Gość: Oszołom z RM
IP: *.poznan.sdi.tpnet.pl
14.08.02, 08:22
już nie błąd polityczny, nie warcholstwo, nie zdrada zwyczajna, to już
nikczemność bez granic, wynaturzenie, wyparcie się najszlachetniejszych
uczuć, jakie Stwórca w serce ludzi włożył". Tak pisał Bernard Kalicki,
dziewiętnastowieczny historyk, o tym zjawisku dotykającym części Polaków,
które nazywano scudzoziemczeniem duszy lub zobczeniem. "Na ogólnej szali
narodu - pisał również - zobczenie jest grzechem, który tę szalę
najniebezpieczniej przeważa. Tak przynajmniej sądzi instynkt narodu, który
zobczałych głębszą spotyka niechęcią, niż bardziej szkodliwych wichrzycieli".
Magdalena Micińska w swojej książce "Zdrada - córka nocy. Pojęcie zdrady
narodowej w świadomości Polaków w latach 1861-1914" określa to zjawisko
zobczenia w sposób następujący: "brak poczucia łączności z własnym narodem,
jego tradycją i przyszłymi losami".
Dlaczego "brak poczucia łączności z własnym narodem, jego tradycją i
przyszłymi losami" określano zawsze w Polsce jako zdradę narodową i to zdradę
największego możliwego kalibru? Odpowiedź na to pytanie jest
prosta. "Wszyscy - pisał B. Kalicki - smutnej, a jak dziś ze zrozumiałą
goryczą zwykliśmy się wyrażać, nieszczęsnej pamięci wichrzyciele, zdrajcy,
wszyscy Zebrzydowscy i Opalińscy byli Polakami złymi, bardzo złymi, ale byli
Polakami. Natury to na wskroś polskie, choć ujemne, i serca polskie, choć
spaczone i krzywe, i w każdym z nich pod piramidą grzechów, a nawet zbrodni
można doszukać się iskierki ducha polskiego. Każdy z nich działał w imię
miłości własnej, dla niej klęski zadawał krajowi; ale po przejściu szału miał
chwile opamiętania, miał chwile kiedy mu wracało poczucie, że to ojczyzna".
W tych zaś, którzy scudzoziemczeli, "tej iskry Polaka nie było całkiem". Kto
zaś nie miał w sobie "iskry Polaka", ten oddawał Polskę obcym, wierząc przy
tym głęboko, że czyni słusznie. Zdrada, grzech były tu jakoś nieodwracalne.
To zobczała, scudzoziemczała szlachta doprowadziła do rozbioru Polski i ten
rozbiór zaakceptowała. Zdrajcy nie poczuwali się wtedy do zdrady. Dla nich
był to, w wyniku ich zobczenia, akt rozsądku, dziejowej konieczności, postępu
itd. Tak pisał o tym Adam Mickiewicz w "Pielgrzymie Polskim": "Kiedy
haniebnemu sejmowi Ponińskiego radzono podpisać akt samobójstwa (...)
zaklinano obywateli aby przestali czuć po obywatelsku. 'Gdzież rozsądek -
wołano - chcieć opierać się woli trzech dworów? Gdzie są środki oparcia się?
Czy jest czas po temu? Czy nie lepiej część poświęcić, aby resztę zachować;
ze skołatanego statku Rzeczypospolitej wyrzucić dla ulżenia mu kilka
województw (...)'. Poczciwi posłowie, szczególnie z głębi prowincyj przybyli,
słuchali z podziwieniem nowych dla Polaka rozumowań; nie umieli, nie chcieli
nawet wdawać się w rozprawy, zatykali uszy na podobne bluźnierstwa; polskim
rozumem, polskim sercem nie mogli pojąć ani uczuć, jak to sejm miałby
Rzeczypospolitą rozdzierać, bliźnich swoich, spółobywateli w niewolę
sprzedawać. Odpowiedziano im, że sejm posiada la souverainete! Przybiegli na
pomoc ludziom rozsądnym dyplomaci, zbrojni w obosieczne słowa aliansów,
gwarancyj, traktatów, kartonów, neutralności, i nareszcie słownik nasz
wyrazem kordon, nad którym niegdyś tak dumali politycy nasi, jak potem nad
interwencją i nieinterwencją. Zgraja głupców i ludzi bezdusznych wstydziła
się przyznać, że tych wyrazów nie rozumie, rada była popisać się z nauką
szermując nimi. Rejtan po raz ostatni przemówił starym językiem, zaklinając
na rany boskie, aby takiej zbrodni nie popełniać. Ludzie rozsądni okrzyknęli
Rejtana głupcem i szalonym".
"Postępowi" zdrajcy i "wsteczni" patrioci
Historia się powtarza. Powtarzają się haniebne Sejmy. Pojawiają się
znowu "ludzie rozsądni" oraz "zgraja głupców i ludzi bezdusznych". Znowu
pojawia się w Polsce scudzoziemczenie. Znowu pojawia się "brak poczucia
łączności z własnym narodem, jego tradycją i przyszłymi losami". Ponownie
ukazuje się "nikczemność bez granic, wynaturzenie, wyparcie się
najszlachetniejszych uczuć". Powtarza się zdrada, zdrada największa. Trzeba
ją obnażać i bez ogródek nazywać po imieniu.
Przeciwnicy przystąpienia Polski do Unii Europejskiej wykazują w
dziesiątkach, wręcz setkach materiałów, że nie jest to dla Polski i Polaków
decyzja słuszna. I dobrze. Trzeba na wszelkie sposoby ukazywać zło. Trzeba
stosować wszystkie możliwe argumenty. Trzeba je powtarzać. Naświetlać zło z
różnych stron, przekonywać, unaoczniać itd. Pamiętajmy jednak wciąż i zawsze
o jednym, najważniejszym, i mówmy o tym głośno. To zdrada, "nikczemność bez
granic, wynaturzenie, wyparcie się najszlachetniejszych uczuć".
To nieważne, ile państw zrezygnowało ze swojej suwerenności, wchodząc do Unii
Europejskiej, ile narodów zgadza się na dalsze ograniczanie swojej
państwowości i podmiotowości, na wynaradawianie. To nieważne, ilu Polaków
akceptuje wejście Polski do Unii Europejskiej. Zdrada pozostaje zdradą.
Media, politycy, niektórzy biskupi, tzw. autorytety mogą sobie mówić, co
chcą. Zdrada pozostaje zdradą. Nawet gdyby wszyscy, dosłownie wszyscy Polacy
zgodzili się dziś na kolejny rozbiór Polski, byłaby to zdrada. Po latach
historycy napisaliby tylko: "Zdradziło całe pokolenie"
1994 r. zaczął się pierwszy rozbiór Polski. W 1997 r. zalegalizowała go i
przypieczętowała Konstytucja zdrady, Konstytucja, w której pojawiły się takie
między innymi artykuły, jak: "Rzeczypospolita Polska może na podstawie umowy
międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej kompetencje organów
władzy państwowej w niektórych sprawach (Art. 9, punkt 2); "Ratyfikacja przez
Rzeczypospolitą Polską umowy międzynarodowej i jej wypowiedzenie wymaga
uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie, jeżeli umowa dotyczy: - integralności
państwa lub zmiany jego granic; - znacznego obciążenia państwa pod względem
finansowym" (Art. 84, punkt 1, podpunkty 1/ i 5/).
Po 1997 r. pierwszy rozbiór Polski zaczął się pogłębiać i rozszerzać. W
pewnym momencie Sejm przyjął, że nie będzie uchwalał praw niezgodnych z
prawem Unii Europejskiej.
Drugi rozbiór Polski będzie miał miejsce, gdy Polska wstąpi do UE. Trzeci
nastąpi w kilka lat później, gdy kompetencje organów Unii wzrosną w takim
stopniu (co już jest zapowiadane), że przejmą całkowicie wszelkie uprawnienia
państw członkowskich.
Rzucają sprawę polską
Zwolennicy bezwarunkowego wepchnięcia Polski do UE stosują tylko
cztery "argumenty":
1. To konieczność.
2. Jeżeli nie Unia, to co? Białoruś?
3. Będziemy w Europie.
4. Po wstąpieniu Polski do Unii wzrośnie dobrobyt w naszym kraju.
Za pierwszym i drugim "argumentem" kryją się te same przesłanki, jakie
przyjmowali zdrajcy sprzed ponad 200 lat, przesłanki kolaborantów i tchórzy
uznających, że nie ma żadnej szansy na przetrwanie Polski w aktualnej
sytuacji politycznej. Jeżeli wcześniej Polacy rozumowaliby podobnie, Polski
dawno by już nie było. Argumentując w ten sposób, Polacy lat trzydziestych XX
w. poddaliby się sami władzy Hitlera i Stalina. W jaki sposób Bóg, świat i
historia oceniliby wtedy Polskę?
Trzeci argument jest śmieszny i żałosny. Nasza europejskość związana jest z
naszą spuścizną kulturową i naszą historią, obecnym naszym kształtem
cywilizacyjnym i kulturowym, a nie z rezygnacją z bytu państwowego na rzecz
wcale nieeuropejskiego w swej istocie tworu zachodnioeuropejskiej lewicy.
Czwarty argument można nazwać judaszowym. Ani Polska, ani Polacy nie są na
sprzedaż. Nawet gdyby wejście Polski do Unii polepszyło materialny byt wielu
Polaków (co raczej należy włożyć między bajki), nie byłaby to godna
propozycja; propozycja, którą może przyjąć człowiek uczciwy, człowiek honoru.
Byli tacy Polacy, którzy w czasie okupacji hitlerowskiej podpisywali
judaszowy papier i zostawali folksdojczami. Ich byt materialny natychmiast
się poprawiał. Czy warto ich naśladować?