Gość: Oszołom
IP: *.poznan.sdi.tpnet.pl
12.06.02, 12:38
17 kwietnia prasa ogłosiła, że Komisja Europejska w Brukseli całkowicie
podtrzymuje swe propozycje wobec krajów kandydujących do UE, zgłoszone 30
stycznia 2002 r. Nie pomogła dość powszechna krytyka tych propozycji jako
nierównorzędnych i wręcz dyskryminujących Polskę czy Węgry, Czechy, Estonię i
inne kraje kandydujące. Jak konstatuje "Gazeta Wyborcza" z 17 kwietnia w
tekście "Bruksela swoje": "Choć mocno ją krytykowały kraje kandydujące i część
członków Unii, Bruksela nie cofnęła się ani o centymetr".
Przypomnijmy, że nawet tak ustępliwy wobec UE rząd L. Millera otwarcie przyznał
fakt narzucania nam przez Unię nierównoprawnych warunków. W oficjalnym
stanowisku rządu Millera wobec komunikatu UE dotyczącego finansowych aspektów
procesu rozszerzenia UE w obszarze Rolnictwo "stwierdzono, iż w trakcie
negocjacji strona wspólnotowa podkreślała wielokrotnie znaczenie jednolitego
rynku i konieczność jednolitego traktowania podmiotów. Zaprezentowane
stanowisko nie gwarantuje spełnienia tej zasady". Komentujący ten fragment
oświadczenia rządowego publicysta tak prounijnej gazety, jak "Rzeczpospolita",
przyznawał, iż właśnie to jest w tej kwestii najważniejsze. "Polskie rolnictwo
narażone przez 10 lat na nierówną konkurencję rolnictwa UE po prostu jej nie
wytrzyma (...) O ile można się zgodzić na nierówne traktowanie rolnictwa krajów
nowo wstępujących do UE przez pierwsze trzy lata, o tyle nie ma żadnych
podstaw, by rolników z tych krajów trzymać w przedpokojach Unii jeszcze przez
następne siedem lat" ("Rzeczpospolita", 7 marca 2002 r.). Rzecz w tym, że
Polska, wbrew twierdzeniu publicysty "Rzeczpospolitej", nie może zgodzić się na
nierówne traktowanie przez Unię nawet tylko przez pierwsze trzy lata, bo to
wystarczy, by doprowadzić rolnictwo polskie do katastrofalnego stanu.
Przypomnijmy, że z krytyką narzucanych nam dziś ponownie propozycji unijnych
występowała przeważająca część czołowych przedstawicieli polskich sił
politycznych. Obok jakże krytycznych wobec UE przywódców Ligi Polskich Rodzin
można przypomnieć pełne zdecydowanego krytycyzmu wystąpienia przywódców PSL,
PiS, Samoobrony etc. Warto przypomnieć choćby kilka jakże wymownych wypowiedzi.
Prezes PSL, wicepremier Jarosław Kalinowski: "Ja wręcz pytam przedstawicieli
Komisji Europejskiej, jak oni sobie wyobrażają funkcjonowanie na jednolitym
rynku przy nierównych prawach konkurencji". Poseł PSL Bogdan Pęk stwierdził,
iż "w przypadku zbóż przyznany nam limit 29,6 kwintala cofa nas więc do poziomu
wczesnego Gomułki, gdyż średnie zbiory w Polsce wynoszą 40 kwintali (...). W
wielu krajach Unii ten limit ustalono na poziomie 60 kwintali". Poseł Pęk
ostrzegał, że realizacja propozycji unijnych może grozić zniszczeniem całego
polskiego rolnictwa. Z kolei jeden z przywódców PiS Jarosław Kaczyński
stwierdził: "Sprawy dopłat dla rolnictwa, wykup ziemi, pracy, świadczą o tym,
że Unia chce doprowadzić do podziału na lepszych i gorszych".
Dyktowanie przez Unię tak dyskryminujących dla Polski propozycji w sprawie
rolnictwa zaczęło wywoływać protesty nawet w kręgu dotąd jednoznacznie
prounijnych polityków i dziennikarzy.
Nader charakterystyczna pod tym względem była postawa dotąd jednoznacznie
prounijnego polityka PSL posła Jacka Soski, który zapoznawszy się z
propozycjami UE wobec Polski, stwierdził: "Ja czuję, że Robert (Schuman) jak
słyszy o tych 25 procentach dopłat do naszych rolników, to się w grobie
przewraca. Gdzie tu idea równości w UE? I ten Verheugen będzie winny, jak z
integracji będzie klapa!". Nawet tak jaskrawo panegirycznie prounijny,
gromiący "eurosceptyków", dziennik, jak "Życie" uznał, że na przyszłość nic nie
da podtrzymywanie bezkrytycznej tonacji euroentuzjastycznej. I rozpoczął
drukowanie jako podstawy do autentycznej dyskusji - także osób bardzo
krytycznych wobec stanu naszych negocjacji z UE, począwszy od ekonomisty
Ryszarda Bugaja.
Na tle ewolucji polskich postaw wobec UE i równoczesnego upierania się Komisji
Europejskiej przy wszystkich warunkach narzucanego nam dyktatu warto znowu
spojrzeć na konkretne zagrożenia, jakie mogą wynikać dla Polski z ewentualnego
uległego przyjęcia narzucanych nam przez UE warunków. Pisałem już o tym raz
bardzo szeroko w dodatku "Naszego Dziennika": "Polska a Unia Europejska. 21
pytań" z 20 marca 2002 r. Już po publikacji mego tekstu dotarłem jednak do
opracowania eksperckiego, dowodzącego, jak silnie propozycje Komisji
Europejskiej wobec nas oparte są na nierzetelnych, wręcz "propagandowo"
dobieranych argumentach, bez pokrycia w realnych faktach. Tym dowodem, wyraźnie
podważającym twierdzenia Unii Europejskiej, stało się przygotowane w marcu 2002
roku opracowanie ekspertów Sekcji Analiz Ekonomicznych Polityki Rolnej Fundacji
Programów Pomocy dla Rolnictwa (FAPA). Kilkudziesięciostronicowy raport jej
ekspertów nosi tytuł: "Analiza i ocena propozycji Komisji Europejskiej z 30
stycznia 2002 r. dla krajów kandydackich (wersja wstępna)". Analiza ekspertów
FAPA jest prawdziwie alarmująca; wskazuje zarazem na to, jak bardzo
niekorzystne są propozycje UE dla Polski i jak nierzetelny jest unijny sposób
argumentacji stosowany w tej sprawie. W "Gazecie Wyborczej" z 21 marca 2002
przyznano: "Jako swoisty 'gwóźdź do trumny' można potraktować ostrzeżenie FAPA,
że przyjęcie proponowanych nam przez Komisję warunków integracji polskiego
rolnictwa zwiększy import żywności z UE do Polski pogłębiając i tak ujemne
saldo obrotów handlowych".
Alarmujące oceny fachowców z Fundacji Programów Pomocy dla Rolnictwa powinny
być bardzo szeroko nagłośnione i stać się podstawą bardzo szerokiej narodowej
dyskusji na ten temat. Widzimy jednak sytuację wręcz odwrotną: przemilczanie
lub skrajne minimalizowanie analizy i konkluzji zawartych w raporcie FAPA.
Zajmujący się od lat sprawami rolnymi publicysta "Rzeczpospolitej" Edmund Szot
pisał w numerze swej gazety z 7 marca 2002 r., że wykonane przez FAPA prace
studialne "zostały przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi utajnione". Z
kolei jaskrawym przykładem minimalizowania ustaleń raportu FAPA było
podejście "Gazety Wyborczej". Poświęcono tam raportowi FAPA króciuteńkie
omówienie na odległej stronie numeru z 21 marca br.
Na tym tle tym istotniejsze wydaje się przedstawienie Czytelnikom "Naszego
Dziennika" ustaleń raportu FAPA. Z bardzo szerokiej analizy omówię niektóre
szczególnie istotne sprawy.
Krzywdzące limity produkcji
W dodatku "Naszego Dziennika" ("21 pytań") ostrzegałem już - w odpowiedzi na
pytanie 10. - przed skutkami przyjęcia narzucanych przez Unię Europejską nader
krzywdzących dla Polski limitów produkcyjnych w rolnictwie. Pokazywałem na tle
różnorodnych udokumentowanych danych, że rażąco niskie limity produkcji w
poszczególnych dziedzinach rolnictwa grożą skazaniem nas na "bycie wiecznym
importerem" produktów rolnych z krajów UE. Moje obawy w tym względzie zyskały
pełne potwierdzenie w ustaleniach autorów raportu FAPA. Stwierdzają oni
wprost: "Ograniczenia wynikające z zaproponowanych przez Komisję limitów
produkcyjnych byłyby w Polsce znacznie wyższe niż przeciętnie w UE, ponieważ do
ich wyznaczenia przyjęto okres ostatnich kilku lat (kiedy poziom produkcji
rolnej był znacznie niższy), podczas gdy w obecnych krajach członkowskich
okresem bazowym był przełom lat 80. i 90., kiedy w UE występowały znaczne
nadwyżki produktów rolnych". A więc kolejny raz z rzędu widzimy przebiegłość i
dwulicowość urzędników Komisji Europejskiej. Dla ustalania limitów produkcji
dla obecnych krajów członkowskich wybierają czas z najlepszego okresu ich
produkcji, podczas gdy Polsce próbuje się narzucić limit w oparciu o najmniej
korzystny okres z czasu dużego spadku produkcji rolnej. Autorzy raportu FAPA
wskazują również na to, że limity produkcji i wielkości referencyjne będą miały
też silny negatywny wpływ na wartość płatności bezpośred