emerytka2006
29.06.06, 15:49
... rozmawiałam wczoraj ze swym znajomym z osiedla.
Stefan cały uradowany, bo Marcinkiewicz podniósł mu o 700 złotych emeturę
(minus podatek).
"Do łapki" dostaje więc 3600 zł.
Suma może niewysoka jak na 20 lat ciężkiej harówy (stres, nadgodziny etc.),
niemniej wielu emerytów polskich mogłoby pomarzyć o takiej emerturze.
Chocby polscy lekarze (900-1200 zł), choćby polscy nauczyciele (600-900 zł).
Pytam się więc forumowiczów: czy emerytury w RP TEŻ powinny mieć swoje kominy
(np. zasada, że "powyżej 3000 zł nie wypłacamy, poza szczególnymi
przypadkami"), czy też sam pomysł jest z piekła rodem, bo przecież "tylko
socjaliści chcą na siłę ograniczać czyjeś zarobki".
Dodam, że jestem przeciwna np. odbieraniu świadczeń uzyskanych w PRL i po
1990 roku (do nastania kaczyzny), bo trąci to bolszewizmem i jest sprzeczne z
prawem, niemniej ustalenie pewnego pułapu powyżej którego nie będzie się już
podwyższać emerytur (np. owe 2500-3000 zł) wypłacanych przez państwo
uważałabym za rozsądne i ze wszech miar pożądane.