dixi13
01.06.02, 12:04
Jaki jest nasz kraj? Dlaczego boimy się obcych?
Kto się boi Hasana?
Mieszkańcy Biszczy (Lubelskie) chcą wypędzić z gminy 31-letniego obywatela
Królestwa Jordanii. Dlaczego? Chyba sami nie wiedzą.
- Chciałem rozkołysać polską wieś, wprowadzić powiew wielkiego świata - mówi
Hasan Seleh. Od pięciu lat prowadzi w Biszczy pub Hasanlandia i sklep
spożywczy "non stop open". Ostatnio gmina postanowiła, że Arab musi zawiesić
działalność. - Najlepiej gdyby w ogóle stąd odszedł - mówi sołtys Biszczy,
Czesław Sołtys. - Zastanawiamy się, jak go wypędzić.
Hasan Seleh w swoim pubie: - Przez ludzką zawiść stracimy pracę i mieszkanie
Foto | Sebastian Wolny
Biszcza
Hasan Seleh, 31-letni obywatel Królestwa Jordanii podnosi do góry oczy, składa
dłonie i szepcze: - Boże, chroń Polskę! Jak tak dalej pójdzie, to kraj na psy
zejdzie. Bo kto to słyszał, żeby rodak pod rodakiem dołki kopał? - Mówiąc o
rodakach Hasan ma na myśli tutejszych chłopów.
- Po pięciu latach w Biszczy ja jestem swój, ja jestem Arab na zagrodzie -
Hasan znowu wznosi do góry oczy. Ale po chwili opuszcza je i kieruje na drzwi
do sklepu. Ktoś się dobija po wino i kilo swojskiej kiełbasy. - Hasan, klienty
przyszły! - dobiega zza drzwi.
- Zara ło, zara bedzie! - gromko odkrzykuje Seleh i biegnie za ladę. Nie na
darmo uchodzi za najbardziej przedsiębiorczego mieszkańca wsi. Sklep ma otwarty
nawet w niedziele i święta kościelne. A i lokalu w remizie (pub Hasanlandia)
nie zamyka, dopóki ostatni klient nie wyjdzie. Na knajpach - jak mówi - zna się
jak nikt. W 1989 roku zaczął studia na Politechnice Łódzkiej, ale języka
polskiego uczył się w restauracjach i dyskotekach. Próbował sam prowadzić
gastronomię - założył klub studencki Azyl, planował otwarcie knajpy
żeglarskiej.
- Chciałem rozkołysać wasz bohaterski naród - mówi. - No i za żoną przyjechałem
do Biszczy. Pomyślałem - na początku rozkołyszę polską wieś.
Czesław Sołtys, sołtys Biszczy, jest stanowczy:
- Najlepiej, żeby Seleha w Biszczy nie było. Żeby nie istniał - mówi. - Wszyscy
we wsi myślimy o tym, jak go wykurzyć.
Czesław Sołtys mówi o Hasanie per "niepotrzebny strup na głowie". Dlaczego
niepotrzebny?
Bo chłopów rozpija ("na to wychodzi"), wódkę skażoną z Tomaszowa Lubelskiego
przywozi ("tak mówią"), niewiasty zaczepia ("tak słyszałem"). Na wsi wołają na
niego Ben Laden Babiarzyna.
- Arabowie mają po 12 kobiet - rzuca twardo Sołtys. - To i Seleh chce. Z
upadłego kombinatu Tarnogród sprowadza baby. Biedna ta jego żona Marysia Tryka
z Biszczy III. Tutejsza, a tak się podporządkowała obcemu.
Czesław Sołtys uważa, że Marysia Tryka jest z Arabem nieszczęśliwa - ma
podkrążone oczy i przestała do kościoła chodzić.
A i dzieciaki w obcej wierze wychowuje. Im też na dobre wyjdzie, kiedy Ben
Laden Babiarzyna wyparuje ze wsi.
- Wygnać go stąd, bo mi się nie podoba - dodaje pan Krzysio, bywalec
Hasanlandii. - Swojemu wolę zapłacić za piwo, a nie Żydowi jakiemuś. Poza tym
on jest rasista.
Co znaczy słowo "rasista" pan Krzysio niestety nie wie.
Klub studencki
- Wyparuje ze wsi, to pewne - mówi jeden z radnych Biszczy. - Było głosowanie i
postanowilim, że nie przedłużamy mu dzierżawy sklepu i remizy. Chciał kupić,
ale nie chcielim sprzedać. To siedlisko zła wszelkiego.
Hasan Seleh - w nieskazitelnie białej koszuli, szarych spodniach, idealnie
dobranej kamizelce i lakierkach - staje w progu siedliska zła wszelkiego.
Sanepid był, kazał poprawić wychodek i teraz Seleh razem z kilkoma chłopami
poprawia. Wcześniej zreperował wadliwą instalację elektryczną, podparł walący
się strop. Przydałoby się wymienić podłogi i część więźby dachowej. No i
poprawić dekorację wewnątrz remizy - dzikie chaszcze ze styropianu i płótna
pomalowane w barwy maskujące. Ale na to trzeba być właścicielem, a nie
dzierżawcą lokalu.
- Chciałem, żeby ten pub na wsi był jak klub studencki w mieście - Hasan znika
na chwilę w styropianowych chaszczach. Ponownie pojawia się z broszurką "W
gminie Biszcza". Sprzedaje ją przy piwie, żeby - jak mówi - podnieść świadomość
obywatelską mieszkańców.
- Kiedy tu przyjechałem, chłopy piły Warkę, paliły Extra Mocne i wszystko
pierdoliły - twierdzi. - Dziś mają do wyboru kilka rodzajów piw i marek
papierosów. A frekwencja w wyborach samorządowych skoczyła powyżej 50 procent.
Dzięki mnie.
Co dziś wylał?
Wójt Biszczy, Genowefa Tokarska, przyznaje: - Seleh przedsiębiorczy jest, ale
społeczeństwo zadecydowało, żeby we wsi sklepu i pubu nie prowadził. Osiemnastu
radnych głosowało, czy sprzedać mu dzierżawioną remizę i ani jeden nie był za.
Wójt Tokarska wie również, że miejscowi ślą na Hasana donosy do różnych
instytucji i miejscowej prasy.
- Ludzie się go boją, bo jest obcy - tłumaczy Genowefa Tokarska. Sama pani wójt
Araba się nie boi. Przeciwnie, razem z innymi paniami z urzędu lubią, kiedy
Seleh przychodzi załatwiać sprawy. Wybiegają wtedy na korytarz i sprawdzają,
jakie perfumy dziś Ben Laden Babiarzyna na siebie wylał. Fahrenheita, Hugo
Bossa czy Calvina Kleina. Żaden chłop w Biszczy takich perfum nie używa.
- Ale w obejściu ma bałagan - pani wójt jest obiektywna. - Gminna komisja
porządkowa była kilka razy i kazała mu grzmoty sprzed remizy uprzątnąć. Nie
uprzątnął, to podziałałam na niego pedagogicznie. Powiedziałam, że jak
uprzątnie, to razem z zastępcą wójta przyjdziemy do niego na kawę. No, ale
jakoś tak wyszło, że go nie odwiedziliśmy.
Wójt Tokarska Araba się nie boi, ale nie popiera niektórych jego zachowań. Była
rocznica powstania gminnej straży pożarnej. Wszyscy z żonami przyszli, tylko
Hasan sam. Wójt Tokarska przez parę tygodni nie mogła na niego patrzeć.
Nie o taką Europę...
Hasan z żoną Marysią, pięcioletnim Ramim i siedmioletnią Rimą siedzą przy
stole. Jedzą ryż z kurczakiem i warzywami. Wyglądają na kochającą się rodzinę.
- My tylko chcemy spokojnie żyć. Ludzie gadają, co ślina na język przyniesie -
zapewnia Marysia Tryka-Seleh. Nic nie wie o rzekomych zdradach i flirtach męża,
a co do skażonej wódki, to w pubie sprzedają tylko piwo.
- Przez ludzką zawiść stracimy pracę i mieszkanie - dodaje. - Lada dzień
będziemy musieli się wyprowadzić i zawiesić kłódkę na drzwiach knajpy. Z czego
będziemy żyć? Gdzie pójdziemy? Dzieci przyzwyczaiły się do szkoły, kupiliśmy w
sąsiedztwie działkę. Chcieliśmy się budować. Hasan zaczął się starać o
obywatelstwo.
Seleh się zacietrzewia: zabarykaduje się w Hasanlandii, ale dobrowolnie z
Biszczy nie odejdzie. - Nie tak wyobrażałem sobie wejście polskiej wsi do
Europy - rzuca z goryczą.
W świeżo otwartym gminnym punkcie informacji europejskiej przyjmuje pan ze
srebrnymi zębami. Nazwiska nie poda, bo nie jest upoważniony. - Ja tam nic nie
wiem o Europie - uprzedza. - Jestem od działalności gospodarczej i alkoholi.
Kazali usiąść, to siedzę. I tak nikt tu nie zagląda.