freemason
16.10.05, 01:18
... to po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych:
a) zrzekliby się fotela prezydenckiego na rzecz Tuska (dzięki temu wybór
głowy państwa mielibyśmy załatwiony już w pierwszej turze: zaoszczędzone
pieniędze z budżetu możnaby wydać np. na osławione głodne dzieci; poważne
negocjacje o powołaniu rządu zaczęłyby się już 26 września - być może gabinet
Jarosława Kaczyńskiego byłby już gotowy teraz, przez co uniknęlibyśmy całego
galimatiasu z Wehrmachtem, Kurskim i dziwnymi sprawkami (Łuczak) nieznanego
szerszej widowni pana Marcinkiewcza
b) zapowiedzieliby przekazanie fotelu premiera Rokicie w przypadku wygranej
Lecha Kaczyńskiego w wyborach. Powtarzając manewr Kwaśniewskiego z 1993 roku
zaszachowaliby PO, która nie miałaby już pretekstu wycofać się z rządu.
Wzmocniliby również w Platformie bardziej przyjazną PiS-owi frakcję
konserwatywną wokół Rokity i Halla.
W obu przypadkach mielibyśmy zapewnioną równowagę w rządzie, która zazwyczaj
umacnia współpracę i sprzyja lepszemu rozwiązywaniu wzajemnych konfliktów, bo
żadna ze stron nie jest sfrustrowana. Teraz, gdy wygra Kaczyński PO nie ma
się po co pchać do rządu, bo PiS i tak może mieć za niewielką cenę poparcie
sejmowej opozycji socjalnej w głosowaniach, a Platformie nie do twarzy z
rogami, szczególnie gdy jest zdradzana z typkami w rodzaju Leppera albo "daj
mi w buzię" z Wszechpolskiej.
W przypadku zwycięstwa Tuska widoki na harmonijny rząd są lepsze o ile
Kaczyńscy defintywnie skończą z Kurskim i zadeklarują się wreszcie czy
Marcinkiewicz jest na poważnie, czy to tylko zajączek. Mam nadzieję, że PiS
pożegna się z wyborczą kiełbasą i staną się możliwe uzgodnienia co do
podstawowych reform gospodarczych (na obniżenie podatków nie ma już szans).
Smutne, że tego całego bałaganu (dostrzeganego już i wyśmiewanego zagranicą)
możnaby uniknąć gdyby mądrzej ustalano kalendarz wyborczy, a PiS i PO
potrafiły się porozumieć do do podziału stanowisk po wyborach już na wiosnę.
Moze jeszcze nie wszystko stracone.