalista uniknąć nie mógł, chyba kiedy się sam
dobrowolnie przyznał do tego występku, który mu zadawano. Nawet kiedy
przyznał się podczas tortury, a po odbytych mękach zapierał się, znowu go
drugi i trzeci raz męczono. Jeżeli po trzech torturach wytrzymanych wracał
się do zapierania, oglądali się sędziowie na okoliczności dowodów i
inkwizycje świadków; jeżeli te były mocne, winowajcę śmiercią karano, nie
zważając na jego zaprzeczania, zaciętości umysłu i cierpliwości ciała
przypisane. Jeżeli dowody i inkwizycje byty słabe, jeżeli się więzień nie
przyznał na torturach albo, przyznawszy się na jednych i drugich, a na
trzecich zaparł, uwalniano go z wolnym popieraniem kary na stronie, na której
instancją był męczony; jeżeli nie było żadnych dowodów, tylko podobieństwa, a
przy tym więzień na pierwszych, drugich lub trzecich torturach przyznał się i
więcej przyznania swego nie odwołał, był stracony. Jeżeli podobieństwa były
mocne, a winowajca tortury wytrzymał bez przyznania się statecznie, uwalniany
zostawał. Lecz i strona instygująca była wolna od kary za udręczenie
winowajcy z przyczyny mocnych - jako się wyżej rzekło - do prawdy
podobieństw. Najwięcej zaś takowe męczenia ludzi, czasem niewinnych, dlatego
bezkarnie uchodziły, że pospolicie osoby, które brano na tortury, były albo
włóczęgowie, albo poddani panów swoich, którzy ich męczyć dawali, albo z
ostatniego motłochu, za którymi nie miał sit kto ująć; przeciwnie zaś
oddający obwinionych na torturę musieli być ludzie majętni, ponieważ
ekspedycja tortur wiele kosztowała.
Tortury, czyli sposób męczenia ludzi był takowy: w miastach pryncypalnych pod
ratuszem była piwnica do tego używana, w której ścianach w jednej był
osadzony hak żelazny, gruby, z kółkiem takimże wysoko od ziemi na półtrzecia
łokcia; w drugiej ścianie takiż hak z kółkiem od pawimentu, czyli od ziemi,
na łokieć; na środku piwnicy postawiono niski stołek, na nim kat posadził
więźnia, związał mu w tył ręce jednym powrozem, drugim powrozem związał nogi
do kupy, a końce powroza przywiązał mocno do kółka niższego; przez powróz u
rąk przewlókł inny postronek, długi, smagły i dobrze łojem dla lekkiego
pomykania się wysmarowany; ten postronek, przez kółko wyższe pojedynczo
przewleczony, trzymał za koniec - raz i drugi sobie około ręki okręciwszy,
aby się mu w ciągnieniu nie wymknął.
Przyporządziwszy tak więźnia i stanąwszy tuż przy nim na boku, pociągnął
lekko postronka do wyprostowania go tylko podług odległości, jaka była od rąk
winowajcy do kółka, ażeby ani kółko, ani postronek nie wisiały, tylko się
znajdowały w wyciągłości. Na boku przy ścianie naprzeciw więźnia postawiono
stolik i stołki z kałamarzem, piórem i papierem na stoliku, za którym zasiadł
wójt z jednym lub dwiema ławnikami, a na rogu stolika pisarz miejski. Gdy już
wszystko było przygotowane, instygator miejski, stojący przy wójcie, imieniem
delatora przytomnego lub nieprzytomnego (jak mu się podobało) w krótkiej
perorze upraszał owego szlachetnego magistratu, ponieważ więzień dobrowolnie
nie chce się przyznać do ekscesu popełnionego, aby go wskazał na tortury
podług świętej sprawiedliwości. Wójt zatem zaczął się pytać więźnia najprzód:
jakiej jest kondycji, jakiej wiary, gdzie się rodził, czym się bawił od
młodości lat aż do czasu ostatniego swojej kaptywacji, jeżeli już kiedy nie
był o podobny kryminał obwiniony, sądzony lub torturami próbowany? Gdy na te
wszystkie pytania więzień odpowiedział, jak rozumiał, a pisarz wszystkie
pomienione depozycje zapisał, dopiero wójt przystąpił do rzeczy, o którą
chodziło. Mówił łagodnie do więźnia po imieniu: "Podobnoś to ty (lub waszeć)
tę kradzież, tę zbrodnią popełnił, przyznaj się dobrowolnie, nie daj się
męczyć; zapieranie się nic ci nie pomoże; czy się przyznasz, czy się nie
przyznasz, równo się od śmierci nie wybiegasz, bo są na ciebie wielkie
dowody, żeś to ty, a nie inny, zrobił; a przyznawszy się dobrowolnie, nie
będziesz mąk przygotowanych cierpiał; przez wzgląd na dobrowolne twoje
wyznanie winy sąd cię łaskawszą śmiercią skarze; a jeżeliś to uczynił z
ostatniej nędzy (na przykład gdy szło o kradzież) albo z nieostrożności, albo
z pierwszej popędliwości (gdy kogo zabił), albo z głupstwa (gdy szło o
czary), albo z namowy cudzej nauczywszy się tego od drugich starszych
czarowników albo czarownic, przyznaj się, może cię sąd za twoją pokorę życiem
darować."
Gdy więzień na te pierwsze łagodne perswazje nie przyznawał się, zaklinał go
znowu wójt na wszystkie świętości religii, na zbawienie duszy własnej, którą
podaje w niebezpieczeństwo utraty, kiedy grzechu na siebie wyznać nie chce i
przez jedyną zaciętość ciało swoje grzeszne na męki eksponuje. Gdy te egzorty
nic nie wyciągnęły z więźnia, dopiero wójt rzekł do instygatora: "Panie
instygator, mów mistrzowi, niech sobie postąpi według prawa." Instygator
zawołał na kata: "Mistrzu, postąp sobie według prawa"; kat, nim przystąpił do
egzekucji rozkazu, zawołał po trzy razy: "Mości panowie zastolni i
przedstolni (wyrażając tymi terminami urząd siedzący za stołem i instygatora
stojącego przy stole), czy z wolą, czy nie z wolą?" Instygator odpowiedział
mu za każdym razem: "Z wolą." Dopiero kat silnie pociągnął za sznur, czyli
powróz, którego koniec trzymał w ręku, jako się wyżej rzekło; wtenczas ręce
więźnia poczęły się wyłamywać z stawów ramion, podnosić się w górę tyłem
głowy i stanęły z nią w równej wysokości, pozytura zaś więźnia, podając się
wyższą częścią ciała za sznurem, pośladkiem znajdowała się na stołku; nogi
zaś, wyciągnione i do haka przywiązane, wisiały jak na powietrzu. Więzień
przeraźliwym głosem wrzeszczał co z gardła: "Nie winienem! nie znam się do
niczego! nie męczcie mię! Zaklinam was na straszny sąd boski, puśćcie mię", i
tym podobnie; albo jeżeli był miętkiego przyrodzenia, prosił o pofolgowanie i
to otrzymawszy, przyznawał się do tego, o co byt obwiniony, powiadał nawet
inne ekscesa rozmaite w życiu swoim popełniane, gdyż oprócz występku sprawę
czyniącego, nie zaniedbywano nigdy egzaminować go z całego życia. Po takim
wyznaniu już nie był więcej dręczony. Lecz jeżeli się do niczego nie chciał
przyznać albo też inne występki powiadał, a ten, o który chodziło, taił,
trzymany w pozyturze pierwszego traktu, czyli pociągnienia, znowu z
poprzedzającymi magistratu, instygatora i kata rozkazami i pytaniami byt
mocniej pociągniony.
Do drugiego traktu kat przybiera) swego czeladnika hycla; obaj tedy, co mieli
sił, ciągnęli za sznur: więzień wyciągną) się jak strona, ręce wykręciły się
tyłem i stanęły w prostej linii z ciałem nad głową, w piersiach zrobił się
dół głęboki, w który tłoczyła się głowa; cały człowiek wisiał na powietrzu,
nie dotykając już nic stołka. Wszystkie żebra, kości i junktury w nim niemal
widać było, że mógłby je porachować; do tortur albowiem rozbierano
delikwentów do naga obojej płci, same tylko miejsca wstydliwe jakim
chuściskiem obwinąwszy. Więzień tu już dobywał tchu ostatniego siląc się na
wrzask albo też zdawał się go pozbywać wszystkimi otworami natury, wyrzucając
z siebie z kaszlem i grzmotem gęste, wodniste i flegmiste ekshalacje, które
iż zarażały przytomnym nosy i widok przykry sprawowały, przeto ci wszyscy,
którzy takowych tortur dyspozytorami, egzekutorami i spektatorami być musieli