lola.ferrari
28.02.06, 09:09
W swoim blogu Sylwester Latkowski pisze o perypetiach jakie ma w związku z
próbą zatrzymania jego programu o King&King. Pojawia się wątek dziennikarza,
nie pada nazwisko więc nie wiadomo czy to ten sam dziennikarz, który
sprowadził Kingów do Gazety Polskiej choć są pewne wskazówki, że tak.
Fragmenty:
"W tle się pojawia dziennikarz… Rozmawiamy o nim. Pytam Ryszarda Żmude: To
nie jest dziwne, że dziennikarz lobbuje w takiej sprawach… Ten odpowiada: Ja
panu powiem… zasada w życiu jest taka, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to
chodzi o pieniądze (...) Potem znowu rozmowa, o tym dziennikarzu:
- Tak, dał mu mój telefon… - Żmuda potwierdza i dodaje: On zna wielu ludzi
interesu… Padają znane nazwiska. Reaguję na trywializację. Pytam:
- Dziennikarz staje się akwizytatorem i to jest normalne?
-Proszę Pana, ja przychodzę i pytam czy Pan wiem, kto mi może napisać dobry
artykuł…. I Pan mi mówi, no wie Pan… może pan Pipczyński…
- I to jest takie normalne, że można pójść do dziennikarza, by
napisał „dobry: artykuł?
- No oczywiście, a kogo mam zapytać? Księdza?
- To jest nieetyczne… jeśli chodzi o zasady dziennikarskie…
- Niech pan głupot nie opowiada. Ja szukam rzemieślnika, który by wykonał
dobrze zleconą prace. Pan rozumie… I nie uwierzę, że żaden dziennikarz nie
zrobił sponsorowanego tekstu… (Śmiech)
- To jest taka norma? – pytam.
- No, oczywiście, proszę Pana, Każdy dziennikarz popełnił to w ten i inny
sposób. Ja wiem, że są dziennikarze.
- Są tacy, którzy tego nie robią.
- Ale ja nie wierze i już – podtrzymuje swoje stanowisko Ryszard Żmuda,
człowiek, który pragnie władać gazetą w Polsce. (...)
To tylko wyrywane fragmenty rozmowy obrazujące specyficzne podejście do
dziennikarstwa, mediów, patriotyzmu jednego z ludzi King&King. Żmuda ujawnia
też kilka innych rzeczy, które może niedługo będzie warto upublicznić.
Wymiana sms-ów z owym dziennikarzem pokazuje tylko, że rację mieli ci, którzy
uprzedzali, że wkładam kij w mrowisko. Może już przy kolejnej próbie nacisku
na mnie, bym się wycofał z tematu, powinienem zareagować publicznie? I
opowiedzieć o szantażu, że ukaże się artykuł, w którym podważy się
wiarygodność moich programów, filmów, bo moim współpracownikiem jest niby
oficer służb (teczkę osobiście widział mój rozmówca). Czyli jestem
manipulowany. Niestety nie pokazano mi dowodów. Cel rozmowy miał być prosty –
nie ruszaj tego dziennikarza i innych, no, chyba, że z konkurencji."
Włos się jeży na głowie jak się czyta takie rzeczy. Zwłaszcza w zestawieniu
ze świetnym samopoczuciem środowiska dziennikarskiego, które uważa się za
święte, nietykalne i nie ma sobie nic do zarzucenia.