onatutrwa
05.03.03, 21:59
Weź udział w referendum i powiedz Unii NIE!
CI, KTÓRZY ŻYWIĄ I BRONIĄ SĄ SKAZANI NA BIEDĘ!
(napisane na podstawie świetnego artykułu prof. Jerzego Roberta Nowaka,
"Polska a Unia Europejska -21 pytań" , "Nasz Dziennik", 20.03.2002
Biedna Polska finansuje Unię Europejską
"Myśmy już Unii dali prezent, degradując rolnictwo przez ostatnich 12 lat - 2
mln ha wypadło z uprawy, mamy o 3 mln krów mniej, 3 razy mniej bydła
opasowego, 12 razy mniej owiec (...). W tej chwili kraje Unii transferują z
Polski około 4 mld euro zysków rocznie od kilku lat. Coroczna pomoc Unii to
kilkaset milionów euro" - jest to fragment wypowiedzi Mariana Brzóski,
wicedyrektora biura europejskiego FAO (Światowej Organizacji Żywności) i
sekretarza Europejskiej Komisji Rolnej, a w latach 1993-97 dyrektora
departamentu integracji europejskiej w Ministerstwie Rolnictwa. Największym
prezentem danym przez Polskę Unii Europejskiej jest to, że poprzez skrajne
otwarcie się na eksport z UE doprowadziliśmy do ogromnej nadwyżki eksportu do
Polski nad importem. W efekcie w UE powstało około 1,5 miliona dodatkowych
miejsc pracy, a Polska straciła ich tyle samo.
Zalew dotowanej żywności z Unii dokonał się kosztem naszych rolników
Były minister Jerzy Kropiwnicki pisał o wręcz szokującym "złamaniu zobowiązań
Unii Europejskiej wobec Polski, przypominając, że UE zobowiązała się do
asymetrii na korzyść Polski - czyli do takiego tempa otwierania rynków, by to
właśnie w Polsce powstawała nadwyżka w handlu zagranicznym. (...) W
stosunkach między Polską a UE, jak widać, asymetria jest, ale na korzyść
Unii". Ta sama myśl przebija z książki Zygmunta Królaka "Polska wobec wyzwań
XXI wieku" - "Ustalona w roku 1991 w układzie stowarzyszeniowym z UE, (...)
zasada asymetrii dostępu do rynku z korzyścią dla strony polskiej,
szczególnie w zakresie towarów rolno-spożywczych, przekształciła się w swoje
przeciwieństwo i działa na korzyść krajów Unii Europejskiej. (...) W efekcie
na formalnej asymetrii dostępu do rynku zapisanej w Układzie bardziej od
Polski skorzystała Unia Europejska". Nawet zachodni autorzy M. Smith i J.
Reed pisali na łamach brytyjskiego "Financial Times", iż: "Subsydia wpłacane
farmerom zachodnioeuropejskim w ramach Wspólnej Polityki Rolnej pozwalają
im 'podcinać' niższymi cenami konkurentów (...) na rynkach zagranicznych,
wskutek czego Polska odnotowuje deficyt w handlu towarami rolnymi w wysokości
pół miliarda dolarów".
Narzucone przez UE limity produkcyjne skazują nas na bycie wiecznym importerem
Wiceminister rolnictwa Jerzy Plewa stwierdził na temat kwot produkcyjnych,
iż "Utrzymanie ich na proponowanym przez Unię poziomie oznacza, że blisko
połowa obecnie istniejących w Polsce gospodarstw będzie musiała przestać
istnieć".
Stanisław Kalemba z PSL oburzał się na rozmiary tych limitów, pytając: "Jak
można zaproponować limity poniżej samowystarczalności, czyli poniżej potrzeb
żywnościowych ponad 40-milionowego narodu?". Edmund Szot w "Rzeczpospolitej"
pisał "w rezultacie działania tych wszystkich czynników Polska od 1993 r.
stała się trwałym importerem żywności, choć ze względu na potencjał
produkcyjny swojego rolnictwa powinna być liczącym się eksporterem nadwyżek
produkowanych. (...) W stosunku do lat 80. szczególnie mocno zmniejszyło się
w Polsce pogłowie bydła, w tym krów, oraz spadła produkcja mleka i przetworów
mleczarskich". Warto w tym momencie podkreślić, iż Polska była tradycyjnym
eksporterem żywności i nawet w czasach komunistycznej polityki rolnej nigdy
nie miała deficytu handlowego w handlu produktami rolno-spożywczymi, a wprost
przeciwnie - handel ten przynosił Polsce duże korzyści. Dziś na skutek
dyrektyw płynących z Brukseli drastycznie ograniczono produkcję rolną i
tradycyjny eksporter żywności, jakim była Polska, zmuszony został do
sprowadzania obcych, subwencjonowanych i nie zawsze zdrowych produktów
rolnych z Unii Europejskiej. Zamiast więc nadwyżki mamy deficyt handlowy,
zamiast zysku, mamy straty, a zamiast przypływu do Polski pieniędzy, mamy ich
nieustanny ubytek. Przy wyznaczonych Polsce normach nie jesteśmy nawet w
stanie wyżywić się sami. Nikt chyba nie ma co do tego złudzeń, że słono za to
płacimy. Płaci też za to chłop polski, któremu utrudnia się produkcję rolną
preferując obce produkty. Pozbawia się tym samym chłopa jego jedynego źródła
utrzymania, a przez to zwiększa jeszcze i tak już duże problemy bezrobocia.
Ze względu na ilość gospodarstw, i co za tym idzie ilość ludzi w nich
zatrudnionych, zachwianie podstaw ich egzystencji odbije się nie tylko na
nich, ale na sytuacji całej gospodarki, a w efekcie na sytuacji całego
społeczeństwa. Niemal zbrodnią jest płacenie ciężkich pieniędzy za coś, co z
zyskiem sami możemy produkować zabezpieczając tym samym potrzeby żywnościowe
społeczeństwa i dając szansę chłopu na wykonywanie zawodu. Już dziś wyraźnie
widać, że polityka rolna Unii nie kieruje się dobrem ani Polski, ani też
polskiego chłopa. Trudno wyobrazić sobie, aby po przystąpieniu do Unii
sytuacja miała się zmienić na naszą korzyść.
Nieuczciwe praktyki ograniczające eksport polskich produktów do Unii
W kwietniu 1993 r. doszło do szczególnie wymownego zademonstrowania
hipokryzji polityki UE wobec Polski - tzw. wojny pryszczycowej. Komisja
Europejska w oparciu o fałszywe zarzuty o rzekomej pryszczycy w Europie
Środkowej i Wschodniej wprowadziła zakaz importu na terytorium Dwunastki
produktów chowu i zwierząt rzeźnych. Jak pisała E. Kawecka-Wyrzykowska,
decyzja ta "szczególnie brzemienna w skutki zwłaszcza dla Polski, która
eksportowała znaczne ilości bydła i owiec do WE (w tym czasie Polska była
największym wśród tych krajów dostawcą młodego bydła opasowego i cieląt do
WE), została podjęta bez jakichkolwiek konsultacji z krajami, których zakaz
ten dotyczył. Wzbudziła tym większe zdziwienie, że w Polsce od 1972 r. nie
stwierdzono pryszczycy i kraj był uznawany za wolny od tej choroby". Minister
Bielecki publicznie stwierdził, że pryszczyca była tylko wybiegiem EWG,
użytym w celu wypchnięcia Polski z rynku Wspólnoty". Mimo tych bezpodstawnych
zarzutów po różnych negocjacjach odblokowano tylko 70-80 proc. polskiego
eksportu cieląt i jagniąt. Polski nie tylko nie wspierano, ale wprost
przeciwnie, co przyznał nawet amerykański tygodnik "Newsweek" w 1999
r.: "Europa nie wydaje się usatysfakcjonowana tym, iż jej nadwyżki w handlu
żywnością z Polską są aż tak duże. W ubiegłym roku, po załamaniu się
gospodarki Rosji, Unia przejęła część polskiego eksportu żywności do tego
kraju. Polacy nie przegrali konkurencji wolnorynkowej, lecz padli ofiarą
poważnych subsydiów eksportowych UE". Oczywistym jest, iż dzieje się to
kosztem polskiego chłopa i polskiej gospodarki.
Bogatym dużo, biednym mało!
Jedynie częściowe dopłaty bezpośrednie UE dla polskich rolników obalą
wszelkie szanse na konkurencyjność polskiego rolnictwa z dotowanymi w 100
proc. rolnikami UE i utrwalą istniejące dysproporcje przyczniając się do
całkowitego zubożenia chłopa polskiego, a w efekcie do upadku wielu
gospodarstw rolnych, a co za tym idzie do zwiększenia bezrobocia i
postawienia milionów ludzi w sytuacji dramatycznej walki o zaspokojenie ich
najbardziej podstawowych potrzeb. Już dziś wielu polskich chłopów cierpi
biedę, ale procesy sterowane z Brukseli jedynie powiększą liczbę osób
skazanych na życie na skraju egzystencji. Minister rolnictwa Jarosław
Kalinowski powiedział "Proszę zwrócić uwagę, jaką podwójną moralność Unia tu
stosuje. Mówi nam, byśmy z krajowego budżetu dołożyli rolnikom do tych 25
proc., które ona nam promuje, ale zastrzega, że nie możemy przekroczyć
górnego pułapu, jaki mają farmerzy w Unii, tzn. nie wolno nam dołożyć więcej
niż 75 proc. Bo gdyby polscy rolnicy mieli większe dopłaty niż unijni, to by
zachwiało warunkami konkurencji. Czyli jak oni mają więcej, to dobrz