płaczliwy Józef

29.12.04, 20:48
Ależ płakał, łzy krokodyle ukradkiem ocierał i głosem zachrypniętym niczym
zwierz dziki w puszczy przez kłusowników złych trafiony kwiczał ten marszałek
nasz Oleksy Józef. Z takim poświęceniem ojczyźnie ludowej zawsze służył i
dla jej dobra donosy pisał i taka niesprawiedliwość dziejowa go spotkała...
Biedny Oleksy. Za ten występ telewidzowie powinni go wynagrodzić, stanąć za
nim jak jeden mąż i okrzyknąć go marszałkiem dożywotnio, żeby tylko przestał
już płakać.
    • douglasmclloyd Re: płaczliwy Józef 29.12.04, 20:58
      wartburg4 napisał:

      > Ależ płakał, łzy krokodyle ukradkiem ocierał i głosem zachrypniętym niczym
      > zwierz dziki w puszczy przez kłusowników złych trafiony kwiczał ten marszałek
      > nasz Oleksy Józef. Z takim poświęceniem ojczyźnie ludowej zawsze służył i
      > dla jej dobra donosy pisał i taka niesprawiedliwość dziejowa go spotkała...
      > Biedny Oleksy. Za ten występ telewidzowie powinni go wynagrodzić, stanąć za
      > nim jak jeden mąż i okrzyknąć go marszałkiem dożywotnio, żeby tylko przestał
      > już płakać.

      Sejm wybierze nowego marszałka i po sprawie. Oleksego niech głowa o to nie boli.
      • wartburg4 logika aparatczyka 30.12.04, 10:32
        Gottesman pisze w Rzepie o wczorajszym expose Józefa:

        "Dla całej opozycji, SdPl i niemałej części SLD jest jasne, że po wyroku sądu
        uznającego go za kłamcę lustracyjnego powinien odejść z funkcji marszałka
        Sejmu. W imię czystości zasad, szacunku dla prawa i dla państwa. Obciążony
        wyrokiem polityk nie może stać na czele Sejmu, który stanowi prawo.

        Oleksy udaje, że tego nie rozumie. Zamiast krótkiej deklaracji o złożeniu
        urzędu długo i nudno opowiada o sukcesach lewicowego rządu, o siedmiuset
        uchwalonych ustawach, o odpowiedzialności, a przede wszystkim o własnej
        krzywdzie i poniżeniu, których - kolejny raz - doznał z rąk ludzi małych."

        Bezczelność Oleksego sięga dalej. Stawia warunki, kręci i utrzymuje, że jeśli
        nie będą spełnione, to nie zrezygnuje z urzędu marszałkowskiego ze względu na
        dobro państwa. Ot logika peerelowskiego aparatczyka. Oleksego porównać można
        chyba tylko do kasiarza przyłapanego przez lokatorów podczas włamania do sejfu,
        który z palnikiem gazowym w ręku przekonuje ich, że powinni być mu wdzięczni.
        Działał przecież w ich interesie. Udalo mu się ubiec innych włamywaczy i w ten
        sposób zabezpieczył ich oszczędności, które zamierzał złożyć w depozycie
        bankowym.

        • witek.bis Re: logika aparatczyka 30.12.04, 15:34
          wartburg4 napisał:
          > [...]Bezczelność Oleksego sięga dalej. Stawia warunki, kręci i utrzymuje, że
          jeśli nie będą spełnione, to nie zrezygnuje z urzędu marszałkowskiego ze
          względu na dobro państwa. [...]

          Oleksy stawia warunki,
          A także laski i trunki.
          Wszystko on gotów postawić
          By wciąż w marszałka się bawić.

    • leszek.sopot meczennik lewicy 30.12.04, 13:26
      Widzialem go przemawiajacego w TV. Na poczatku pomyslalem, ze czlowiek
      zapomnial co mial powiedziec bo mowil o trudach i sukcesach rzadzenia.
      Przestalem go ogladac i sluchac... Po pewnym czasie jednak moja uwage
      przyciagnal ponownie. Mowil juz teraz o sobie i swoim cierpieniu. Staral sie
      wypasc bardzo naturalnie a i to co mowil bylo dobrze napisane. Mogl sprawic na
      telewidzach wrazenie osoby pokrzywdzonej (nie mnie oceniac czy nia jest czy
      nie - to zrobil sad - ustane uzasadnienie sadu przekazane przez PAP brzmi
      bardzo przekonywujaco).
      Nie podobalo mi sie, choc to jakby bylo niezalezne od Oleksego, ze w jednym
      wystapieniu zalatwial swe sprawy prywatne zwiazane ze stwierdzeniem przez sad,
      ze klamal oraz z przypominaniem o swojej "ciezkiej pracy" na rzecz Ojczyzny ze
      sprawami zwiazanymi z pelnieniem urzedu marszalka Sejmu. Pelnienie urzedu to
      sprawa techniczna - do poinformowania o decyzji wystarczylyby dwa zdania, albo
      i jedno: "od 1 stycznia przestaje byc marszalkiem, dziekuje panstwu, do
      widzenia".
      Jednak nie bez powodu uderzyl w swym przemowieniu w tony osobiste, ktore mogly
      miec wplyw na odbiorcow. Ta chrypka i zadyszka wzbudzaja zaufanie, ton
      osobistej krzywdy i pretensji - wzbudza uczucie wspolczucia. Czy to sam Oleksy
      wymyslil, czy tez zaptzyjaznione z partia spece od marketingu? Chyba i jedno i
      drugie. Oleksy bowiem musi ratowac i wizerunek SLD a i o siebie tez pewnie chce
      zadbac. Czuje chyba na swych plecach oddech partyjnych kolegow, ktorzy go na
      niedawnym zjezdzie paartii poparli w wyborach, a ktorych on zapamietale
      zapewnial, ze nie wspolpracowal z wywiadem, a charakter swojej wspolpracy
      dokladnie opisal w oswiadczeniu. Pod tym katem widzenia z wystapienia Oleksego
      moga byc zadowoleni jego wspolpracownicy - powiedzial to co trzeba i powiedzial
      to dobrze. Jesli i nastepna instancja uzna go za klamce lustracyjnego Oleksy
      uzna siebie za meczennika lewicy a wielu z lewicy temu nowemu image
      przyklasnie. To zreszta ladnie brzmi: "meczennik lewicy".
      • Gość: wujek Re: meczennik lewicy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.12.04, 13:35
        Mało złego spotkało Oleksego?
        Prawicowe sukinsyny próbują go zgnoić przy każdej okazji. Pamiętasz kto to był
        Milczanowski? Jakiś kaberetowy sąd, pomijając istotne fakty i dokumenty,
        napiętnowuje go jako "kłamcę". Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje w państwie
        prawa jakim podobno jest III RP.
        • leszek.sopot Re: meczennik lewicy 30.12.04, 13:56
          W sprawie Alganowa Oleksy nie wyparl sie kontaktow z Rosjaninem. Wrecz
          przeciwnie przyznal on, ze sdpotykal sie z nim prywatnie, goscil w domu i
          wyprawial przyjecia. Nie przyznal sie do wspolpracy agenturalnej a dowody
          dostarczone przez Milczanowskiego nie znalazly potwierdzenia. Dla mnie jednak
          uderzajaca byla wowczas ta informacja o spotkaniach przy ogorkach kiszonych,
          kielbasie i zakrapianych wodeczka. Oleksy byl szefem partii w wojewodztwie i z
          racji pelnienia swoich obowiazkow i pozycji nie wyobrazam sobie by chicial
          wspolpracowac jako tajny agent, ale ze wspolpracowal tak po prostu - to dla
          mnie oczywiste. Nie mogl odmowic bratniej partii z osciennego kraju, z ktorym
          jego wojewodztwo sasiadowalo, informacji i wymiany pogladow. Zapewne nawet
          przyjaznil sie z wieloma komunistami zza Buga - chial na pewno z jak najwieksza
          ich liczba bo to swiadczylo by o jego karierze politycznej i umacnialo pozycje
          wewnatrz PZPR. Masz wiec racje twierdzac, ze zarzuty Milczanowskiego byly
          bledne, bo moim zdaniem Oleksy wcale nie tajnie wspolpracowal z Rosjanami.
        • leszek.sopot PS - Biesiady z KGB (1) 30.12.04, 15:12
          dluzszy tekst z mojego archiwum o Oleksym i Alganowie. Czesc 1.

          Biesiady z KGB
          – przy wódce, ogórkach i kiełbaskach?
          („Magazyn Solidarność” Zarządu Regionu Gdańsk, luty 1996, nr 2/364)

          W czasie debaty z dziennikarzami w telewizji Polsat Józef Oleksy przyznał, że
          lubił biesiadować z młodym, inteligentnym i krytycznym do własnych władz
          rosyjskim dyplomatą. Powiedział, że rozmawiali o reformach gospodarczych i
          politycznych oraz o tym, w którą stronę powinny pójść zmiany w Polsce i Związku
          Radzieckim. Jak zwykle rzucił przy tym słowa: - No i cóż z tego...
          O inteligentnych, młodych, krytycznych wobec własnych zwierzchników i
          życzliwych dla swych rozmówców agentach mogliśmy przeczytać w wielu mniej i
          bardziej ambitnych książkach. Metoda na nonkonformistycznego dyplomatę,
          zwolennika postępu była stosowana w różnych sytuacjach. Stosowało ją także
          polskie SB: młodzi, inteligentni oficerowie podczas długich przesłuchań
          potrafili najróżniejsze przykre rzeczy opowiadać o przewodniej sile narodu,
          prowokowali w ten sposób swych rozmówców do jakichkolwiek wyznań i do dyskusji.
          Metoda stara jak świat: dostroić się do myśli i postępowania ofiary, by ją
          skusić i złapać. Przecież gdyby agenci KGB pozowali na zatwardziałych wyznawców
          ideologii swojego mocarstwa, to nic ciekawego nie mogliby usłyszeć. Ich
          interlokutorzy ścigaliby się, aby jak najpoprawniej oddać myśli Wielkiego
          Brata.
          Nie wiemy, jak to się stało, że Oleksy spotkał na swej drodze nie
          zatwardziałego komunistę ze Wschodu, lecz miłego i otwartego człowieka, który
          odważnie zaczął z nim dyskutować na każdy temat. Jak musiał czuć się
          dowartościowany ten sekretarz partii z prowincji. Jak musiał się cieszyć na
          każdą wizytę radzieckiego "dyplomaty". Ciekawe, jak popędzał swoją żonę, by
          przygotowała odpowiednie jedzenie i trunki, a może nakazywał robienie takich
          przygotowań swoim sekretarzom? A może nie czuł się dowartościowany, lecz
          zagrożony i bał się? Bo skąd i dlaczego interesował się nim sowiecki dyplomata,
          dlaczego chciał się zaprzyjaźnić? Czyżby Oleksy się nie domyślał? Może nie. Ale
          chyba nie domyślać się mógł jedynie dureń lub człowiek zakochany w sobie,
          którego zjadała ambicja i który czuł, że znajomość z takim człowiekiem może mu
          pomóc w zrobieniu kariery. Ciekawa jest w tym kontekście wypowiedź Mieczysława
          Rakowskiego dla "Polityki", który oświadczył, że dla niego niedopuszczalne
          byłoby przyjaźnienie się z dyplomatą z radzieckiej ambasady. Można domyśleć się
          dlaczego: bo jak wszyscy Polacy, wiedział, że Moskwa nie po to przysyła do
          Warszawy dyplomatów, by pili wódkę i chadzali na polowania z polskimi
          towarzyszami, lecz po to, by ich obserwować, by kontrolować wszystko, co się w
          Polsce dzieje i co może się wydarzyć. Moskwa chciała z pewnością wiedzieć,
          jakie są nastroje w partii, jak myśli i czuje bezpośrednie zaplecze
          kierownictwa, jakie plotki o sobie polscy towarzysze opowiadają itp. Rosjanie
          mieli dość przygód z Węgrami w 1956 roku i Czechami w 1968 roku, by pozwolić
          sobie na zrezygnowanie z infiltracji wszystkiego, co tylko było możliwe.
          Przeciwnie, z pewnością po przygodzie z „Solidarnością” w Polsce w 1980 roku
          wysilali się, by wiedzieć o nas dosłownie wszystko. Każdy „światły” członek
          partii musiał zdawać sobie z tego sprawę i chyba spotykając się z radzieckim
          dyplomatą drżał ze strachu o swój tyłek i być może dlatego starał się sprawić
          na nim jak najlepsze wrażenie. Nie były to przecież spotkania równego z równym,
          lecz nauczyciela z uczniem. Można przypuszczać, że niekiedy uczeń, by wkraść
          się w łaski mistrza, starał się wypaść jak najlepiej i nie liczył się z
          interesem własnego kraju. Bo i czyż interes kraju był wtedy najważniejszy, czy
          też inna "wszechświatowa" idea, a może po prostu interes własny: obgadanie
          innych członków organizacji, by im zaszkodzić a sobie poprawić, lub też celem
          było zaskarbienie sobie przyjaźni, bo to się może przydać... A im bardziej
          takiemu partyjnemu towarzyszowi z prowincji dokuczało niedowartościowanie i
          marzył o karierze w centrali, im bardziej bał się tego, że może się nie
          spodobać radzieckiemu koledze i ten naskarży na niego w Warszawie, to ze
          spotkania na spotkanie coraz bardziej się przed nim otwierał, nie spotykały go
          bowiem żadne przykrości, lecz wręcz przeciwnie - zdawało mu się, że zdobywa
          coraz większe uznanie radzieckiego dyplomaty.
          Nie dowiemy się nigdy, o czym tak naprawdę rozmawiał Oleksy z Ałganowem podczas
          biesiad. - To było tak dawno - mówi dziś Oleksy. Już wie, że najlepiej
          tłumaczyć się niepamięcią, a poza tym przecież nie znamy świadków tych rozmów
          (czy mówiliby oni dziś prawdę?). Powiedział, że rozmawiali o wielu sprawach -
          przede wszystkim o przemianach gospodarczych. Szkoda, że dziennikarze nie
          zapytali, gdzie i jak urządzane były towarzyskie biesiady. Przecież nie
          odbywały się w rodzinnym gronie. Specjalistą od biesiad, jeszcze w czasach
          gierkowskich, był Maciej Szczepański (szef ówczesnego Radiokomitetu), który
          m.in. zorganizował w Katowicach ustronne miejsce biesiad dla zaufanych
          przyjaciół partyjnych, kelnereczki, które rekrutowały się z najlepszych
          śląskich dziwek, występowały tam bardzo skąpo ubrane i nie odmawiały niczego
          podchmielonym towarzyszom. Dostęp do takich uciech miał jednak tylko bardzo
          wąski krąg wtajemniczonych osób. Może na prowincji tak nie było, a może właśnie
          było, bo przecież chyba jeszcze pamiętamy o tym, że każdy taki wojewódzki kacyk
          traktował swój teren jak własne księstwo i dla znakomitych gości był gotów
          zrobić wszystko.
          • leszek.sopot Re: PS - Biesiady z KGB (2) 30.12.04, 15:13
            Ałganow na konferencji prasowej w Moskwie nazwał Oleksego swoim przyjacielem.
            Ciekawe, czy szpieg, a nawet więcej - szef szpiegów KGB w Polsce, mógł mieć
            przyjaciół. Wiem, że jest to pytanie, które może postawić tylko niewinne
            dziecko, dla którego przyjaźń jest czymś czystym i naturalnym. Agent KGB miał
            przyjaciela w kraju, który miał kontrolować! To przecież oczywiste kłamstwo.
            Znamy z historii, o kim radzieccy towarzysze mówili "przyjaciel": o tych,
            którzy wzorowo spełniali ich rozkazy, sugestie i odgadywali myśli (co prawda
            używali też tego słowa w znaczeniu obiegowym, przecież wszyscy komuniści na
            całym świecie musieli być przyjaciółmi). Zasłużony agent KGB nazwał Oleksego
            przyjacielem. Jak wiele dobrej woli trzeba by mieć, aby uwierzyć w jego słowa i
            wyobrazić sobie, że „biedny” (uczuciowo) dyplomata, tak czuł się samotny i obcy
            w Polsce, że musiał szukać sobie przyjaciół nie w gronie pracowników ambasady,
            lecz wśród Polaków. Ale jeżeli tak, to czy nie obawiał się, że taka przyjaźń
            może mu zaszkodzić? Przecież o Polakach zawsze mówiło się w Moskwie, że to
            naród odwiecznych konspiratorów. Jeżeli nie bał się przyjaźnić z Polakiem, to
            można by zapytać, dlaczego się nie bał. Czyżby wiedział, że do tej jego
            przyjaźni jego zwierzchnicy w Moskwie podchodzą ze zrozumieniem, ponieważ
            otrzymują po każdej "biesiadzie" ciekawe raporty?
            Słowo przyjaciel znaczy w Polsce bardzo dużo. Oleksy powiedział w Polsacie, że
            Rosjanie inaczej traktują to słowo, raczej po polsku bardziej adekwatne byłoby
            powiedzenie dobry znajomy. Niech tak będzie. Zastanówmy się więc, czy
            znajomości są zawierane i podtrzymywane z tymi, których nie lubimy i obawiamy
            się. Z pewnością nie. Podtrzymujemy znajomości z tymi, których charakter,
            poglądy, sposób zachowania nam odpowiadają. Jakże wiele więc musiało łączyć
            parę długoletnich znajomych Oleksego i Ałganowa, którzy spotkali się po raz
            pierwszy w 1981 roku. W roku, w którym decydowało się to, czy sowieci wejdą czy
            nie. Po piętnastu latach słyszymy z Moskwy: mój przyjaciel Oleksy (mamy
            rozumieć: mój dobry znajomy) nie był żadnym agentem ani informatorem, to
            prowokacja polskich służb specjalnych. Nie warto zastanawiać się nad prawdą lub
            nieprawdą tych słów. Można za to zastanowić się, po co KGB urządziło tę
            konferencję, po co Ałganow używał tak dobranych słów (każde z pewnością było
            wyuczone). Czy chcieli pomóc przyjacielowi, czy współpracownikowi, a może
            chcieli "spalić" Oleksego? Pytań można postawić wiele. Jedno jest pewne:
            Rosjanie nie chcą, abyśmy weszli w struktury zachodnioeuropejskie. Największą
            bombą, jaką dziś przeciwko naszym planom mogli użyć, była przyjaźń Oleksego z
            Ałganowem. I nie ważne dziś jest to, o czym podczas biesiad dobrzy znajomi ze
            sobą rozmawiali. Ważne jest, że takie spotkania się odbywały, i że można dziś
            to wykorzystać. Zapewne polskich towarzyszy może dziś nazwać przyjaciółmi wielu
            rosyjskich dyplomatów. I czyż po to, byśmy nie weszli do NATO, nie będą o swych
            przyjaźniach przypominać? Oleksy mógł się czuć zaskoczony reakcją "znajomych" w
            Rosji i nie przypuszczał zapewne także, że polskiemu wywiadowi uda się
            cokolwiek kupić od Rosjan. A może rosyjski agent nie przypadkiem sprzedał to,
            co mieli agenci KGB na polskiego premiera (zapewne nie wszystko i być może
            jeszcze czekają nas nowe niespodzianki?).
            Jak ciężki orzech muszą mieć dziś do zgryzienia niektórzy towarzysze z
            Socjaldemokracji. Czy przyznawać się do znajomości z "dyplomatami" wschodniego
            mocarstwa, utrwalać więzi przyjaźni, czy też wyprzeć się tego i zerwać wszelkie
            znajomości? A jeśli zerwać - myślą sobie - to jaka nas może spotkać kara. A
            jeśli nie zerwać, to czy dawny przyjaciel nie wykorzysta w odpowiedniej dla
            obcego mocarstwa chwili tej znajomości do zrobienia korzystnego dla siebie, a
            nie dla mnie posunięcia? I jest taki towarzysz w sytuacji bez wyjścia. Dlatego
            tym bardziej będą się umacniały partyjne więzi, gdyż obronić się mogą (przed
            opinią publiczną, opozycją) tylko za pośrednictwem swojej jednej, jedynej i
            wymarzonej partii. A takie więzi umacniają się najlepiej podczas partyjnych
            biesiad, podczas których elita ustawia partyjnych kolesi na odpowiednich dla
            nich stołkach – każdemu według zasługi, oddania i lojalności. Dlatego partyjne
            doły (zresztą chyba każdej partii) tak bardzo wierzą swym przywódcom.
            Owocnych biesiad, towarzysze.
        • Gość: jm Re: meczennik lewicy IP: *.77.classcom.pl 02.01.05, 15:16
          Wujku, powinieneś wstydzić się do końca życia każdego słowa, które zawarłeś w
          swoim "ideologicznym"i calkowicie nierozumnym poście.
          • leszek.sopot Re: meczennik lewicy 02.01.05, 23:07
            ale tak swoja droga, to jak czytam komentarze w sprawie Oleksego, to mi sie
            jednak prawie zal tego czlowieka robi - moze "co za durzo to nie zdrowo"? Taka
            zmasowana nagonka na czlowieka, przynajmniej we mnie, wzbudza chec wziecia w
            obrone tego zagonionego do rogu czlowieka. Tylko, ze nie wiem jak go bronic...
            • katarsis Re: meczennik lewicy 02.01.05, 23:44
              Mnie tam go nie szkoda. Każdy spija to, na co zasłużył. Zamiast wzorem swojego
              kolegi Urbana uprawiać kabaretową publicystykę wspierającą głos politycznej
              awangardy - śmiesznemu człowieczkowi umyślało się dokonanie wielkich czynów w
              przyciasnym peerelowskim garniturku. Gdyby ludzie pokroju Oleksego czy Millera
              dysponowali czymś takim jak honor i poczucie odpowiedzialności - ulżyli by temu
              krajowi przez dobrowolne oddanie władzy. Ale pokusa jest zbyt silna i
              wywinięcie orła na sprawie Ałganowa nie zmogło zahartowanego w szeregach AWO
              działacza partyjnego. Tym samym mamy to, co mamy: wyrok niezawisłego sądu
              okrzyknięty farsą i elementem brutalnej walki politycznej, a umorzenie
              postępowania w sprawie kontaktów z agentem obcego wywiadu przez partyjnego
              kolegę - rękojmią uczciwości pożal się boże marszałka.
              Gdzieś nad tym wszystkim słychać jeszcze okrzyki Jakubowskiej, która twierdzi,
              ze postępowanie prowadzone przeciw członkom jej rodziny to nic innego
              jak 'wypinianie piersi przez prokuratorów po ordery do następnej władzy'.
              Towarzyszom jak widać marzy się sytuacja, w którym osławiona
              zasada 'domniemania niewinności' obowiązuje równiejszych bez względu na
              (martwą?)literę prawa i zdanie organów ścigania. Aż dziw, że sądy na tym sie
              nie rozumiom.
              • leszek.sopot Re: meczennik lewicy 03.01.05, 00:09
                Tylko, ze ten biedak nic poza urzedowaniem robic nie potrafi. Mozna podejzewac,
                ze nawet to, ze byl ministrantem wynikalo z tego, ze chcial zaimponowac innym -
                wiadomo ksiadz byl najwiekszym autorytetem w okolicy, a on byl po prawicy
                ksiedza. Jest to czlowiek, ktory chyba poza praca w aparacie zadnej innej nie
                poznal. Przyzwyczajony jest wiec do wygodnego zycia. Cierpliwie drapal sie po
                drabinie partyjnej i ciezko na swoja pozycje zapracowal. A teraz grozi mu
                upadek. Gdyby tak odseparowac to wszystko co sie wiaze z Oleksym i spojrzec
                sobie na niego jak na zwyklego czlowieka i wczuc sie w to co on czuje, to moze
                i mozna odczuc ten jego bol i gorycz: "- przeciez ja nic zlego nie robilem" -
                mowi sobie w duchu. "- Przeciez tak trzeba bylo robic, to historia jest winna,
                ze zycie mialem takie a nie inne, ze musialem dokonywac takich wyborow. Ci,
                ktorzy nie znaja kulis wladzy, a ktorzy zostali moimi sedziami, upraszczaja
                wszystko. Czy oni by chcieli by w Polsce w PZPR byli sami zamordysci?"
                Niestety, zycie jest niesprawiedliwe - mozna by banalem odpowiedziec
                dzisiejszemu socjaldemokracie. Bys ty Jozku nie dla idei zyl, tylko dla kariery:
                (
              • iza.bella.iza Re: meczennik lewicy 03.01.05, 00:21
                Cześć Katarsis!

                Podpisuję się obiema łapami pod Twoim postem i przy okazji serdecznie
                pozdrawiam. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! W ramach życzeń noworocznych
                życzę Tobie i sobie także trwałego zniknięcia Józefa z Oleksy z polskiego życia
                politycznego:)

                Iza

                p.s. A wpadnij Ty czasem do nowej Ciemnicy.
                • katarsis :) 03.01.05, 00:41
                  Cześć Izie, Leszkowi i Wszystkim bywalcom FK :) Życzę roku Dosiego!
                  A gdzie nowa ciemnica? Czytałam, że ograniczenie długości wątków wprowadzono,
                  ale dawno mnie widać nie było - bo nie wiem już jak temu zaradziliście.
                  Z Nowym Rokiem dziarskim krokiem...
                  • iza.bella.iza Re: :) 03.01.05, 01:01
                    katarsis napisała:

                    > Cześć Izie, Leszkowi i Wszystkim bywalcom FK :) Życzę roku Dosiego!
                    > A gdzie nowa ciemnica? Czytałam, że ograniczenie długości wątków wprowadzono,
                    > ale dawno mnie widać nie było - bo nie wiem już jak temu zaradziliście.
                    > Z Nowym Rokiem dziarskim krokiem...
                    >

                    A tu jest nowa Ciemnica:

                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=18417827&a=19070629
                    • lvlarynat Re: :) 03.01.05, 02:55

                      Sorry, nie było mnie tu jakiś czas i sie pogubiłem. Jak to własciwie było?
                      Czy Józef O. donosił do "spółdzielni ucho"? Czy odwrotnie, "spółdzielnia ucho"
                      donosiła do Józefa O.? Czy może, z racji pełnionych funkcji w aparacie
                      partyjnym miał ze "spółdzielnią ucho" sprzężenie zwrotne?
                      A tak a'propos... Czy tylko jedna z powyższych odpowiedzi może być prawdziwa? A
                      może dwie? Lub wszystkie? (Ja bym obstawiał wszystkie).
                      Rozumiem, że Józefa O. zapytano tylko o kawałek pierwszej odpowiedzi: "czy był
                      świadomym TW "spółdzielni ucho"?", a on odpowiedział, że nie, bo mu tak cywilna
                      i mundurowa generalicja z MONu doradziła. I faktycznie - nie był ani "tajny",
                      ani "jawny" tylko "wcielony". Albo "powołany". To AWO był strukturą tajną. Tak
                      tajną, że Józef O., jeszcze wtedy mały Józio, mógł naprawdę nie wiedzieć w co,
                      dokładnie, sie daje zwerbować. Wszystko przez tę jego wrodzona skromność i ten
                      brak śmiałości. No po prostu przez usta mu nie mogło przejść pytanie, co to do
                      ku.. nedzy jest? A potem z pechowego Józia wyrósł Józef O., a Nizieński zaczął
                      go za kretactwa po sądach włóczyć. Nie mógł za wszarz, bo Józio na łbie mało
                      chwytny, to go ciągał za niewinność. Jak dotąd Nizieńskiemu lepiej szło w
                      sądach pierwszej instancji, a Józiowi w drugiej... Teraz znów pierwsza
                      instancja dała wiarę dowodom zebranym przez p. Rzecznika I.P. , ale wyrok nie
                      jest prawomocny i O. zapowiedział kolejne odwołanie, do swej ulubionej drugiej
                      instancji. No chyba dlatego, ze mysli, iz znowu sie wywinie? Czy tak? To nie
                      bardzo rozumiem, czemu się jeszcze teraz na dodatek Józef O. robi ten cały cyrk
                      w okół swojej osoby, mazgai się i marudzi... że jacyś antylewicowi brzydale
                      wywieraja nań presję, aby się nie obcyndalał i ekstracugiem wypierniczał z
                      piastowanego w Sejmie RP urzędu marszałka. Dobrze rozumiem? Chyba żle, bo nic
                      nie rozumiem! Na moje ucho, to on wciska kit, że przeciwnicy polityczni go
                      postponują "za niewinność". I to za niewinność podwójną, bo i faktyczną, i
                      domniemaną (z powodu nieuprawomocnienia się wyroku). Mniejsza o szczegóły,
                      czyli co to był ten AWO, jaką funkcję w nim sprawował Józef O., czy był Klossem
                      szykowanym dopiero na wypadek wojny, czy już "w ramach szkolenia", dla nabrania
                      wprawy, całkiem na serio "rozpracowywał" krajowych i zagranicznych kolegów,
                      pisał na nich raporty (zwane potocznie donosami)i brał za to
                      kapusiowe "złociaki" od prowadzącego oficera...
                      Czemu piszę "mniejsza o to"? Bo dla mnie juz sam fakt, że tamta struktura
                      uznała go za "swojego", a on to akceptował, czyni go dla mnie "obcym" (jak ten
                      ósmy pasażer na statku Nostromo)i dyskwalifikuje całkowicie. Po prostu był
                      jednym z pretorian totalitarnego ustroju, zaufanym i aktywnym członkiem
                      narzuconej przez sowiecki imperializm struktury rządzącej. Reszta to
                      didaskalia. (Mści się OS, gruba kreska i brak dekomunizacji, a przynajmniej
                      takiego zabiegu sanitarnego jak kilkuletnia karencja dla prominentów
                      PZPRowskiej nomenklatury).
                      Ale umiem sobie wyobrazić, że dla kogoś taki Józio wyszkolony na agenta
                      operacyjnego do kraju kapitalistycznego, NATO-skiego, przynależnego do
                      europejskich wspólnot – to teraz w transformujacej się Polsce prawdziwy skarb.
                      Właściwy człowiek na właściwym miejscu! Ktoś do kogo w każdej chwili może
                      przyjść "swój do swojego po swoje" i nie odejść z próżnymi rękami.
                      Całkiem natomiast nie rozumiem Kwacha, czemu się spietrał i wykreślił Józia ze
                      swojej listy protegowanych na stanowisko głównego lokatora Dużego Pałacu?
                      Przecież takie wykwalifikowane szpiony w większych od Polski krajach są
                      wybierane na prezydentów i nikomu, w tzw. „wielkim świecie” to nie wadzi. Widać
                      nasz grajdołek, choć swojski, to i w tej sprawie mały, nietolerancyjny, i
                      prowincjonalny...
                      Osobny problem to: "Czy Józef O. swymi informacjami, które jako partyjny
                      dygnitarz miał z różnych źródeł (partyjnych, państwowoadministracyjnych,
                      państwowo-gospodarczych, dyplomatycznych, ze "spółdzielni ucho" a także z gazet
                      i od kolesiów) dzielił się z bratnim "объединеннием yxo"... Ale to już całkiem
                      inna historia. I nie wiadomo, kim kiedyś był „pierwszy”... A jeśli nawet
                      niektórzy coś tam jeszcze pamiętają o "Olinie", "Minimie" i "Kacie", i przy kim
                      sie kręcił jowialny koleś Ałganow, to co?
Pełna wersja