Gość: Friend
IP: *.proxy.aol.com
05.05.02, 14:03
Katecheta - nauczyciel szkolny
W demokratycznym społeczeństwie każdy może ujawniać swój światopogląd i
dążyć do jego upowszechnienia, jeżeli nie ma on charakteru antyspołecznego, co
winny oceniać specjalnie do tego celu powołane instytucje. Katecheta też
człowiek i też wolno mu namawiać innych do swojej wiary. W tym ogólnym sensie
jest więc nauczycielem tak samo, jak rodzice są nauczycielami swoich dzieci, a
starsi uczą zazwyczaj młodszych (choć bywa również odwrotnie).
Istnieje też drugi, dość specyficzny rodzaj nauczycieli, pojmowanych jako
grupa ludzi wytypowana przez określoną organizację dla szerzenia poglądów
odpowiadających interesom owej organizacji. W tej kategorii mieszczą się
wszelkiej maści agitatorzy – specjalnie przeszkoleni i wyposażeni w odpowiednią
wiedzę teoretyczną oraz umiejętność wykorzystania rozmaitych technik
socjotechnicznych i psychomanipulacji. Na ogół agitator głoszący tezy swojej
organizacji sam też jest ich wyznawcą, co kapitalnie zwiększa jego skuteczność.
Tak więc w naszkicowanej tu próbie klasyfikacji szeroko rozumianych nauczycieli
agitator w pewnym sensie należy również do pierwszej kategorii. Zachodzi jednak
podstawowa różnica między człowiekiem głoszącym własne przekonania oraz
agitatorem pracującym dla określonej grupy. Ten drugi, reprezentując swoją
organizację, mocodawców, jest na ogół (choć nie zawsze) świadom, że „przekonać”
niekoniecznie oznacza „wykazać prawdziwość” własnych tez. Zdaje on sobie
sprawę, że inne organizacje twierdzą coś odmiennego, ponieważ reprezentują
interesy nieco innych ludzi. W tej sytuacji zgodnie z zasadą, że cel uświęca
środki, agitator chwyta się sztuki retoryki, nagina fakty do swojej teorii, a
zjawiska nie pasujące do reprezentowanej linii w ogóle pomija, często stosując
metodę kija i marchewki, a więc umiejętnie dawkując nacisk i obietnicę nagrody.
Ponadto rasowy agitator zwykle dysponuje odpowiednio spreparowanymi materiałami
pomocniczymi. Zazwyczaj są to książki, czasopisma, muzyka, programy radiowe i
telewizyjne, film, a ostatnio jeszcze Internet i multimedia. Rzecz w tym, że
bardzo podobne albo równie przekonujące i często formułowane w identyczny
sposób argumenty przedstawiają różne organizacje, więc ich agitatorzy nie mogą
oprzeć się na powszechnej logice i rzeczowej dyskusji o faktach, ponieważ
dostępne fakty nie potwierdzają żadnej z konkurencyjnych tez.
Z tego punktu widzenia każdy katecheta okazuje się przede wszystkim
agitatorem, który nie dysponuje logicznymi i obiektywnymi argumentami, ale
reprezentując interesy swojego Kościoła, musi uciekać się do manipulowania
ludźmi, do których się zwraca. Nie mogąc już w sensowny sposób zakwestionować
faktu, że Ziemia jest okrągła i krąży dookoła Słońca (co katecheci robili
jeszcze sto lat temu, choćby na terenie Galicji), straszą ludzi wiecznym
potępieniem. Za sprzeciw wobec księdza grożą karami duchowymi i oczywiście
piekłem. Za zmianę wyznania skazują, ma się rozumieć, na piekło... I tak dalej.
Mamy więc bat – to zwyczajny, prymitywny strach wpajany dzieciom od maleńkości,
aby były posłuszne urzędnikom kościelnym nawet po dojściu do lat dojrzałych. W
psychologii zwierząt zwie się to imprintingiem – wdrukowaniem, które trudno
potem usunąć, a wpływa ono na zachowanie danego osobnika aż do jego śmierci
(„czym skorupka za młodu nasiąknie...”). Oczywiście, samo piekło, nawet
utrwalone za pomocą imprintingu, nie stanowiłoby jeszcze żadnego argumentu, bo
przecież nikt piekła nie widział. Jednak człowieka charakteryzuje strach przed
śmiercią, co ostatecznie okazało się bardzo skutecznym narzędziem nacisku. Oto
duchowieństwo i katecheci wyciągają zza pleców swoją marchewkę, twierdząc, że
dzięki ich protekcji można po śmierci znaleźć szczęśliwy świat, który... No
właśnie, świat, który jest dostępny tylko posłusznym Kk owieczkom, bo te
krnąbrne trafią oczywiście do piekła. Z wiadomych względów katecheci nie mają
na to żadnych dowodów ani logicznych argumentów, oprócz owego rozbudowanego
aparatu agitacyjnego.
Natomiast nauczyciel, w odróżnieniu od katechety i agitatora, posługuje
się argumentacją logiczną, obiektywną i sprawdzalną. Kiedy matematyk uczy
rozwiązywania równań, każdy może te równania rozwiązać samodzielnie.
Twierdzenie, że w danej reakcji chemicznej powstaje określony związek, jest
sprawdzane przez dziesiątki niezależnych badaczy. Podobnie osiągnięcia medycyny
są pozaświatopoglądowe, a więc obiektywne
– albo dana metoda jest w jakimś procencie skuteczna, albo też nie – nic tu nie
ma do rzeczy wiara lekarza. Nawet historyk, chociaż zwykle podlega naciskom
ideologicznym, może odwoływać się do różnych opracowań i do różnych źródeł, aby
na ich podstawie wypracować koncepcję jak najbliższą rzeczywistości. Takie
myślenie i taką wiedzę przekazują nauczyciele. Tymczasem katecheta za cały
argument ma katechizm, co jednak nie wystarczy, aby uznać go za prawdziwego
nauczyciela – jest on po prostu agitatorem, który usiłuje wmówić uczniom,
jakoby przekazywana przez niego wiedza była czymś wyjątkowym.
Istnieje wreszcie trzecia kategoria ludzi przekazujących wiedzę. Należą do
niej osoby mające odpowiednie wykształcenie wyższe i pedagogiczne zatrudnione
na etacie nauczycielskim, co nakłada na nie określone obowiązki i daje im pewne
uprawnienia. Obowiązkiem jest na przykład nie szkodzić uczniom i rozwijać ich
umysłowość, a prawem – wystawiać oceny, które decydują o promocji ucznia albo o
zdaniu określonych egzaminów. Nauczyciel winien uczestniczyć w radach
pedagogicznych jako osoba odpowiedzialna za postępy swoich uczniów, a o jego
zatrudnieniu bądź zwolnieniu z pracy zawsze decyduje dyrekcja szkoły w
porozumieniu z lokalnym samorządem, ponieważ to samorząd wypłaca nauczycielowi
pensję.
A jak to wygląda w przypadku katechety nauczającego religii? Planowo i
świadomie zaszczepia on w uczniach i utrwala strach (diabeł, grzech, piekło,
wieczne potępienie) szkodliwie oddziałując na psychikę. Poza tym nie przekazuje
realnej wiedzy o świecie, ale zespół niesprawdzalnych wierzeń, czym sprzeciwia
się oświatowej funkcji szkoły. Nie rozwija wreszcie umysłowości uczniów,
promując nie logiczne myślenie, ale raczej zaufanie do narzuconych autorytetów,
co kłóci się z nowoczesną ideą ucznia zdolnego do samodzielnego myślenia.
Formalnie rzecz biorąc, nie spełnia więc kryteriów bycia prawdziwym
nauczycielem. Zbliża się za to do standardów agitatora, politycznego działacza,
przywódcy jakiejś organizacji lub pracownika agencji reklamowej zawsze
upewniającego nas, że „tylko jego towar...” i „tylko tej firmy...” i „jedyny na
świecie...” itd.
Jak widać, nawet tak elementarna analiza pokazuje, że katecheta nie
powinien być uznawany za nauczyciela szkolnego, ale wyłącznie za szerzyciela
wiary. Tym bardziej że na mocy umowy między polskim rządem i episkopatem z roku
1990 katecheci nie byli uznawani do końca za nauczycieli szkolnych. Po raz
pierwszy nauka religii w szkole pojawiła się 1 września 1990 r., i to na
prawach zajęć pozaszkolnych i nadobowiązkowych, które nie muszą być wpisane na
świadectwo. Katechezy odbywały się wtedy w wymiarze jednej godziny tygodniowo.
W istocie więc państwowe szkoły zaledwie udostępniły Kościołowi katolickiemu
swoje sale (zwalniając przy tym salki katechetyczne istniejące przy każdym
kościele). Jednak niedługo później kler zaczął domagać się drugiej godziny
katechezy, a episkopat nie ustawał w staraniach o przerzucenie finansowego
ciężaru utrzymania także duchownych katechetów na barki wszystkich podatników.
Sprzyjało temu przejęcie władzy przez panią Suchocką w roku 1992. Już niecały
rok później parlament ogłosił wotum nieufności wobec premier Suchockiej zwanej
czasem „