Gość: Antyklerykal
IP: *.ipt.aol.com
13.10.02, 11:36
Drodzy Bracia i Siostry!
Sześć lat temu odszedłem z tak zwanego polskiego duchowieństwa, czyli z
Waszych, prawie 50-tysięcznych szeregów. Nosiłem sutannę przez cztery lata
seminarium, a następnie trzy lata i dwa miesiące po święceniach. Nie muszę
się w tej chwili z tego kroku (odejścia) tłumaczyć ani wybielać swojej osoby,
bo dla ludzi ze mną związanych i dla mnie samego jest to obojętne. Odczuwam
jednak pewien niedosyt. Wielu z Was osobiście znałem, wielu bardzo ceniłem i
polubiłem. Byliście wszak moją rodziną, moimi przyjaciółmi i
współpracownikami. Nieładnie jest odchodzić z grona bliskich osób bez
pożegnania, bez podania powodów, a ja tak właśnie zrobiłem.
Jeden z katolickich dziennikarzy zapytał mnie, czy chciałbym teraz, po
sześciu latach, porozmawiać ze swoim byłym szefem i pracodawcą (ujął to
bardziej zgrabnie) – arcybiskupem Władysławem Ziółkiem. W pierwszej chwili,
niewiele myśląc, odpowiedziałem: po co? Przecież wszystko, co mam do
powiedzenia, arcybiskup czyta co tydzień przy porannej, piątkowej kawie.
Zresztą, czy on wyraziłby chęć spotkania ze mną? Wątpię. O taką rozmowę – na
temat motywów mojego odejścia – prosiłem, zanim jeszcze wyprowadziłem się z
ostatniej parafii, ale otrzymałem (od siostry sekretarki) termin „za dwa
miesiące”. Później miałem już co innego na głowie.
Okazało się jednak, że dziennikarz rozmawiał niedawno z arcybiskupem i ten
powiedział: tak. Zastanowiło mnie to, a nawet trochę zawstydziło. Aczkolwiek
nie zgodziłem się na spotkanie, bo szef łódzkiej archidiecezji gotów jest
mnie przyjąć u siebie, w pałacu, niczym Glemp Millera. Nie powiem, że cenię
się bardziej niż szef rządu... albo niech będzie – trochę się cenię. Choć mam
również naprawdę wielki szacunek dla mądrości księdza arcybiskupa.
Zaproponowałem więc, przez posłańca, grunt neutralny. Jak dotąd – bez odzewu.
W sumie nie ma się czemu dziwić, no bo czy ktoś widział kiedyś arcybiskupa
siedzącego w kawiarni przy kawie? Zachodzę w głowę, o cóż by mnie mój dawny
szef zapytał, co chciałby wiedzieć. Ponieważ do naszego spotkania może nigdy
nie dojść, postaram się dać Jemu i Wam kilka odpowiedzi na kilka Waszych
hipotetycznych pytań.
Pochodzę – jak Wy wszyscy – z katolickiej, praktykującej rodziny. Byłem
bezkrytyczny wobec księży i Kościoła, bo nikt nigdy nie próbował mnie
oświecić, uświadamiając, jak wiele popełnia on błędów. Poszedłem do
seminarium, uważając, że jako ksiądz przysłużę się Bożej sprawie i spełnię
swoje ambicje. Już tam, w „szkole miłości”, dostrzegłem rozdźwięk pomiędzy
teorią a praktyką. Wam akurat nie muszę wiele wyjaśniać. I nie chodziło wcale
o ludzi, którzy wszędzie są słabi i grzeszni. Chodziło o system. Stopniowo
dostrzegałem, iż nauka Kościoła rozmija się z Pismem Świętym, jedyną
prawdziwą podstawą wiary. Doktryna katolicka ma tyle wspólnego z wolą Bożą
zawartą w Biblii, ile „Iliada” Homera z historią Greków. Myślałem, że jako
ksiądz pozbędę się tych wątpliwości, pracując u podstaw z ludźmi na parafii.
Jakże się pomyliłem! Do przekonań o błędach katolickiej nauki doszły
praktyczne doświadczenia „na niwie Pańskiej”. W kolejnych parafiach, na
rekolekcjach, pielgrzymkach, przeważnie spotykałem księży poborców,
urzędników, budowniczych, ale jakże niewielu świadków wiary! Ze zdumieniem i
niemałym przerażeniem patrzyłem na bezdusznych duszpasterzy – zdeprawowanych
i zgorzkniałych cyników, traktujących swoją parafię jak punkt usługowy. Nie
było tam ewangelii, nie było „przykładów dla stada”... i dla mnie? Co gorsza,
również większość wiernych – przywykłych do „odprawiania mszy”... i własnej
wiary – nie oczekiwała ode mnie niczego innego, jak tylko ładnego odprawiania
właśnie. Moje ideały legły w gruzach, ręce mi opadły. Niech Wam będzie –
byłem zbyt słaby. Za słaby, aby się temu wszystkiemu przeciwstawić, aby być
znakiem sprzeciwu. Zobaczyłem za to siebie samego na pierwszym probostwie –
karykaturę człowieka o dwóch twarzach – wytrawnego aktora przy ołtarzu i
śliniącego się na widok pełnej tacy hipokrytę za drzwiami plebanii.
Powiedziałem: Nie!
Nie muszę się tłumaczyć. Za to teraz, po sześciu latach, mogę to Wam
powiedzieć szczerze i od serca: decyzję o swoim odejściu z tzw. kapłaństwa
błogosławię każdego dnia i codziennie dziękuję za nią Bogu. Dlaczego?
Odpowiedź jest w każdym numerze tygodnika „Fakty i Mity”. Nie musicie się ze
mną zgadzać, ale wiem, że czytacie naszą gazetę. Proszę tylko o jedno –
pomódlcie się o światło Ducha Świętego i poproście Boga o dar oddzielenia
prawdy od kłamstwa, dobra od zła. Po czym – ze szczególną uwagą –
przeczytajcie dwa artykuły: „Korzenie chrześcijaństwa”, w aktualnym numerze
i „Dlaczego nie jestem katolikiem”, za tydzień. To są teksty szczególnie
skierowane do Was. Zaklinam Was, Kochani! Nawróćcie się do prawdziwego
chrześcijaństwa. Służcie Bogu i ludziom w prawdzie, zgodnie z Jego wolą.
Módlcie się i pracujcie dla drugiego człowieka, a nie dla odstępczej
instytucji. Bądźcie humanistami, altruistami, a nie – urzędnikami. Ten
umęczony, biedny i oszukiwany przez kolejne elity i episkopaty naród nie
potrzebuje nowej sieci watykańskich urzędów skarbowych i rzeszy poborców
kościelnych podatków. Wy – Uczniowie Jezusa Chrystusa – jesteście potrzebni
Polakom jak nigdy dotąd!
„Tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre
uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5. 16).
„Paście trzodę Bożą, która jest między wami... nie dla brzydkiego zysku, lecz
z oddaniem, nie jako panujący... lecz jako wzór...” (1 Piotra 5. 2–3).
Jeśli uważacie, że dobrze służycie ludziom jako duchowni tego Kościoła –
zostańcie w nim. Wiem, że bardzo wielu z Was z oddaniem pracuje wśród dzieci,
starszych, chorych i cierpiących. Wielu jest prawdziwymi społecznikami,
świetnymi gospodarzami w parafiach i gminach. Oprócz błędnej doktryny
Kościoła, uczycie ludzi prawdziwej miłości, kultury, poświęcenia dla innych,
przekazujecie potrzebującym pomoc materialną. Tym radzę – pozostańcie w
Kościele, wykorzystując swój autorytet dla dobra tych, którzy Was potrzebują.
Innych namawiam – skoro zrozumieliście już, czym jest Kościół
rzymskokatolicki, i Wasza wrażliwość oraz sumienie nie pozwalają Wam być jego
częścią – nie męczcie się. Miejcie odwagę odejść do normalnego życia, które
Bóg przeznaczył wszystkim ludziom, i wyjść na głębię. Zawsze i wszędzie można
być uczniem Chrystusa.
Wszystkim swoim Braciom i Siostrom, przeze mnie opuszczonym, a nie
zdradzonym, mówię:
NIE LĘKAJCIE SIĘ!
JONASZ