trocki_666
24.04.02, 09:31
Według najnowszych doniesień w duchu poprawności politycznej siły tzw. lewicy usiłują przepchnąć zasadę, że
kobiety muszą stanowić 50% kandydatów na listach wyborczych. Jest to dla mnie przejaw chaosu umysłowego i
całkowitego braku zrozumienia dla zasad demokracji. Jest to też przejaw całkowitej pogardy dla mnie jako
wyborcy - znowu jakieś pindy z SLD i UP wiedzą lepiej kogo piwinienem wybierać, podobnie jak Belka wie lepiej
ode mnie, jak wydać moje pieniądze - precz lewicą.
Zawsze wydawało mi się, że równość płci, ras, itd. polega na tym, że pojęcia te nie stanowią problemu w trakcie
załatwiania spraw publicznych - teraz okazuje się, że np. walka z rasizmem zasadza się na propagowaniu idei
rasowych itd.
Proponuję zmodyfikować pomysł pań z lewicy i wprowadzić prawa, że listach musi być proporcjonalna do stanu
faktycznego liczba kandydatów z grup mniejszości seksualnych, kucharek, pasterzy, żołnierzy, tkaczy i
włóknierzy - proporcje określać można na podstawie danych GUS (jak dobrze, że mamy spis powszechny!!!).
Osobiście jednak zastanawiam się, czy na znak protestu powieniem w najbliższych wyborach skreślić z listy
wszystkie kobiety czy też w ogóle olać całą farsę... i obniżyć frekwencję.
No bo wiecie teraz będzie znów jak za PRL: no wicie, niby to on dobry fachowiec ale nie kobita...