rolnikpolski
11.01.03, 23:24
Weź udział w referendum i powiedz Unii NIE!
ZA INTEGRACJĘ ZAPŁACIMY Z WŁASNEJ KIESZENI !
MIT UNIJNEJ POMOCY
Unijna pomoc finansowa dla nowych członków to ulubiony mit unijnej
propagandy. Brukselskie fundusze rzekomo mają rozwiązać wszystkie nasze
problemy, a ich wysokość w ogólnym bilansie netto ma być dla nas korzystna
(czyli że otrzymamy z UE więcej, niż do niej wpłacimy w formie składki).
Nic bardziej błędnego! Fundusze to tylko pula zarezerwowanych pieniędzy, ale
żeby je otrzymać, należy wnieść wkład własny, a do tego trzeba spełnić
wyśrubowane wymagania, trudne nawet dla obecnych członków. Na przykład
Hiszpania, po 16 latach członkostwa, wykorzystuje 70% przyznanych jej przez
Unię funduszy strukturalnych.
W Polsce nie mamy jeszcze doświadczeń z funduszem SAPARD, gdyż rozpoczął się
z 2-letnim opóźnieniem. Ale jeśli spojrzeć na Estonię, to w pierwszym roku
SAPARD-u zaakceptowano tam tylko 15% złożonych wniosków i wykorzystano
jedynie 3% z unijnych pieniędzy. Estońscy ekonomiści obliczyli, ze zdobycie 1
euro z tego programu wymagało poniesienia 0,8 euro kosztów administracyjnych!
Nie ma się co dziwić, skoro każde euro z unijnej pomocy dla krajów
kandydujących napotyka na gąszcz przepisów i warunków prawie niemożliwych do
spełnienia - a to dlatego, że bogate kraje wpłacające najwięcej do kasy UE
starają się ograniczyć wypłacaną z niej pomoc. Z wyjątkową szczerością i
bezczelnością, wyraził to komisarz d/s rozszerzenia UE, Günter Verheugen,
odpowiadając kanclerzowi skarbu, Brownowi, z Wielkiej Brytanii: "A co do
programu pomocy dla wsi SAPARD, to stworzyliśmy tak skomplikowane regulacje,
że jest normalne, iż kandydaci nie mogą im sprostać."
FUNDUSZE STRUKTURALNE
Fundusze te nie są żadnym prezentem na rozwój infrastruktury - Unia jedynie
współfinansuje działania naszych władz w regionach lub na poziomie całego
kraju. Krótko mówiąc, jeśli koszt jakiejś inwestycji wyniósłby 100 euro, to
my musimy do tego dołożyć od 25 do 50 euro, gdyż nasz budżet musi pokryć 25-
50% każdej inwestycji. Mało tego: inwestycja musi być najpierw sfinansowana
przez Polskę, a Unia swoją część wypłaca dopiero po roku, po przedstawieniu
stosownych faktur.
Skoro Polska jest krajem naprawdę biednym, to jak sfinansujemy swoją część
zobowiązań, aby otrzymać pomoc z unijnej kasy? Nawet jeśli te pieniądze rząd
wyciśnie z naszych kieszeni w formie podatków, z nowych kredytów zaciąganych
przez Polskę, a nawet z ograniczeń wydatków na budżetówkę - to i tak
wykorzystamy jedynie jakiś procent z zarezerwowanych dla nas funduszy.
Dlatego rządowe gadanie o 12,4 mld euro, jakie rzekomo otrzymamy z funduszy
strukturalnych, to zwykła propaganda. Nie dość, że po ostatnim szczycie UE w
Brukseli przyznano nam tych funduszy o 10% mniej niż pierwotnie obiecywano,
to na dodatek nie są to pieniądze, które unijna kasa "na bank" nam wypłaci.
Żeby je w całości otrzymać, musielibyśmy dołożyć nawet drugie tyle... tylko z
czego?
Tak naprawdę więc nie wiemy, ile z tych 12,4 mld euro otrzymamy, bo nie można
przewidzieć, ile sami będziemy w stanie do tego dołożyć. Dlatego też radość
euro-entuzjastów z "przyznanych" nam funduszy strukturalnych jest
przedwczesna - póki co, mamy te fundusze jedynie na papierze jako maksymalną
pulę do wykorzystania.
DOPŁATY BEZPOŚREDNIE DLA ROLNIKÓW I LIMITY PRODUKCYJNE
Owe dopłaty to jedyne środki (oprócz rekompensaty dla budżetu), które Polska
z całą pewnością otrzyma - w pierwszym roku około 500 mln euro, a w następnym
około 580 mln euro. Będą to drobne "zapomogi" dla rolników za to, że żyją, i
że mają kawałek ziemi. Ale dopłaty te musi najpierw wypłacić Polska, a
dopiero w następnym roku będą one częściowo zwrócone przez Unię - czyli w
pierwszym roku i tak ich nie dostaniemy, co pogarsza nasz ogólny bilans.
Po szczycie w Kopenhadze Miller ogłosił, że dopłaty dla rolników mają w
pierwszych trzech latach wynosić kolejno 55%, 60% i 65%. Nic bardziej
mylnego! Poziom dopłat z budżetu UE pozostał na poziomie 25, 30 i 35%, tyle
że Unia zgodziła się przesunąć 20% (560 mln euro na lata 2004-06) z puli
funduszy strukturalnych na rozwój wsi. Czyli po prostu przełożono nam te
pieniądze z jednej kieszeni do drugiej. Tak więc mniej środków pójdzie na
rozwój wiejskiej infrastruktury, ale rolnicy otrzymają w pierwszych trzech
latach 36%, 39% i 42% tego, co dostają ich unijni konkurenci. Traktuje się
nas tu ze skrajnym pogwałceniem zasady równości, a nie wiadomo, jak będą
wyglądać dopłaty po roku 2006, gdyż unijną Wspólną Politykę Rolną czeka
zasadnicza reforma, a być może nawet jej likwidacja.
W Kopenhadze Unia jedynie łaskawie zezwoliła naszemu rządowi na uzupełnienie
dopłat do poziomu 55%, 60% i 65% z polskiego budżetu, ale minister Kołodko
zastrzegł, że nie jest to możliwe. Czyli w efekcie, końcowe ustalenia nie
różnią się znacząco od ubiegłorocznej propozycji Komisji Europejskiej
(przyznano nam jedynie dodatkowe 108 mln euro na ochronę wschodniej granicy).
Dla Polski niekorzystne są też zaproponowane nam przez Unię zaniżone limity
produkcyjne, obliczone na podstawie lat 1995-1999, kiedy to mieliśmy niskie
plony na skutek klęsk żywiołowych i złych warunków gospodarczych. Przecież
Polska posiada niewykorzystany potencjał, konkurencyjny względem krajów UE, a
tymczasem będziemy musieli importować żywność z krajów Unii!
Najwyraźniej system dopłat i niskie limity produkcyjne mają dobić nasze
rodzime rolnictwo. Eurokraci chcą mieć ładny unijny krajobraz, ale bez
polskiego rolnika w tle...
WPŁACIMY DO UE WIĘCEJ NIŻ OD NIEJ DOSTANIEMY
Tyle właśnie oznacza tajemnicza nazwa płatnik netto, która pojawia się w
mediach, ale rzadko kiedy jest objaśniana. Grozi nam realne
niebezpieczeństwo, że w ogólnym bilansie będziemy właśnie płatnikiem netto do
unijnej kasy. Nasza obowiązkowa składka szacowana jest na 2,5 mld euro
rocznie, ale do tego należy doliczyć około 1 mld euro strat na skutek
zniesienia ceł po naszym wejściu do Unii.
Euro-entuzjaści twierdzą, że to niemożliwe, aby groził nam status płatnika
netto. Ale przyczyny tego są proste - mamy bowiem wpłacać całą składkę bez
żadnych ulg, ale unijne fundusze będą nam wypłacane z opóźnieniem. Od Unii
dostawalibyśmy tylko zaliczkę na dopłaty bezpośrednie dla rolników, a resztę
musielibyśmy wyłożyć sami, po czym Unia wypłacałaby swoje zobowiązania
dopiero po roku. Unia nie zgodziła się też na rozłożenie w czasie naszej
składki na raty tak, abyśmy stopniowo dochodzili do pełnych 100%
obowiązującej nas składki (dla przykładu: bogata Wielka Brytania do dziś
korzysta z ulg i zniżek, a my będziemy ten jej rabat rekompensować z własnej
kieszeni!).
Nawet ostatnio wymyślony przez Unię wabik w postaci tzw. "kompensacji
budżetowych" niewiele nam pomoże. Do wcześniej przyznanych nam 443 mln euro
na rok 2004, Unia dała nam dodatkowy 1 mld euro na lata 2005-06 - tyle, że
najpierw odebrała nam je z funduszy strukturalnych! Zamiast sensownego
zagospodarowania, pieniądze te będą więc "przejedzone" na zagospodarowanie
luki budżetowej (niekoniecznie celem zwiększenia dopłat dla rolników)! Ma to
być taki unijny gest na otarcie łez, ale nieznane są terminy jego wypłacania -
być może trzeba będzie na ten "gest" poczekać cały rok, bo UE może wypłacić
nam to z pieniędzy, które w ciągu tegoż właśnie roku od nas otrzyma.
JAK WIĘC WYGLĄDA BILANS NASZEJ INTEGRACJI Z UE?
Wbrew unijnej propagandzie, średni roczny bilans naszej integracji w latach
2004-06 wychodzi na gigantyczny minus. Matematyka nie kłamie - co najwyżej
jest ona fałszowana w mediach.
Nasze koszty przystąpienia do UE to około 5 mld euro: 2,5 mld składki, około
1 mld strat celnych oraz 1,5 mld euro na realizację wymogów Unii (np.
kolczyki i paszporty dla krów) oraz personel.
Natomiast nasze korzyści z integracji to około 2,10 mld euro: około 0,70 mld
(36%) dopłat bezpośrednich dla rolników; 0,33 mld na ry