Koniec świata Redaktora

19.05.06, 22:58

"Pękają przyjaźnie, szwankuje zdrowie, maleją wpływy i zrozumienie. Adam
Michnik, bardziej samotny niż kiedykolwiek, zamyka kolejny etap swojego
barwnego życia. Dokąd zmierza............"

www.niniwa2.cba.pl/koniec_swiata_redaktora.htm
    • henryk.log O końcu świata eric_theodore_cartman napisał: 19.05.06, 23:02
      ...
      Wojna z Niemcami zbliżała się do końca, ale spokój nie zagościł jeszcze na długo
      w Hadeńkowcach, mimo, że minął rok od przegonienia Niemców przez Armię Czerwoną.
      Bojówkarze ukraińscy skutecznie terroryzowali zarówno resztki polskiej ludności,
      swoich ukraińskich rodaków, jak i nowe władze radzieckie. Dziadek, który był w
      polskiej armii Berlinga (II Armia Wojska Polskiego) właściwie nie miał po co
      wracać do domu - on był trochę bardziej Polakiem, niż babcia, dlatego mógłby być
      natychmiast zabity po powrocie.

      Ukraińcy, którzy nie uciekli do band UPA byli wcielani do Armii Czerwonej, nie
      mieli nawet prawa wyboru, czy wolą armię polską, czy nie. Uchylanie się od
      wojska było karane śmiercią i spaleniem domu. A cała wioska była drewniana i
      kryta w większości strzechami, nieliczne domy miały dach blaszany. Niektórzy
      byli wcielanie do "striełków", czyli takiego niby-wojska do pilnowania magazynów
      i ci mieli największą szansę na zastrzelenie przez albo UPA, albo władze. Każdy
      podejrzewał ich o współpracę z przeciwnikiem, bez względu na to, czy służyli
      tylko jednej, czy wszystkim stronom jednocześnie. I tak nie mieli wyboru.

      Władze radzieckie skolektywizowały formalnie Ukraińców, nie zostawiając im
      żadnej możliwości dyskusji. Miejscowi Polacy, a właściwie żony Polaków, którzy
      byli w wojsku Berlinga, bo innych już prawie nie było, wykręcały się, że mąż
      walczy na wojnie, a one same nie mogą decydować o przystąpieniu z całą rodziną
      do kołhozu. Władze nie naciskały, pewnie wiedząc, że będą organizowane
      przesiedlenia ludności polskiej na zachód.

      Wojna się skończyła, dziadek po jakimś czasie został zdemobilizowany i miał
      możliwość zajęcia jakiegoś gospodarstwa na ziemiach odebranych Niemcom, jako
      osadnik wojskowy. Znalazł prawie pustą wioskę w lesie, niedaleko ujścia Warty do
      Odry i stwierdził, że może przez jakiś czas tam będzie można spokojnie
      przeczekać zamieszanie w domu. To Ownice.

      Właściwie wtedy już było pewne, że tam, w Hadeńkowcach Polski nie będzie, ale
      przecież tam był dom i rodzina, i wszystko. To przecież nie pierwszy raz w
      historii tej ziemi, że granice państw wędrowały, ale ludzie zawsze zostawali
      albo wracali, jeśli musieli uciekać. Zawsze trzeba posprzątać bałagan zostawiony
      po wojnie i ktoś to musi zrobić. Jednak czasy się zmieniały i nie było powrotów,
      ale wtedy jeszcze nie wszyscy o tym wiedzieli - ani Niemcy z małej wioski w
      lesie, ani Polacy z większej wioski w Zachodniej Ukrainie.

      Coraz więcej Polaków z Ukrainy zgłaszało się do punktów przesiedleńczych, babcia
      też. Władze radzieckie już dogadały się z władzami polskimi o przesiedleniu na
      zachód "obywateli polskich narodowości polskiej" z terenów Litwy, Białorusi i
      Ukrainy wcielonych do Związku Radzieckiego. Nazwano to repatriacją, mimo, że
      przecież ci ludzie wyjeżdżali ze swoich domów, a nie do nich wracali. Polityka.

      Lokalni bojówkarze ukraińscy chcieli zachować swoich wrogów dla siebie: starali
      się zastraszyć polskie rodziny wybierające się na zachód, że zostaną
      wymordowani, zanim dotrą na kolej. A to nie były żarty: wtedy w dzień rządziły
      władze radzieckie, ale w nocy coraz bardziej zdesperowani bojówkarze.

      Dlatego przygotowania do wyjazdu starano się ukryć przed wszystkimi. Powoli
      załatwiano formalności w mieście, sprzedawano niektóre rzeczy, przygotowywano
      zapasy na drogę, wybierano zwierzęta, które miały być zabrane: krowa, kilka kur
      i kurczaków, ściśle zabronione prosiaki. Przygotowano także zapas twardej waluty
      na drogę: suszony tytoń i samogon. Wyjechać miała moja babcia z dwójką dzieci, a
      jej mama miała zostać w domu. No, bo ktoś musiał dbać o gospodarstwo, zamim się
      nie uspokoi i będzie można wrócić.

      I pewnego dnia wszystko znalazło się w towarowym wagonie kolejowym, a ściśle
      zabronione prosiaki zostały podane przez siostrę dziadka przez dziurę w podłodze
      wagonu. I tak zaczęła się podróż, trwająca dwa tygodnie do innego świata.

      Co było dalej?

      Co ja będę wypisywać, lepiej sobie obejrzeć film - cudo "Sami swoi". Kto
      widział, ten wie, kto nie widział, ten niech szybko sobie obejrzy. To wszystko
      to święta prawda. I spotkania typu "- Wróg? No, to co, że wróg! Ale to swój
      wróg", i dziki koń z UNRY, i cenne zwierzę - kot, i myśl, że my tu tylko na
      chwilę, wiele innych rzeczy. Może niektóre szczegóły w mojej rodzinie były nieco
      inne niż w filmie, ale to wszystko prawda.

      Pociąg jechał przez Śląsk, gdzie tamtejsza ludność witała przesiedleńców
      radosnymi okrzykami typu "jedzie czerwone bydło". Chyba mieli już wtedy jakieś
      kłopoty z przybyszami, powojennymi zdobywcami "Dzikiego Zachodu", czy tępymi
      urzędnikami, którzy nie rozumieli różnych kategorii Volkslisty i
      współpracującymi ze zwykłymi szabrownikami. Jednak część przesiedleńców została
      na Śląsku Opolskim, reszta jechała dalej.

      Stacja kolejowa Słońsk, noc, w oddali płonie las podpalając kolejne niewypały,
      które dają taką kanonadę, że babcia przez całą wojnę takiego łomotu nie
      słyszała, jak wtedy, w czasie już pokoju. Ale wszystko już jest wyładowane,
      pociąg odjechal. Do Ownic - wioski, gdzie osiadł dziadek było jeszcze 7
      kilometrów przez las.

      W oddali majaczyło się światełko - w budce kolejarskiej siedziało kilku
      żołnierzy. Zabrana twarda waluta spowodowała, że po pierwsze okazało się, że
      znali dziadka, a po drugie byli gotowi popędzić te 7 kilometrów, by go
      zawiadomić, by zorganizował transport rodziny.

      Wioska była zamieszkana przez kilku zdemobilizowanych żołnierzy czekających na
      swoje rodziny, kilka młodych Niemek, które zostały na swoich gospodarstwach,
      myśląc, że to się wszystko uspokoi, rodziny wrócą do siebie i będzie jak
      dawniej. Poza tym było kilka rodzin niemieckich i kilka już połączonych rodzin
      polskich. Większość gospodarstw stało jednak pustych. Niektórzy samotni
      "kawalerowie z odzysku" mieszkali razem z niemieckimi dziewczynami, jednak to
      się kończyło z chwilą przyjazdu żony z dziećmi: niemiecka dziewczyna wyjeżdżała
      za Odrę. Niestety, zdarzali się zaradniejsi "kawalerowie z odzysku", którzy
      korzystając z powojennego bałaganu, potrafili sobie załatwić ślub, nawet
      kościelny z nową żoną, bez rozwodu z poprzednią. Wystarczyło, że wmówił taki
      koledze, że jest kawalerem, i kolega przed sądem w dobrej wierze świadczył, że
      tak było. Jednak, zwykle po kilku latach prawda wychodziła na jaw i dwie kobiety
      i kilkoro dzieci musiało się pogodzić z faktem, że zostały oszukane przez ojca i
      męża.

      Powoli gospodarstwa wypełniały się przesiedleńcami ze wschodu, ostatnie rodziny
      straciły nadzieję na powrót do domu. W 1957 roku przyjechali ostatni Polacy,
      którzy mieli dokąd jechać i wyjeżdżali ostatni Niemcy, którzy zrezygnowali z
      walki o przetrwanie w Ownicach. Najwytrwalsza rodzina niemiecka została aż do
      śmierci starszego pokolenia, a młodzi wyjechali do Niemiec w latach 70-tych. W
      Hadeńkowcach na Ukrainie zostałi tylko rodziny mieszane, które wolały zostać i
      Polacy, którzy mniej bali się Związku Radzieckiego i band ukraińskich, niż
      nieznanego: na przykład wdowa z trójką dzieci... Niektore rodziny podzieliły się
      - Polacy pojechali, Ukraińcy zostali. Ostatni przesiedleńcy opowiadali, że
      Ukraińcy ciągle jeszcze kopali jakieś bunkry po polach.

      Styczeń 2003.

      Ukraina pewnego dnia się obudziła jako niepodległe państwo, i pewnie do dziś
      dawni bojówkarze UPA nie rozumieją jakim cudem: przecież nikt nie został w tym
      celu zabity. Nie ma już miasteczek żydowskich, nie ma folwarków, nie ma
      kolonistów, prawie nie ma Polaków. Kołhozy już zostały sprywatyzowane. Wszystko
      mija i czas leczy rany, jeśli mu tylko na to pozwolić... Jest inaczej - to inny
      świat, tamtego nie ma.

      Ale - jest Ukraina, coraz bardziej stająca na nogi, mimo biedy, kryzysów,
      polityków i zwykłych klęsk żywiołowych. W latach 90-tych Polacy i Ukraińcy
      uczyli się, jak żyć myśląc o przyszłośzłości i wzajemnych korzyściach płynących
      z sąsiedztwa, uczyli si+e stawiać pomniki ofiarom wspólnych wojen, po to, by te
      wojny zakończyć, może na zawsze. "-
    • kropek_oxford Sprawdz jego wiek: na zasluzona emeryture:) 19.05.06, 23:03

    • emeryt.z.mojrzeszowa Re: Koniec świata Redaktora 19.05.06, 23:05

      Jego świat rozsypał się na kawałki. Jak opowiadają bliscy mu ludzie, po wybuchu korupcyjnego skandalu i kolejnych występach przed komisją śledczą Michnik stał się mniej pewny swoich racji, zaczął popadać w depresję. Poczuł się odrzucony i niezrozumiany.
      =================================================================
      moze ten jego swiat mial niewiele z tym rzeczywistym?
    • pure_truth Re: Koniec świata Redaktora 19.05.06, 23:19
      "Od kilku miesięcy wiadomo, że Michnik jest chory na płuca. Na przełomie roku
      podyktował na Wyspach Kanaryjskich spowiedź życia trzem dziennikarzom "Gazety
      Wyborczej". Jego stan zdrowia poprawił się, ale mimo to Michnik daje o sobie
      znać sporadycznie."

      pluca ladnie brzmia, ale kila wiarygodniej.
      • joannabarska Re: Koniec świata Redaktora 20.05.06, 02:29
        Masz kiłę, pure_truth? Nie jest juz tak grozna jak kiedys, czyli masz szczęście!
    • mysz_polna5 Re: Koniec świata Redaktora 20.05.06, 02:39


      Ja mala mysz_polna5,
      mieszkajaca jak sama nazwa wskazuje na polu, przewidzialam w rozmowach z
      moimi 'mysimi' przyjacilmi taki obrot sprawy.
      Bo wynika to z prostego rachunki, ze: 2+2=4


      Ale i tak nadredaktor ... na los swoj nie powinien narzekac! Ot co!


      > www.niniwa2.cba.pl/koniec_swiata_redaktora.htm
      • n.krug Re: Koniec świata Redaktora 20.05.06, 06:26
        życie emeryta też ma swoje zalety
Pełna wersja