Gość: Wprost
IP: *.ipt.aol.com
22.09.02, 15:53
Chłopaki bezdomniaki
Bezdomni, czyli giganci, mają w Polsce słodkie życie. Budują kariery i
dorabiają się na nich różni pseudospołecznicy, kler przy ich pomocy bogaci
się bezwstydnie. Nocami polują na nich stada małolatów w dresach, a w dzień
wyłapuje ich policja. W mediach mówi się o bezdomnych wyłącznie zimą, ale
dopiero gdy zamarznie ponad setka gigantów, robi się z tego temat. Osiągają
mistrzostwo w zaradności, bo pomoc społeczna to fikcja.
Poznałem ich przypadkiem. Jechali autostopem na pogrzeb Marka Kotańskiego.
Dwaj bezdomni, Andrzej i Karol, w ciągu kilkugodzinnej podróży opowiedzieli
mi swoje historie. Teraz już wiem, że
bezdomność to w Polsce choroba nieuleczalna.
W schroniskach dla bezdomnych nie ma miejsca dla gigantów, czyli takich jak
Andrzej i Karol. Mieszkają tam rezydenci, którzy mają jakiś dochód: z pracy,
renty albo emerytury. W zamian za dach nad głową odpalają kierownictwu
ośrodka od 50 do 75 proc. dochodów.
W schroniskach i ośrodkach jest ścisła hierarchia. Pozycja człowieka zależy
od liczby kluczy, które posiada. Najważniejszy dyrektor ma klucze do
wszystkiego. Magazynu, bramy, stołówki, samochodu... Najniższy w hierarchii
kierownik pracy ma zazwyczaj tylko jeden klucz – od magazynu z narzędziami.
Wszyscy funkcyjni – od dyrektora po kierowcę – to też bezdomni. Byli
bezdomni, którym się pofarciło, wybili się spośród masy ludzkiego
nieszczęścia i teraz sobie odbijają. W różny sposób. Finansowo, seksualnie
lub po prostu sadystycznie, znęcając się psychicznie i fizycznie nad swoimi
niedawnymi kolegami.
– Nie chcę się tułać po Polsce. – Karol w małych okularkach wygląda na
intelektualistę. – Chciałbym mieć pracę i własny kąt. Jednak ten cały system
mający pomóc mi wyjść z bezdomności robi wszystko, żebym został gigantem na
zawsze. Jestem siedem lat bezdomnym i jeszcze nie widziałem, żeby ktoś
wyszedł z bezdomności.
Ośrodki – zarówno kościelne, jak i świeckie – przypominają obozy pracy. To
świetnie zorganizowane przedsiębiorstwa nastawione na maksymalizację zysku.
Bo
na bezdomnych można
robić niezły interes.
Gdy nie masz dochodu, a jednak przyjmą cię do ośrodka, będziesz musiał
pracować. Centrum Wychodzenia z Bezdomności stosuje taki oto system pomocy
bezdomnym. Pierwsze trzy miesiące harujesz za frajer od 7.30 rano do 18.00.
Po trzech miesiącach możesz szukać sobie roboty na zewnątrz.
– Pracowałem w betoniarni – mówi Karol – sam znalazłem tę pracę. Na początku
miałem płacić za pobyt w ośrodku 220 zł. Jednak po dwóch miesiącach kierownik
ośrodka zażądał 75 proc. mojego wynagrodzenia. Płacisz albo won!
Zdarza się, że jest robota dorywcza. Powiedzmy – rozładunek materiałów
budowlanych. O tym, kto dostanie taką robotę, decyduje najniższy w hierarchii
ośrodka kierownik pracy.
– Jak dostanę od kierownika robotę, to wiem, że muszę się z nim podzielić
kasą. – Andrzej jest bezdomny od 20 lat. – Jeśli dostanę 25 czy 30 zł, to 5
czy 7 zł muszę mu odpalić.
– System pomocy bezdomny to nic innego jak obozy niewolniczej pracy.
– Andrzej zna wszystkie ośrodki w Polsce. – W instytucjach kościelnych
zazwyczaj pracuje się przy budowie kościoła, w świeckich fundacjach czy
stowarzyszeniach jest to po prostu nabijanie kieszeni jakimś lokalnym
kacykom.
Opieka społeczna jest zrejonizowana, więc bezdomni
są jak chłopi pańszczyźniani
przypisani do ziemi.
To znaczy, że gigant nie ma co liczyć na pomoc poza miejscem ostatniego
zameldowania.
– Dzień dobry – Andrzej kłania się nisko przed biurkiem urzędniczki w Pomocy
Społecznej w jednym
z niedużych miast Małopolski. – Czy mogłaby nam pani pomóc? Potrzebujemy
jakiegoś ciepłego posiłku. I chcielibyśmy się wykąpać i ogolić.
– A gdzie pan mieszka? – Jestem bezdomny. – Andrzej już wie, co będzie
dalej. – Ale gdzie pan był ostatnio zameldowany? – 20 lat temu w Wałbrzychu. –
To proszę jechać do Wałbrzycha...
Bezdomni mówią o sobie – wędrowniczki. To określenie bierze się stąd, że
wędrują po całym kraju w poszukiwaniu pracy, jako takich warunków do życia, a
może i czegoś więcej...
Wiele lat życia na ulicy nauczyło ich, że
aby przetrwać, nie można
śmierdzieć i kleić się od brudu.
Najbardziej poszukiwanym przez gigantów przybytkiem jest więc łaźnia. Kraków
ma darmową łaźnię, a ponaddwumilionowa Warszawa nie ma. Gdy nie ma łaźni,
Karol i Andrzej starają się skorzystać z toalet w jakichś instytucjach.
Często jednak są przepędzani. – Dzień dobry, jesteśmy bezdomni, chcielibyśmy
się umyć i ogolić w państwa łazience – tak zazwyczaj zagajają. Najczęściej
słyszą w odpowiedzi, że nie ma takiej możliwości. W ostateczności korzystają
z miejskich fontann albo najbliższej rzeki.
Karol od marca do sierpnia zawędrował znad morza aż na Śląsk. W kilkunastu
ośrodkach pomocy społecznej prosił o buty. Nigdzie ich nie dostał. Dopiero w
Katowicach inny gigant dał mu parę nowiutkich butów. Miał dwie i podzielił
się. Bezinteresownie. Dzielą się też radami, np. taką:
gdy szukasz pracy, nie
mów, że jesteś bezdomnym.
Pracodawcy natychmiast wykorzystują taką informację i proponują niższe
stawki. Robota jest oczywiście
na czarno. I ta w ośrodkach, i ta na zewnątrz. O ubezpieczeniu nawet nie ma
co marzyć.
Normalny człowiek, gdy jest głodny, idzie do sklepu i w ciągu pięciu minut
robi zakupy. Bezdomny nie ma szmalu. Cały dzień poświęca na to, żeby zdobyć
kilkanaście złotych. Każdy ma swoją metodę. Karol zbiera karty telefoniczne.
Andrzej pomaga starszym paniom nosić walizki na dworcu. W swoich zajęciach są
wyspecjalizowani, mimo to ledwo starcza im na codzienną wegetację.
W ośrodkach zatrucia pokarmowe należą do codzienności. Nie ma się co dziwić,
w końcu
podstawą diety jest przeterminowana żywność od darczyńców.
Najczęściej produkty z dużych sklepów. W jednym z ośrodków pod Bydgoszczą
dwóch gigantów nie wytrzymało takiej diety. Kopnęli w kalendarz.
Im chłodniej, tym ważniejszy jest ciepły posiłek. Chociaż szklanka gorącej
kawy czy herbaty. Kawę wożą ze sobą, szklanki też. Często wchodzą do
przypadkowych instytucji i proszą o wrzątek. W knajpach już nie proszą. Nie
stać ich na płacenie złotówki za przegotowaną wodę.
– Caritas Bolesławiec. Prosimy o ciepły posiłek i możliwość wykąpania się. –
Karol opowiada jedną
z setek historii. – Pani mówi, że nie może nam pomóc, ale odsyła nas do
księdza, mówiąc, że to człowiek dusza i on nam na pewno pomoże. No to idziemy
do człowieka duszy. Pukamy do drzwi księdza. Wychodzi, staje na schodkach
plebanii i mówi: proszę mi stąd iść, nic wam się nie należy, ja nie mam dla
was czasu... Człowiek dusza.
W Krakowie wiszą wielkie plakaty podpisane przez Caritas. Zachęcają do
wpłacania na konto organizacji, jednocześnie przestrzegają: nie dawajcie
pieniędzy bezdomnym na ulicy. – W każdym kościele jest puszka z datkami "dla
biednych". – Andrzej nie cierpi kleru. – Czy ktoś widział kiedyś, żeby te
pieniądze trafiły do biednych? Ja przez 20 lat nie spotkałem się z czymś
takim. Coraz częściej księża instalują na plebaniach domofony i kamery.
Parafie to nie są miejsca, gdzie można
szukać pomocy.
– Henryków koło Zduńskiej Woli. Kościół wybudowany w całości rękami
bezdomnych. – Karol ożywia się, gdy mowa jest o czarnych. – Za miskę zupy
praca od świtu do nocy, od poniedziałku do soboty. Tylko w niedzielę wyjście.
Jak w łagrze.
Andrzej i Karol na pierwszy rzut oka wyglądają na turystów. Plecaki,
karimaty, porządnie ubrani, tyko strasznie wychudzeni. Dbają o wygląd, lecz
niedożywienia nie da się ukryć. Nocują w lasach, parkach albo na dworcach. Na
przykład gdy byli w Warszawie, nocowali w lesie koło Rembertowa.