emerytka2006
29.05.06, 01:42
... z okazji międzynarodowego kindertagu.
Przede wszystkim naszym politykom. Nie są co prawda dziećmi (przynajmniej
metrykalnie), ale w polityce międzynarodowej i wewnętrznej poruszają się jak
we mgle. Wydawać by się mogło, że po Erze Millera (angielski opanował jeno
do "future perfectu", nie odróżniał nawet gatunków zwierząt) nie może nas
spotkać nic gorszego, a tu proszę: mamy prezydenta, który nie umie ani słowa
w języku Wilde'a (jak on zrobił ten doktorat?), na dodatek ćlamie i mlaska
niczym ośmiolatek podczas żurfiksu u Emerytki (mam takiego gagatka w swej
szopce). Nie umie się ubrać, zaprezentować, chodzi jak pokraka, wszystko robi
za niego żona (nawet rozporek zapina - widziałam w sieci). Czy o wykreowanie
takiego "new mana" chodziło feministkom? Wątpię...
Premier "optymista": poza przysłowiowym "yes, yes, yes" i niepoprawnym
wymamrotaniem gracias w Madrycie (powinno się mówić "grasjas", nie "gracias")
źle się czuje w rolach międzynarodowych. Czyta Dumasa, ale bez skutku, skoro
nikt nie chciał się zgodzić na pakt muszkieterów (wnuczek-lingwista twierdzi,
że to nazwa od "wagi muszej"), ale może nikt nie zrozumiał o co mu chodzi? W
końcu z podziękowań i potakiwania trudno złożyć sensowne zdanie nawet w
esperanto.
Jurgiel. Też dziecko, choć z wąsami do podłogi (nie pomyliłam z Putrą?).
Piłsudskim to on nie jest: nie tylko ze względu na brak poczucia ironii
Marszałka, ale również kompletny brak staatsraesonu. "Jurgieltnik" - mówi o
nim wnuczek przypominając fakt, że nie chciał się zgodzić "w imię
patriotyzmu" i "honoru narodowego" (skąd my to znamy? Rok 1792?) na
renegocjację kwot cukrowych. Nie zginął w Elsterze, jeno w czeluściach
Ministerstwa Rolnictwa gdzieś za Lepperem, któremu teraz sekretarzuje. Mam
tylko nadzieję, że nie będzie wysyłał rządowych taksówek po panienki.
Jedynym dzieckiem do którego można żywić jakieś nadzieje w IV RP jest chyba
Marek Jurek. Jego poglądy możnaby streścić do maksymy "ródźcie dzieci poczęte
z gwałtu, a potem je bijcie", byłoby to jednak niemądre. Jurek to jedyna
osoba w wierchuszce "nowej Polszy", która posługuje się językiem angielskim i
to w stopniu umożliwiającym swobodną konwersację bez nerwowego rozglądania
się po pokoju (jak ma w zwyczaju Lech Aleksander). W dodatku odróżnia
rewolucję francuską od październikowej, co w gronie posłów PiS czyni go
niemal wysumblimowanym intelektualistą...
Temu też dziecku daję największego buziaka!
Generalnie wszystkim maluchom życzę dobrze. I tym, które dostaną po raz
pierwszy "beciki" (choć te często mają w Polsce kształt flaszki), i tym,
które chodzą do szkoły i uczą się po parę języków, by ratować honor RP (jej
stał się prezydent-niemowa: usprawiedliwiać go może tylko fakt bycia kaczką),
i tym które już pracują "na zmywaku" w Londynie albo Irlandii.
Wsjego Choroszewo życzę również dzieciom, które 25 września głosowały na PiS
w nadziei "odnowy moralnej". Wam należą się najwyższe wyrazy troski, choć
możnaby powiedzieć "sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało" (to z Boya).
W sumie smażenie konfitur z własnych marzeń to bardzo dziecięca rzecz...