nurni
05.06.06, 18:28
Polecam doskonaly artykul Liliany Sonik w Rzeczpospolitej.
Sonik pyta:
"Dlaczego "Jankowski" - ks. Michał Czajkowski - nie miał potrzeby uporania
się ze swą przeszłością? Dlaczego publicznie lub prywatnie nie wyznał swych
błędów, chociażby swojemu biskupowi? Albo kilku przyjaciołom? Na pewno nie
powstrzymywał go strach przed ostracyzmem środowiska. Na czym więc ten
inteligentny, oczytany człowiek fundował pewność siebie? Poczucie
bezkarności? Brak wyrzutów sumienia? Brak moralnych skrupułów? "
Strona Rzepy chwilowo nie otwiera sie - wklejam artykul bez linku:
Zamurowane sumienia
Kto widział te teczki, temu niełatwo odzyskać równowagę ducha. "Jankowski"
donosił ustnie i na piśmie, za pieniądze i gratis. Dowody jego pracy dla SB
są niepodważalne: zachowały się odręczne listy do oficerów prowadzących
Zapewne istnieją jakieś okoliczności "łagodzące" lub przynajmniej
wyjaśniające. Zapewne odpowiedzialnym był reżim komunistyczny, bez którego
nie byłoby bezpieki, a zatem nie byłoby agentów. Ale żaden reżim nie
funkcjonuje bez ludzi, którzy go tworzą. Ponadto reżim, którego dziełem były
UB i SB, nie istnieje od kilkunastu lat, a bezpiekę dawno rozwiązano.
Pytania
Dlaczego "Jankowski" - ks. Michał Czajkowski - nie miał potrzeby uporania się
ze swą przeszłością? Dlaczego publicznie lub prywatnie nie wyznał swych
błędów, chociażby swojemu biskupowi? Albo kilku przyjaciołom? Na pewno nie
powstrzymywał go strach przed ostracyzmem środowiska. Na czym więc ten
inteligentny, oczytany człowiek fundował pewność siebie? Poczucie
bezkarności? Brak wyrzutów sumienia? Brak moralnych skrupułów?
Gdy media ujawniły tę sprawę, część publicystów zaatakowała posłańców złej
nowiny. To ich oskarżono o manipulację, nierzetelność, ferowanie wyroków, złe
intencje. Już nie zabija się posłańców przynoszących złe wieści, ale zawsze
można ich dezawuować. Ukradnie kowal, a powieszą Cygana.
A spora część środowiska, w którym funkcjonował ks. Czajkowski, po prostu
odmówiła faktom prawa do istnienia. Słyszymy deklaracje: "Ja w to nie wierzę.
Mam wrażenie, że zostały naruszone prawa ludzkie. I nie przyjmuję tego do
wiadomości", "To jest dzika lustracja!", "Księdza Michała Czajkowskiego znam
od kilkudziesięciu lat, łączy nas bardzo bliska przyjaźń, wierzę w jego
niewinność". Padły też poważne oskarżenia: "To nagonka i zemsta za działania
ks. Czajkowskiego przeciw antysemityzmowi, nacjonalizmowi i Radiu
Maryja", "Zasada domniemania niewinności jest obecnie groźnie łamana przez
polityków, publicystów, naukowców".
Dlaczego ludzie należący do elitarnego klubu mylą pojęcia, szamocą się
uwięzieni w schematach i nawykach słownych? Dlaczego nie umieją poradzić
sobie z tą sytuacją? Dlaczego są wobec niej intelektualnie i moralnie
bezbronni?
Odpowiedzi
W gruncie rzeczy możliwości były dwie: akta bezpieki spalić (Adam Michnik
proponował zamurować je na pół wieku) albo je otworzyć. Pierwsze rozwiązanie
było technicznie proste, ale niemożliwe do realizacji z powodu braku
społecznego przyzwolenia. Drugie wymagało mądrej, spokojnej refleksji na
temat standardów postępowania. Takiej debaty nie było, bo nawet gdy powstał
IPN, zwolennicy "spalenia" materiałów SB nie przyjęli tego faktu do
wiadomości.
Zamiast refleksji nastąpił potępieńczy atak na każdą niemal próbę wglądu w
archiwa. Zużyto morze atramentu, by dowieść, że ludźmi domagającymi się
dostępu do akt SB kierują nikczemne pobudki. Kto sądził, że on sam - a nie
państwo - jest właścicielem swej własnej przeszłości, ten stawał się katem,
hieną, pornografem przeszłości. Kto uważał, że społeczeństwo ma prawo
wiedzieć, co znajduje się w gromadzonych przez SB teczkach, ten kwalifikowany
był jako amator stosów i polowań na czarownice. Kto wskazywał na
niebezpieczeństwa płynące dla kraju z braku wiedzy o agenturze, ten oskarżany
był o szerzenie nienawiści i udział w brudnej grze politycznej.
Żadne argumenty nie zasługiwały na uwagę. Realia przestały istnieć, przestały
się liczyć, pozostała ideologia ubrana w szaty moralnej wrażliwości, w
parodię chrześcijańskiego przebaczenia, w szloch nad niechybnym męczeństwem
ofiar potencjalnego linczu. Nic, że fakty wyglądały zupełnie inaczej - tym
gorzej dla faktów.
Operując fałszywymi przesłankami, rzadko jednak dochodzi się do właściwych
konkluzji. Zaplątani w logiczne i pragmatyczne dylematy, zwolennicy
opieczętowania przeszłości wybrali strategię wojny na poziomie najbardziej
nieadekwatnym z możliwych - na poziomie moralnego oburzenia. Sytuując
dyskusję na fałszywej płaszczyźnie, oderwali się od rzeczywistości. Teraz
rzeczywistość uderza w nich jak bumerang.
Rozziew między antylustracyjnym larum a doświadczeniem pogłębiał się z każdym
dniem, z każdym opublikowanym dokumentem, z każdą decyzją upublicznienia
nazwisk agentów. Z ankiety tygodnika "Wprost" wynika, że lustracji domaga się
już nie tylko większość zwykłych ludzi, ale nawet większość dziennikarzy.
Również tych, którzy jeszcze niedawno wyraźnie od tego się dystansowali.
Wymuszane na tych, "których zdradzono o świcie", hasło zapomnienia poniosło
spektakularną klęskę. Nie budzi to we mnie satysfakcji. Przeciwnie - czuję
gorycz i zawód.
Moje środowisko pierwsze miało siłę i odwagę zmierzyć się z problemem
agentury. Zderzenie ze smugą cienia nie jest przeżyciem łatwym. W tak
delikatnej materii standardy wypracowuje się jedynie poprzez uczciwą
konfrontację teoretycznej refleksji z żywym doświadczeniem. Takiego namysłu
nie było. Bo nie chodziło o ustanowienie reguł, o szukanie rozwiązań, lecz o
zniszczenie oponentów. W ciągu tych długich lat nie zrobiono nic, by
wykorzystać doświadczenia Instytutu Gaucka czy polskie przypadki, które mogły
posłużyć budowaniu standardów. Zamiast debaty mieliśmy wojnę, żonglowanie
faktami i znaczeniem słów.
Zacierając granice między prawdą i fałszem uwikłano wielu rzetelnych ludzi w
spór na gruncie nierzetelnie dobranym. W konsekwencji to, co mianowało się
głosem troski o ludzką krzywdę - wielu skrzywdziło naprawdę. Czasem
nieodwracalnie.
Skrzywdzonymi są ludzie domagający się dostępu do swych teczek - przyprawiono
im gębę żądnych zemsty radykałów. W innym sensie skrzywdzono tych, którzy
donosili do bezpieki. Ich sumienia zamurowano. Dawni agenci uwierzyli, że
rzeczywistość nie ma znaczenia. Dlatego brnęli w kłamstwo, nawet za cenę
ryzyka kompromitacji idei, które często publicznie głosili.
Przecież - poza Lesławem Maleszką, który publicznie przyznał się do
współpracy z SB - niemal wszyscy twierdzą, że konfidentami nie byli. Najwyżej
byli konfidentami niewinnymi: nie wiedzieli, nie chcieli, chlapali...
Zakłamując ich czyny i winy, pozbawiono ich możliwości powrotu do świata
ludzi wiarygodnych. W 2001 roku w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" Maleszka
mówił: "Gdyby ktoś wtedy (po powstaniu rządu Mazowieckiego) przyszedł do mnie
i powiedział: "Wiemy, kto jest Ketmanem", napisałbym całą prawdę i
opublikował. Byłem już bardzo blisko zrzucenia z siebie tego wszystkiego.
Dzisiaj byłbym już 10 lat po tym, co teraz nastąpiło. Ale nikt wtedy się nie
zjawił".
Wyzwania, na które nie odpowiedziano
Na temat lustracji wykrzyczano tyle sloganów, że w szumie informacyjnym
trudno się rozeznać. Aby się nie pogubić, trzeba ocenić rzeczywistość zgodnie
z logiką i systemem wartości, jaki jest nam bliski. Zadałam sobie zatem kilka
pytań.
Czy mam prawo poznać zawartość materiałów, jakie gromadziła w mojej sprawie
SB? Tak, mam takie prawo! Czy państwo i wszyscy polemiści mogą mi tego prawa
odmówić? Nie, gdyż to ja jestem właścicielem mojej przeszłości! Czy
społeczeństwo będące przez pół wieku przedmiotem manipulacji i oszustwa ma
identyczne prawo? Tak! Czy znaczy to, że całość bezpieckich archiwów ma
zostać upubliczniona? Nie, bo ochrona informacji ze sfery prywatnej jest
gwarantem wolności. Czy