smalekitten
31.05.05, 08:58
Aleksandra P. (sprzedawca, 61 lat) leżała na sali na wprost pokoju
pielęgniarek. - Drzwi były otwarte i zauważyłam, że przeleciał mi pan
Kaczyński. "Chyba białe myszki widzisz" - na to inne chore. Ale nagle wpadł do
naszego pokoju. Nie powiedział nawet dobry wieczór. "Kogo pan szuka?" -
zapytała jedna z pań. "Nie twój interes" - burknął. Chciał lekarzy. Myśmy z
ciekawości powychodziły na korytarz. Któraś z pielęgniarek powiedziała: "Musi
pan trochę poczekać, bo lekarze są na bloku" [operacyjnym] - relacjonowała.
- Co pan prezydent odpowiedział? - pytał mec. Lipiak. - Nie słyszałam, ale był
niegrzeczny - odparła kobieta. - Krzyk był na cały oddział - jako następny
opowiadał Zbigniew S. (ekonomista, 64 lata) - "Gdzie są lekarze, pozwalniam
was, lekarze, pozwalniam pielęgniarki!".
- Kto krzyczał? - pytał sędzia. - No, nie bardzo wiem, bo ich jest dwóch,
Kaczyńskich - odparł Zbigniew S. Na drugi dzień dowiedział, że na męski
oddział przyjęta został kobieta, a wyrzucili z pokoju pacjenta. - Mówili, że
znajoma prezydenta, ale nie wiem, bo nie odwiedzał jej później. Między
pacjentami była informacja, że ta pielęgniarka została zwolniona - opowiadał,
co było dalej.
- Kto chodził, to z łóżek powstawał, takie były krzyki - dodawał z kolei
Stanisław Z. (50 lat, masarz). Widział rozmowę Marii M. z prezydentem, choć
słowa do niego nie doszły.
- Byłem za daleko. Siostra stała, głowa opuszczona, a pan Kaczyński krzyczał.
Krzyczał!
miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,2738170.html
I jeszcze Rzeczpospolita.
www.rzeczpospolita.pl/dodatki/warszawa_050531/warszawa_a_5.html