forresty
06.02.06, 13:47
Nie wiem czy cały wejdzie ale warto przeczytać ten artykuł z rzepy a
zwłaszcza komentarz o tzw wolności słowa która jak widac wtedy obowiązywała a
dziś już nie - przynajmniej w rzepie
"Rzeczpospolita" 21 czerwca 2001
Odgrzewana esbecka fałszywka
Bezprzykładny atak na papieża
Komentarz: O jeden artykuł za daleko...
Antyklerykalny tygodnik "Fakty i Mity" (nr 36) w tekście "Och, Karol!",
posługując się esbecką fałszywką, twierdzi, że Karol Wojtyła miał romans z
jedną z krakowianek. Autorem artykułu jest prawdopodobnie Grzegorz Piotrowski,
morderca księdza Jerzego Popiełuszki.
Z tygodnikiem, w którym ukazał się materia, współpracuje m.in wiceminister
finansów i podkarpacki baron SLD Wiesław Ciesielski.
Jak zaszkodzić Wojtyle
- To dalszy ciąg esbeckiej prowokacji przygotowywanej w 1983 roku - ocenia
Marek Lasota z krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.
- Przez całe lata obiektem zainteresowania SB był kardynał Karol Wojtyła i
środowisko "Tygodnika Powszechnego". Podsłuch założono w mieszkaniu asystenta
kościelnego "Tygodnika", księdza Andrzeja Bardeckiego, a w 1983 roku
przygotowywano akcję pod kryptonimem "Triangolo", mającą na celu
skompromitowanie papieża. Szykowano sfałszowane materiały o jego rzekomych
związkach z Ireną K. - opowiada Lasota. Według jego wiedzy SB bezskutecznie
próbowała zwerbować tę kobietę jeszcze w latach sześćdziesiątych.
Irena K. pracowała jako sekretarka w "Tygodniku Powszechnym". - Jej pasją było
nagrywanie i spisywanie kazań oraz przemówień Karola Wojtyły. Była jedną z
niewielu osób dysponujących wówczas dyktafonem. Jeździła wszędzie za
kardynałem Wojtyłą. Dzięki jej hobby zachowało się i mogło być wydanych kilka
tomów tekstów przyszłego papieża - mówi Krzysztof Kozłowski, zastępca
redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego". Redaktor Kozłowski pamięta, że
kardynał Wojtyła udzielał pomocy Irenie K., która po rozwodzie samotnie
wychowywała syna. - Nie było w tym nic dziwnego. Kardynał Wojtyła opiekował
się w Krakowie wielu zaprzyjaźnionymi rodzinami - podkreśla Krzysztof Kozłowski.
SB postanowiła wykorzystać kontakty Ireny K. ( już nieżyjącej) z metropolitą
krakowskim, szykując wymierzoną w niego prowokację.
Nieudana misja Piotrowskiego
- Do Krakowa specjalnie przyjechał, aby koordynować tę akcję, kapitan Grzegorz
Piotrowski - informuje Marek Lasota. Na różne sposoby próbowano wydobyć od
Ireny K. kompromitujące wypowiedzi. Częstym gościem był u niej Konrad S.,
krakowski dziennikarz i literat znany w środowisku ze współpracy ze służbami
specjalnymi. Próbował sprowokować ją do wyznań, upijać. - Wiem z wywiadu
rzeki, który z kapitanem Piotrowskim, skazanym już za zabójstwo księdza
Jerzego Popiełuszki, przeprowadził po latach mój brat [Tadeusz
Fredro-Boniecki], że SB nie udało się nagrać nic kompromitującego - twierdzi
ksiądz Adam Boniecki, redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego".
Esbecy posłużyli się więc inną metodą, taką samą jak w przypadku księdza
Popiełuszki - podrzucono kompromitujące materiały. Jak wynika z akt
znajdujących się w archiwum IPN, do mieszkania księdza Bardeckiego przyszły
dwie funkcjonariuszki SB, Barbara Borowiec i Barbara Szydłowska. Podały, że są
z organizacji charytatywnej i przyniosły paczkę żywnościową. - Jedna
zagadywała gospodynię księdza Bardeckiego, druga podrzuciła sfałszowany
pamiętnik Ireny K. Fałszywkę tę miała następnie "odnaleźć" SB podczas rewizji
w mieszkaniu księdza Bardeckiego - wyjaśnia Marek Lasota. Nie doszło do
realizacji tych planów, bo Grzegorz Piotrowski po mocno zakrapianej kolacji
rozbił samochód na latarni na ówczesnej ulicy Koniewa w Krakowie.
D jak dezintegracja
Według danych IPN prowokacjami przeciwko Kościołowi i duchownym zajmowała się
powołana w 1973 roku w IV Departamencie MSW grupa operacyjna do zadań
specjalnych D, dezintegracyjnych. Marek Lasota ujawnia też, że inicjatorem i
pierwszym szefem grupy był Konrad Straszewski. Następnie grupie przewodzili
Tadeusz Grunwald, Zenon Płatek, Grzegorz Piotrowski i, do roku 1989, Robert
Szczepański.
Grupa D miała za cel m.in. pogłębianie tendencji odśrodkowych w Kościele,
osłabianie autorytetu hierarchów, preparowanie listów i zbieranie danych
kompromitujących duchownych.
Był księdzem, jest wydawcą
Redaktorem naczelnym "Faktów i Mitów" jest trzydziestopięcioletni Roman
Kotliński, były ksiądz. Kiedy przed dwoma laty "Fakty i Mity" pojawiły się na
rynku, na przepustce z więzienia promował je Grzegorz Piotrowski, zabójca
księdza Jerzego Popiełuszki. W pierwszych numerach opublikował swoją wersję
śmierci księdza Jerzego, od tego czasu bywa w łódzkiej siedzibie redakcji i
pełni w niej funkcję eksperta.
- Nie pracuje u nas - Roman Kotliński ucina rozmowę na temat Piotrowskiego.
Równocześnie nie chce ujawnić, kto jest autorem artykułu "Och, Karol!",
kryjącym się pod pseudonimem Sławomir Janisz.
- Czy to Grzegorz Piotrowski?
- Nie odpowiem na to pytanie ani twierdząco, ani przecząco - mówi
"Rzeczpospolitej".
Roman Kotliński przeszedł na drugą stronę ołtarza w 1996 roku, po trzech
latach kapłaństwa. W połowie 1997 roku wydał pod pseudonimem Jonasz własnym
sumptem zapiski "Byłem księdzem. Prawdziwe oblicze Kościoła katolickiego w
Polsce". Zapewnia, że jest to jego pamiętnik z okresu kapłaństwa. Książka
trafiła na listy bestsellerów. Autor zarobił duże pieniądze. Rychło założył
Stowarzyszenie Odnowy Kościoła Rzymskokatolickiego na rzecz Osób
Poszkodowanych przez Duchownych i wtedy zaczął wydawać antyklerykalny tygodnik
"Fakty i Mity". Zapisał się też do Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Odszedł z
partii po trzech latach. Pół roku temu.
Pod koniec sierpnia Kotliński zarejestrował Antyklerykalną Partię Postępu
"Racja", a niedawno - na potrzeby wyborów samorządowych - komitet wyborczy
Antyklerykalna Polska.
Nie kryje, że partię polityczną, która wyrosła z tygodnika, założył po to, aby
mieć większy wpływ na rzeczywistość, wprowadzić swoich przedstawicieli do
samorządów i parlamentu. Tygodnik przestał mu już wystarczać, bo "gazeta może
tylko zaciekawić, a nie pobudzić do działania".
Kotliński mówi, że zatrudnia na etatach trzech byłych duchownych. Wśród
autorów jednego z ostatnich numerów był Jerzy Sławomir Mac, niegdyś
dziennikarz "Wprost". Na łamach publikowali dziennikarze "Nie", krótko w
"Faktach i Mitach" pracowała Agnieszka Wołk-Łaniewska, obecnie zastępca
Jerzego Urbana. Współpracownikiem tygodnika jest wiceminister finansów i
podkarpacki baron SLD Wiesław Ciesielski. Zamieszcza tam teksty, które
podpisuje swoim nazwiskiem, podając pełnioną w rządzie funkcję.
Jerzy Sadecki, Błażej Torański
Komentarz
O jeden artykuł za daleko...
Wolność prasy ma swoją cenę - są nią pisma brukowe, które wykorzystują
gwarantowaną konstytucyjnie swobodę. Wolność powinna jednak mieć swoje
granice, zakreślające obszary, na które metody brukowego dziennikarstwa nie
powinny mieć wstępu. W Polsce zalicza się do nich bez wątpienia osoba Jana
Pawła II. Tę granicę przekroczył najpierw Jerzy Urban, publikując swoje obelgi
pod adresem przybywającego do Polski papieża. Bratni dla redaktora "Nie"
tygodnik "Fakty i mity" posunął się znacznie dalej, drukując - z pomocą
mordercy księdza Popiełuszki i na podstawie materiałów spreparowanych przez SB
- ohydny paszkwil, zawierający już nie tylko głupawe czy chamskie opinie, ale
po prostu kłamstwa.
Tego procederu nie można lekceważyć - trzeba mu położyć kres. To, co robią
"Fakty i mity", to nie jest tylko naruszenie zasad uczciwego dziennikarstwa
czy zwykłej ludzkiej przyzwoitości. To przestępstwo. Oczekujemy, że sprawą
zajmie się z urzędu prokuratura - nie bacząc na to, że do sympatyków pisma
zalicza się jeden z SLD-owskich wiceministrów.
Jan Skórzyński