tematyk
13.12.05, 05:50
Rządzące ugrupowanie polityczne zdobyło władzę, głosząc hasła solidaryzmu
społecznego. Równocześnie jednak partyjni liderzy i wyborczy sztabowcy
eksponowali społeczne i polityczne podziały (dwie Polski). Z kolei od Unii
Europejskiej domagali się większej solidarności, przyjmując jednocześnie
postawę egoizmu narodowego...
Solidaryzm nie jest doktryną ani nową, ani polską. Powstał w XIX wieku dla
przeciwstawienia się zarówno socjalistycznemu przekonaniu o nieuchronności
konfliktów klasowych, jak i liberalnemu indywidualizmowi. W przeciwieństwie do
nich głosi możliwość niekonfliktowego i niekonkurencyjnego, harmonijnego
ułożenia społecznej i politycznej wspólnoty, opartej na uznanych przez
wszystkich wartościach. Takie podejście, jako antysocjalistyczne i
antyliberalne, jest bliskie nauce społecznej Kościoła, co bodaj najpełniej
wyraziła encyklika Quadragesimo anno Piusa XI z 1931 r. Głosiła ona program
solidarności organicznej jako właściwej formuły życia społecznego.
Szkopuł jednak w tym, że taka formuła solidaryzmu znalazła wielbicieli i
urzeczywistniona została w autorytarnych reżimach prawicowych i
faszystowskich, powstałych w latach 30. XX w. (niekiedy pod stosowaną
zamiennie nazwą korporacjonizm). Nieantagonistyczny charakter stosunków
panujących w rządzonych przez nich wspólnotach społeczno-politycznych polegał
na zakazie artykułowania interesów i wartości niezgodnych z panującą ideologią
i brutalnym zwalczaniu wszelkich prób wyłamywania się z takiej "jedności
moralno-politycznej".
Współczesna doktryna społeczna Kościoła, pomna tamtych doświadczeń, unika więc
prymatu solidarności, równouprawniając wolność. Solidaryzm jest ujmowany w
parze z personalizmem, bowiem bez uwzględnienia autonomii osoby ludzkiej grozi
mu wyrodzenie się w kolektywizm, ograniczający zakres swobód indywidualnych i
grupowych.
Doktryna solidaryzmu w tej współczesnej postaci odniosła w Polsce triumf w
1980 r. pod hasłem "Nie ma wolności bez "Solidarności"", co wynikało jednak ze
specyfiki sytuacji w komunistycznym systemie. Niekonfliktowy charakter
społecznych stosunków wydawał się możliwy, gdy (prawie) całe społeczeństwo
zmobilizowało się dla solidarnego przeciwstawienia się opresyjnemu i
dysfunkcjonalnemu reżimowi, a więc kiedy niemal wszyscy (poza jego
funkcjonariuszami) znaleźli się w takim samym położeniu, mieli takie same
wobec niego żądania i takie same dążenia. Jak się jednak okazało później, ta
jedność czy więź wspólnotowa była w znacznym stopniu pozorna lub
powierzchowna, wyrażająca się jedynie przez negatywne emocje i postawy,
podczas gdy aspiracje, pragnienia i cele, a także związane z nimi interesy,
znacznie się różniły. Znalazło to wyraz po upadku tamtego systemu.
Można byłoby przyjąć, że mówiąc o "Polsce solidarnej", bracia Kaczyńscy chcą
nawiązać nie tyle do abstrakcyjnej doktryny solidaryzmu, ile właśnie do
doświadczeń tamtej konkretnej "Solidarności", w której się ona
urzeczywistniła. To jednak rażąco kłóci się z włączeniem do owej "Polski
solidarnej" zarówno Samoobrony, jak i LPR, a wykluczeniem Platformy
Obywatelskiej (w kampanii wyborczej przecież przeciwstawianej i zwalczanej
jako reprezentacja "Polski liberalnej"). Jeśli Lepper i Giertych mają więcej
wspólnego z "Solidarnością" niż Tusk i Komorowski, to coś lub ktoś stanął na
głowie.
Gdy natomiast obecnie NSZZ "Solidarność", wspierająca rządzące ugrupowanie,
żąda zapewnienia specjalnych przywilejów emerytalnych dla górników kosztem
innych grup społeczno-zawodowych, jest to również pewna forma solidarności,
zwana przez socjologa Emila Durkheima mechaniczną. Jest ona nie tylko
przeciwstawna solidarności organicznej, lecz odzwierciedla jedynie pewną więź
interesów jakiejś konkretnej grupy. Jest faktem socjologicznym, nie ma zaś (na
co zresztą wskazuje jej nazwa) nic wspólnego z solidarnością w sensie
moralnym, oznaczającą jakąś powinność i zobowiązanie. Tymczasem wspierane
przez NSZZ "Solidarność" ugrupowanie rządowe mówi właśnie stale o rewolucji
czy odnowie moralnej i o solidarności jako powinności, a nie mechanicznej więzi.
Pojawia się kolejny problem. Solidarność w znaczeniu moralnym - a więc jako
moralna powinność - jest przeciwstawna sprawiedliwości, jako zbyt suchej,
formalistycznej i wąsko zakresowej formule regulowania stosunków społecznych.
A przecież rządzące ugrupowanie ma w nazwie właśnie "sprawiedliwość", a nie
"solidarność" (to, skądinąd, wynik skompromitowania tego pojęcia w politycznym
użyciu przez Akcję Wyborczą Solidarność).
Liderzy PiS twierdzili w kampanii wyborczej (i twierdzą nadal), że
reprezentują tę część społeczeństwa, która przeciwstawia się innej jego
części, mającej własne interesy i przedstawicieli w zupełnie innym ugrupowaniu
politycznym. Znaczyłoby to, że istnieją w społeczeństwie rozbieżności, a może
i sprzeczności interesów, co przeczyłoby solidarystycznemu założeniu o
harmonijnej wspólnocie. Podział taki został zresztą faktycznie ukazany w
trakcie oraz w wyniku wyborów. I nic dziwnego, bo partie polityczne są
powołane właśnie do reprezentowania różnych interesów i wartości oraz do
rywalizowania o ich realizację. Doktryna solidaryzmu z lat 30. XX w. właśnie
dlatego była antypartyjna i głosiła potrzebę zastąpienia partii politycznych
korporacjami społeczno-zawodowymi. To jeden z jej antydemokratycznych elementów.
Swojemu przekonaniu nie tylko o istnieniu, ale i niemożliwości wyeliminowania
konfliktu interesów przywódcy PiS dają też stanowczy wyraz w analizie
stosunków wewnątrz Unii Europejskiej. Jarosław Kaczyński głosi wręcz hasło
egoizmu narodowego i uważa za naiwnych wszystkich, którzy napomykają o
możliwej europejskiej wspólnocie, harmonii i zgodzie. Twarda obrona
partykularnych interesów to jeden z głównych punktów polityki europejskiej
realizowanej przez obecny rząd.
Z drugiej jednak strony, w owym partykularnym polskim interesie leży domaganie
się od Unii Europejskiej większej... solidarności. To na nią właśnie mamy się
powoływać, głośno dopominając się subwencji, dopłat, funduszy strukturalnych
itp. Mówiąc inaczej, wobec Unii mamy zajmować postawę zdrowego egoizmu
narodowego, ale ta sama Unia jest zobowiązana okazywać nam solidaryzm.
Poczciwy Kali z powieści Sienkiewicza, choć nie był ani w ćwierci tak
inteligentny jak Jarosław Kaczyński, znał tę formułę sto lat przed nim,
wyrażając ją jedynie w mniej finezyjnej, uproszczonej postaci.
Niezależnie od powikłań w światopoglądzie braci Kaczyńskich, sam solidaryzm
jest doktryną ryzykowną, bo przyjmuje optymistyczne założenie o możliwości
wyeliminowania lub złagodzenia konfliktu interesów i wartości między ludźmi i
grupami społecznymi. Co zatem będzie, jeśli założenie to okaże się pochopne, a
oparte na nim solidarystyczne ideały nieosiągalne? Pomińmy już nawet
niebezpieczeństwo wprowadzania społecznej harmonii siłą; pozostaje jeszcze
groźba przekształcenia się rozbieżności w chaos i wymknięcia się konfliktów
spod kontroli.
Sprzeczności czy konflikty występujące w społeczeństwie niekoniecznie trzeba
eliminować, wystarczy je uregulować i uczynić przedmiotem procedur
mediacyjnych. Między pracodawcą a pracobiorcą, sprzedawcą a nabywcą,
usługodawcą a usługobiorcą, właścicielem a dzierżawcą czy najemcą istnieją
naturalne konflikty interesów, bo jeden chce zapłacić mniej, a drugi zarobić
więcej, jeden zyskać wyższą cenę, a drugi - niższą; wszyscy coś zyskać, a nikt
stracić. Wolny rynek, swoboda zawierania umów, wolność wyboru kontrahenta
pozwalają te sprzeczne dążenia uzgodnić, bez ambicji i nadziei usunięcia ich,
bo to może być niewykonalne. Konflikty i sprzeczności można natomiast
przekształcić w uczciwą konkurencję, twórcze i szlachetne współzawodnictwo,
pozwalające osiągać coraz lepsze rezultaty, przysparzające korzyści wszystkim.
Bracia Kaczyńscy jednak w taką formułę społeczeństwa nie wierzą, nazywając ją
"liberalnym eksperymentem" i odrzucając ze wstrętem. Sprzeczności, konflikty i
ro