Gość: Paweł
IP: *.bielsko.dialog.net.pl
30.09.02, 21:40
Czym różnią się ludzie kulturalni od hołoty? Tym, że ludzie kulturalni
potrafią się odpowiednio zachować w każdej sytuacji. A hołota nigdy. Ona myli
teatr z knajpą, talerz z korytem, salę sejmową z cyrkiem. I tak dalej.
Albo inaczej - czym różnią się ludzie inteligentni od idiotów? Otóż tym, że
kiedy ludzie inteligentni napotykają kogoś, kto wyraża odmienne poglądy, to
dyskutują. Wytężają swe szare komórki, próbują znaleźć argumenty, próbują
przekonywać do swoich racji. Tymczasem idioci, jako że trudno ich podejrzewać
o nadmiar szarych komórek, nie dyskutują. Oni się obrażają, bardzo często w
imieniu "Narodu Polskiego", i gwiżdżą. Przeważnie na palcach. Choć czasem
posłużą się gwizdkami, uważając to za bardziej kulturalne.
Te, być może dość banalne, refleksje wzbudziła we mnie wizyta w Polsce
komisarza Unii Europejskiej do spraw rolnictwa, Franza Fischlera. Fischler
przyjechał do naszego kraju, by przekonywać Polaków, aby spojrzeli
przychylniejszym okiem na propozycje Komisji Europejskiej dotyczące
rolnictwa. Spośród wielu spotkań, jakie odbył, warto wspomnieć czwartkowe,
podczas którego próbował rozmawiać z posłami i senatorami komisji rolnych i
europejskich naszego parlamentu.
Próbował przekonywać elitę polityczną naszego kraju do stanowiska Komisji
Europejskiej. Próbował wytłumaczyć między innymi to, że po integracji z Unią
polscy rolnicy nie tylko dostaną obiecane dopłaty, ale także będą mieli
zapewnione wyższe niż obecnie ceny za swoje towary oraz łatwiejszy ich zbyt.
Oczywiście nie obyło się bez kolejnego wałkowania sprawy dopłat dla rolników
w pierwszym roku naszej przynależności do Unii. My domagamy się, by te
dopłaty były takie same, jak dla rolników z innych krajów Unii. A Unia
niestety oferuje nam tylko 25 procent tej sumy. Spór o wysokość dopłat ma
swoją długą i dość histeryczną historię. I przyznam, że nie do końca ją
rozumiem.
Jest bowiem tak, że zapraszają nas do elitarnego towarzystwa. Więcej,
większość z nas potrafi sobie wyobrazić, że gdybyśmy z tego zaproszenia nie
skorzystali, skazalibyśmy Polskę na marginalizację. Z lekką tylko przesadą
można by porównać to z sytuacją, w jakiej znalazłaby się Polska, gdyby
Mieszko I nie przyjął chrztu. Tak więc zapraszają nas do elitarnego
towarzystwa i jeszcze chcą nam za to płacić. No, może mniej, niż obiecywali -
tylko 25 procent, ale jednak. A my na to mówimy - wała, albo wszystko, albo
mamy gdzieś to wasze elitarne towarzystwo. Zintegrujemy się z naszym
słowiańskim przyjacielem Aleksandrem Łukaszenką i też będziemy mieli fajnie.
Mam nadzieję, że nasze emocje w kwestii dopłat opadną, podobnie jak opadły
już inne emocje. Nie tak dawno Unia przeprowadziła u nas kontrolę miedzy
innymi higieny w mleczarniach. Jakie wtedy zapanowało oburzenie! To był
nieomal policzek wymierzony naszej dumie narodowej, policzek wymierzony Orłu
Białemu, Janowi Sobieskiemu i Tadeuszowi Kościuszce. A potem emocje opadły,
bowiem zrozumieliśmy, że także u nas produkcja żywności powinna spełniać
podstawowe normy. Emocje opadły i zajęto się negocjacjami. Na przykład o
dopuszczalnych wymiarach łowionego śledzia, czyli o sprawach poważnych i
niebagatelnych.
Ale każda rozmowa o pieniądzach z przedstawicielami naszej elity politycznej
jest niebezpieczna. Bowiem my chcemy, nam się należy. Nie bardzo właściwie
wiadomo dlaczego, ale się należy. O niebezpieczeństwach płynących z
poruszania tego tematu przekonał się też komisarz Franz Fischler podczas
spotkania z naszymi parlamentarzystami. Ledwie skończył mówić, a pani Nowina-
Konopczyna stwierdziła, że Fischler obraził wszystkich Polaków, bo...
miał "kpiącą minę". I zapowiedziała, że posłowie też mają dla swojego gościa
prezent. Na te słowa grupa posłów zaczęła gwizdać. Po prostu wyciągnęła
przygotowane zawczasu gwizdki i zaczęła gwizdać. We wszechogarniającym
gwiździe nasz parlament upodobnił się do podrzędnej knajpy w byłym pegeerze.
Temu skandalicznemu zachowaniu grupy naszych parlamentarzystów - przeważnie z
Ligi Polskich Rodzin i Polskiego Stronnictwa Ludowego - nie powinniśmy się
specjalnie dziwić. Przecież dał im przykład Andrzej Lepper, jak zwyciężać
mają. Cóż, każdy ma takich mistrzów, na jakich zasługuje.
Inna sprawa, że ten plagiat z zachowań Samoobrony może grozić naszemu życiu
parlamentarnemu dość poważnymi konsekwencjami. Wszak poseł Lepper musi być
posłem najradykalniejszym z najradykalniejszych. Bowiem tylko na tym
zbudowana jest jego - przepraszam za wyrażenie - pozycja polityczna. Skoro
więc grupa jego wiernych wyznawców z innych klubów, ten swoisty ponadpartyjny
fan club, wyraża swoje patriotyczne poglądy za pomocą gwizdków, to on - siłą
rzeczy - musi pójść przynajmniej krok dalej. Pozostaje tylko pytanie, jak
wielki będzie to krok. I następne narzucające się pytanie - czym to się
skończy, gdzie nas zaprowadzi ta swoista spirala chamstwa, demagogii i
populizmu. Szczerze mówiąc - strach pomyśleć.
Z uczuciem wielkiego niesmaku obserwowałem na ekranie telewizora twarz
zadowolonej z siebie posłanki Haliny Nowiny-Konopczyny z gwizdkiem w ustach.
Rozradowaną twarz nadymającego do gwizdu policzki posła Bogdana Pęka.
Zadufane twarze pozostałych gwiżdżących posłów i posłanek. Co ja mówię?
Twarze? A może należałoby raczej powiedzieć mordy?
Pomyślałem wtedy też, że niewątpliwie jest jedna rzecz, która łączy mnie z
panią Nowiną-Konopczyną, panem Pękiem i resztą tej szemranej kompanii. Ta
mianowicie, że zarówno oni, jak i ja jesteśmy Polakami. Ten wspólny mianownik
powoduje we mnie pewien dyskomfort psychiczny. A mówiąc prościej, tak żeby i
oni nie mieli trudności ze zrozumieniem moich słów, powoduje we mnie ogromny
wstyd i zażenowanie. Chyba nie ma w tym nic dziwnego. Któż z nas bowiem
miałby ochotę mieć cokolwiek wspólnego z hołotą.
Antoni Pawlak