gargamel.z.rm
30.05.05, 20:29
Liga Polskich Rodzin w ogóle nie powinna istnieć, bo u jej podstaw leży
fałszerstwo. Jest to przedmiotem zainteresowania organów ścigania.
Zacznijmy od genezy powstania LPR. Do grudnia roku 1999 w plątaninie
ugrupowań skupiających narodowców naprawdę liczyły się dwa – Stronnictwo
Narodowe (SN) i Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne (SND). Liderami pierwszej
organizacji byli Maciej (ojciec) i Roman (syn) Giertychowie, drugą kierował
Bogusław Kowalski. 19 grudnia 1999 r. odbyło się coś, co można nazwać
kongresem zjednoczeniowym obu partii. Naprawdę było to jednak wchłonięcie SND
przez SN. Organizacja zachowała też nazwę Stronnictwo Narodowe. Tłem
zjednoczenia była zbliżająca się kampania prezydencka, w której większość
narodowców poparła byłego szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego generała
Tadeusza Wileckiego.W uchwale kongresowej jest zapis, iż SND ulega
rozwiązaniu. Na likwidatora partii wyznaczono Kowalskiego, który miał
dopełnić wszystkich związanych z tym formalności.
Pomysł na kasę
W pierwszych miesiącach roku 2001 w łonie SN powstał konflikt. Niektórzy jego
działacze, z młodym Giertychem na czele, zaczęli się dogadywać co do
wspólnego startu w zbliżających się wyborach parlamentarnych z drobniejszymi
ugrupowaniami. Były wśród nich Ruch Odbudowy Polski ekspremiera Jana
Olszewskiego, Ruch Katolicko-Narodowy Antoniego Macierewicza i inne.
Ostatecznego kształtu przymierze nabrało wiosną 2001 r. przyjmując nazwę Liga
Polskich Rodzin. Konstytucja jednak stanowi, że listy do Sejmu mogą wystawiać
albo partie polityczne, albo ich koalicje, albo wyborcze komitety wyborców.
Komitet wyborców nie mógłby jednak liczyć ani na zwrot kosztów kampanii, ani
tym bardziej na dotacje dla partii z budżetu państwa. Z kolei koalicja
partyjna musiałaby przekroczyć w wyborach próg poparcia społecznego wynoszący
8 proc., na co Giertych w tym czasie nawet nie liczył. Niektórzy narodowcy
wspominają, że wystarczyłoby mu wtedy nawet 3 proc., co uprawnia do
sięgnięcia po państwową kasę.Roman Giertych wybrał więc wariant najprostszy:
start partii politycznej. Obawiał się wszakże, iż najzwyczajniej w świecie
nie zdąży zarejestrować nowej partii. Zastosował więc metodę, którą gracze
giełdowi nazywają „wydmuszką”. Polega ona na przejęciu małej spółki, np.
zajmującej się handlem pietruszką, lecz notowanej na giełdzie, przez firmę,
która produkuje dajmyna to czołgi, a chcąc funkcjonować na parkiecie pragnie
pominąć skomplikowane procedury związane z wejściem na rynek papierów
wartościowych.
www.nie.com.pl/main.php?dzial=akt&id=5697